Kombinuj bez ściemy

Miałem trudny wybór. Zostać na Infoshare w Gdańsku lub jechać na konferencję „Bez Ściemy„. Wybrałem Lublin, byłem ciekaw idei przedsięwzięcia oraz lubelskiego klimatu. Nie zawiodłem się. Nawet więcej, zostałem zarażony i zainspirowany czego efekt można znaleźć na moim fanpage na Facebooku.

bez-sciemy

Wymyślone przez lubelszczan hasło „Bez Ściemy” (tu ukłon dla organizatora i podziękowanie za zaproszenie) zadziałało. Iskra się zapaliła. Można mówić otwarcie, szczerze, a czasem gorzko (ale bez malkontenctwa) o kolorycie polskiego biznesu. Żałuję, że nie było Romana Młodkowskiego z TVN CNBC, byłby w swoim żywiole (może to nadrobimy:). Pasjonujące wystąpienie Pawła Fortuny, non-konformistyczny Jacek Pogorzelski, konkretny Marcin Przasnyski, porywający Paweł Sala. Nieustannie urocza i wybitnie profesjonalna Joanna Malinowska-Parzydło. Spodziewałem się, że będzie fajnie, ale nie przypuszczałem że aż tak. – Stary, tu powinni siedzieć nasi wszyscy menedżerowie – jak przypadkowo podsłuchałem w kuluarach rozmowę telefoniczną. Tak, tu powinni siedzieć na sali zarządzający i właściciele firm.

Świat który nas otacza, jest wybitnie podatny na ściemę. Łatwość generowania informacji powoduje, że każdy może pisać czy filmować co chce, jak chce, kiedy chce i puszczać to w obieg. Ale podstawą idei „bez ściemy” jest wiarygodność. Szczególnie w kraju takim jak Polska, gdzie ściema ma się dobrze. Ostatecznie „kombinowanie” jest narodową cechą (zarówno w pozytywnym jak i negatywnym znaczeniu). Brak ściemy oznacza wiarygodność, w tym co się robi i w tym co się mówi. Jesteś odpowiedzialny za swoje Słowo. „Jesteś odpowiedzialny za to co oswoiłeś”. Działaj bez etycznych sprzeczności w tym co robisz – z tym o czym mówisz. Wiarygodność siebie i swoich słów, buduje się latami, ale utracić ją można bardzo szybko.

Rzetelni i prawdziwi eksperci bywają w tym kraju biedni, bo nie biorą łapówek i mówią prawdę. Bez ściemy. Lecz ta prawda bywa czasem niewygodna lub „nie po myśli prezesa”. Wtedy ekspert jest zły, firma badawcza nierzetelna albo agencja reklamowa głupia. Taki stan rzeczy oddaje potężne pole do popisu dla wszelkiej maści ściemniających „czarusiów”, uprawiających lizusostwo zarządcze, a których zdefiniowałem pojęciem „psuj rynkowy„.

Utrata wiarygodności, różni się od „wrażenia utraty wiarygodności”, kiedy niektórzy piętnują np. znane twarze za udział w reklamach. Dziś taki projekt jest czymś zupełnie normalnym. Natomiast są tacy, którzy biorą w nich udział wyłącznie dla pieniędzy (bez szczególnej refleksji), a inni również zgadzają się z proponowanym stylem wartości zawartym w reklamowanym produkcie. Moim zdaniem należy odróżniać te postawy, choć jak zwykle obiektywna ocena czyichś intencji jest trudna.

Prawdziwa wartość nie uznaje ściemy. Gardzi nią i wyśmiewa. Ściema bowiem jest jak rak, jak kolorowy pajac, który na zewnątrz ma wyłącznie barwny papierek, a w środku bezdenną i głupią pustkę niewiedzy i kompetencji. Ściema lubi się też skrywać pod maską profesjonalizmu. Wartość kosztuje zbyt wiele by dać się okiełznać Ściemie. Choć czasem daje się przez nią wyprowadzić z równowagi.

Współczesna era informacji i era wiedzy, zaczyna promować wartość. Choć ściemy szczególnie w marketingu mamy od metra. O Ściemie piszą często dziennikarze choćby w kontekście marketingu, szukając sensacji, nie rozumiejąc istoty konkurencyjności i innowacji firm czym powodują lawiny stereotypów o manipulacji czy oszukiwaniu klientów. Ale chociażby Pokolenie Y jest coraz bardziej odporne na Ściemę. Im więcej o niej wiemy (a w mediach społecznościowych nic się nie ukryje), tym lepiej rozumiemy jej mechanizm.

Wierzę, że idea „Bez Ściemy” może stać się polskim „TEDx”. Wysoko mierzę? Być może. Ale Polak to jedna z najbardziej kreatywnych bestii na świecie. A prawdziwa Wartość będzie zawsze w cenie, pod każdą szerokością geograficzną.

PS. Z tego miejsca wyrażam uznanie dla firmy Kler. Zaaranżowany przez nich business lounge był doskonały. Uwaga: piszę jak było, a nie dlatego, że chcę sobie kupić kanapę :)))

Wybrane cytaty konferencji „Bez Ściemy” w Lublinie

 1-pawel-fortuna-bez-sciemy 2-joanna-malinowska-parzydlo-bez-sciemy 3-jacek-pogorzelski-bez-sciemy 4-marcin-przasnyski-bez-sciemy 5-jacek-kotarbiski-bez-sciemy 6-pawel-sala-bez-sciemy 7-pawel-sala-bez-sciemy 8-jacek-kotarbinski-bez-sciemy 9-pawel-fortuna-bez-sciemy

Koloryt w szarościach

Był właścicielem firmy produkującej unikatowe rozwiązania techniczne. Najpierw podbił Europę, a następnie ruszył do Azji. Cicho, bez rozgłosu. W Polsce hałaśliwe prowadzenie biznesu na modłę amerykańską nie jest mile widziane. Wbrew pozorom. Nagle okazało się, że nie mógł już sypiać. Gdy w Polsce zaczynała się noc, w Hong Kongu świtało. Ile można tak żyć? Ale to syndrom polskiego właściciela firmy – chęć dopilnowania wszystkiego osobiście.

Międzynarodowe korporacje są inne. Bezosobowe. Choć ich zarządy składają się z osób, frakcji czy grup wpływów, często nie posiadają wyrazistych postaci i charyzmatycznych liderów. Jeśli są, stają się ikonami branży. Steve Jobs – Apple, Jeff Bezos – Amazon. Ludzie słuchają osobowości marek, a nie nadętych komunikatów prasowych, których pełne są skrzynki elektroniczne. To właśnie oni, a nie agencje reklamowe czy public relations, narzucają styl, osobowość i przede wszystkim – wartość, jaką oferują na rynku. Najcenniejsze marki, mają twarze i świat wartości ich właścicieli. Najgorszy chłam, bywa kolejnym trademarkiem.

Jeśli będziesz zatrudniał dobrych ludzi (kompetencje nie mają tu nic do rzeczy), będziesz miał pozytywnie zakręconych pasjonatów, zdolnych przenosić z Tobą góry. Nie zostawią Cię nawet za trzy dodatkowe miski ryżu oferowane przez konkurenta. W razie problemów, polegną w biurze z palcami na klawiaturze.

Jeśli stworzysz zespół składający się z sukinsynów, będziesz osiągać zamierzone cele na twardo, wykańczając ludzi, zastępując ich co chwilę innymi, którzy zarówno z klientami jak i dostawcami postępować będą podobnie. Odejdą od Ciebie za pół miski ryżu więcej, jaką zapłaci im Twój konkurent. Gdy będziesz miał problemy, jako pierwsi spakują kartonik.

To Ty wybierasz. Decyduj.

Właściciel narzuca firmie swoją osobowość. Jest również jej pierwszym i nieodwoływalnym szefem marketingu. Tworzy i zarządza rynkiem. To moja hipoteza. Ale to jaka jest firma, determinowane jest osobowością jej właściciela. Czy jego nastawienie jest krótkoterminowe („doimy klienta ile się da, by zachować korporacyjne stołki”) czy długoterminowe („budujemy wartość opartą o klienta i rynek”) determinuje często sposób działania. Jeff Bezos, który został uznany za najbardziej efektywnego CEO na świecie, hołduje tej drugiej zasadzie. [ wywiad]

Śmierć Wojciecha Inglota była zaskoczeniem dla wszystkich. Postać tego skromnego i skutecznego przedsiębiorcy opisał Mariusz Ziomecki w rozmowie z Jakubem Nochem. W bardzo ciekawym wywiadzie, Mariusz Ziomecki niestety poważnie zniekształca istotę marketingu w swojej wypowiedzi, wykazując się pewną nieznajomością zagadnienia: cyt. ”
„Swoje międzynarodowe imperium stworzył bez działu marketingu. Nigdy nie przekupywał też, ani nie uwodził dziennikarzy. To nie był facet, który budował swój sukces na propagandzie”.

Pan Mariusz wydaje się, w swym rozumieniu marketingu zatrzymał się w latach siedemdziesiątych lub zupełnie nie rozumie na czym on polega. Być może dla niego „marketing” równoważny jest wyłącznie reklamie tv oraz nawiedzaniu wszelkiej maści agencji public relations. Polecam lekturę notki „Mordobicie w marketingu„, gdzie bardzo jasno i precyzyjnie wyjaśniam kluczowe zagadnienia. Bruce Lee, którego postać tam przywołuję, jest również autorem pojęcia „sztuka walki, bez walki”. Parafrazuję je na „sztuka marketingu, bez marketingu”.

Kosmetyki kolorowe marki Inglot podbiły rynek dobrym produktem i asortymentem, profesjonalną komunikacją w miejscu sprzedaży, różnorodnością, pomocną i przyjazną obsługą, dystrybucją w kilkuset własnych punktach na świecie, wiedzą o potrzebach klienta. Czyli absolutnie podstawowym marketingiem handlowym, znanym od wieków. Dziś nazywanym „shopper marketingiem.

Marka Inglot wyrosla dzieki doskonalemu marketingowi. Sztuce marketingu (budowania wartości dla klienta w celu osiągania zysków) bez „marketingu” (manipulowania klientem w celu osiągania zysków).

Polskie marki są jak klejnoty w koronie Rzeczypospolitej. Upadek każdej z nich jest jak utrata drogocennej, narodowej wartości. Ale marka Inglot nie upadła. Weszła na nową ścieżkę. Trzymam kciuki.

Czekolada szitopodobna

Cechą socjalizmu były wyroby podobne do czegoś. Zielone banany podobne do żółtych. Zielone pomarańcze podobne do pomarańczowych. I oczywiście wyroby czekoladopodobne. Pojawiły się na półkach we wczesnych latach osiemdziesiątych. Brylowały w sklepach i tworzyły udawany dobrobyt. „Łaskawość” ówczesnej władzy pozwalała je nabyć bez kartek. Miały z czekoladą tyle wspólnego co plastikowe owoce i warzywa z ich naturalnymi odpowiednikami.

Powodzenie i łatwość przekazywania internetowych „hitów” zaburza nam rozumienie wartości. Przestajemy odróżniać czekoladę od jej kolorowej podróby, bo widzimy tylko zewnętrzny papierek. „Gangam style” ma miliard wyświetleń, a „Ona tańczy dla mnie” czterdzieści milionów. Czy ta oglądalność jest świadectwem wartości czy popularności? Czy potrafimy odróżniać dobre od popularnego? Czy potrafimy sprawiać, by „dobre, czekoladowe” stało się dla „popularnego, czekoladopodobnego” silną konkurencją, tak byśmy mieli równorzędny wybór?

Czy to źle, że ludzie sluchają takiej muzyki? Kupują takie produkty? De gustibus non est disputandum. Gorzej kiedy podstawowy brak poczucia estetyki staje sie normą lansowaną przez mainstream. Efektem będą puste galerie, biblioteki i muzea. I puste głowy z zimnymi sercami. A może już są?

Czyż czekoladopodobne wyroby, nie miażdżą nam gustów, nie płaszczą poczucia estetyki i umiejętności selekcjonowania wartości? Światełkiem w tunelu wydają się tak świetne projekty jak zdjęcie Marcina Ryczka, które stało się zwieńczeniem artyzmu fotograficznego i jednocześnie zyskało światową popularność. To są drobne, acz znaczące dowody na to, że unikatowe może stać się popularne, choć wymaga pozytywnego nagłośnienia i przychylności mediów. Elektronicznych. Jeśli bowiem coś w sieci stanie się znane, to media klasyczne niewątpliwie się tym zainteresują.

Winter-in-Krak-w-photographed-by-Marcin-Ryczek
Fot. Marcin Ryczek http://www.facebook.com/MarcinRyczekFotografia

Rzemieślnicy od zarania dziejów szukali ideałów estetycznych, by oczarować nabywców swych dzieł lub wyrażać własne emocje, jak choćby Vincent van Gogh. W erze przemysłowej jednostkowy produkt zastąpiła tania masówka. Ale do glosu doszli . Wciaż pamiętam moje pierwsze wrażenie produktu Apple zapakowanego tak jak perfumy. Poszukiwanie perfekcji w kazdym calu. Steve Jobs dążył nie tylko do użyteczności produktu, ale i jego estetyki zarówno na zewnątrz jak i … wewnątrz. Poszukiwanie perfekcjonizmu stało się wręcz jego obsesją.

Dziś to już nie takie proste. Unikatowy design jest natychmiast kopiowany w podobnych produktach. Po kosmetycznych zmianach, wygladają jak „inspirowane”. Wystarczy wejść do pierwszego z brzegu telkomowego salonu. Prawdziwy autor może tylko wbić zęby w tynk i wyć potępieńczo. Odpowie mu chichot prawników konkurencji. Trwa wyścig o wzornicze patenty. Grzeją się drukarki kancelarii prawnych. Nawet największy unikat ma dziś problem z przetrwaniem w świecie kopistów. Ale to my, jako klienci dokonujemy wyboru. Dlatego rośnie znaczenie innowacji i realnej wartości marki. Wartości już nie tylko emocjonalnej, ale wynikającej z powrotu do podstawych użyteczności. Twórzcie wartościowe marki, inaczej wylądujecie w koszu wyprzedazy lub półce z napisem „private label”.

Balansowanie

Konferencja sprzedażowa. Prelegent błyskawicznie uruchamia prezentację. Sypie dowcipami. Poraża elokwencją i inteligencją. Błyska metaforami. Cytuje klasyków. Goście szemrają z zachwytu. Panie wzdychają widząc błysk obrączki. Innym znacząco trzepoczą rzęsy. Tylko jeden gość siedzący w końcu sali, wyraźnie się nudzi i czyta coś na ipadzie. Prowadzący kończy. Sala klaszcze, a bohatera otacza natychmiast wianuszek fanek.

Drugi prelegent podłącza laptop i zaczyna. Mówi beznamiętnie i monotonnie. Nie patrzy na salę. Mamrocząc niewyraźnie przerzuca kolejne slajdy. Wykresy. Dane. Schematy. Entuzjazm gości gaśnie. Powoli wypełzają znudzone twarze. Słychać szelest przewracanych papierów. Część osób bez skrępowania wychodzi. Inni przestają ukrywać swoje znudzenie. Tylko ów jeden gość słucha z rosnącym zainteresowaniem. Przesiada się do pierwszego rzędu. – Panie profesorze, panie profesorze – woła wpadająca jak burza hostessa z recepcji – pomylił Pan sale! Pański wykład dla inżynierów jest obok! Do zaskoczonego prelegenta podszedł natychmiast gość z pierwszego rzędu. – Przypadkiem wysłuchałem o rozwiązaniach, które mogę zastosować w swojej firmie. Oto moja wizytówka, mam dla Pana duży projekt.

Konferencje, szkolenia czy seminaria, pełne są uśmiechniętych i asertywnych prelegentów, doskonalących sztukę elokwencji. Równie pełne są ich hotelowe, sobotnie sale, gdzie zachwalane są: pościel, garnki czy kołdry z merynosów. Najczęściej mają jedną cechę – są pustakiem, ładnie opakowanym. A ludzie w większości lubią kolorowe papierki, słodkie cukierki czy delikatne sugestie. Najczęściej jednoznacznie nakierowujące nas na tezę, że jeśli kupimy ich produkty czy usługi, będziemy madrzejsi, w porównaniu do tych idiotów, których nie ma na sali. Niejednokrotnie show pustych treści, kończy się twardą autopromocją czy wręcz nachalnym wciskaniem wizytówek po zakończeniu prezentacji. Niektórzy prelegenci i uczestnicy tak właśnie postrzegają swój cel udziału w rozlicznych konferencjach – efekt oceniają wyłącznie ilością wizytówek, jaką udało im się wymienić.

Skutek jest łatwy do przewidzenia. Wielu gości konferencyjnych obawia się ujawniać swoje funkcje czy firmy, obawiając się nagabywania, spamu czy nieustannie wydzwaniającego telefonu z ofertami, jakich nie potrzebują. Jednoczeście wirtuozi pustych show, niejednokrotnie zbierają najwyższe noty za oczarowanie gości, przy całkowitej miernocie merytorycznej. Dziś niestety coraz łatwiej posługiwać się tysiącami niezweryfikowanych dokumentów zalewających internet. Chłoniemy często treści nazywane choćby „badaniami” co po bliższym przyjrzeniu okazuje się sondażem dziesięciu przypadkowych gości przy kuflu piwa.

Na drugim końcu kija, stoją profesjonaliści bez umiejętności sprzedania swojej wiedzy w sposób komunikatywny. Operując żargonem, twardymi danymi i naukowymi badaniami, w nudny sposób teoretyzują. Choćby odkrywali największe tajemnice wszechświata i podawali pewniaki cyfr w losowaniu Lotto z wygraną 30 milionów, nikt ich nie wysłucha. Jednym z niedoścignionych wzorców mówienia o trudnych kwestiach w prosty sposób była „Sonda” prowadzona przez tragicznie zmarłych w 1989r. Zdzisława Kamińskiego i Andrzeja Kurka. Często dopada mnie myśl, jak bardzo fascynowaliby się dzisiejszym rozwojem technologii i jak ich pasje pozwalałyby wielu ludziom oswajać się z nowinkami. Ale dziś mamy Panią i Pana Gadżet. Też ich lubię, ale …

Słodkie cukierki sprzedają się same. Bez wysiłku wchodzą do głowy. Jak tabloid. Kawa na ławę. O wartość nikt nie pyta, liczy się ładne opakowanie i błyszczący bibelot, jak paciorki, które konkwistadorzy rozdawali Indianom. Tyle, ze słodkie cukierki kiedyś nas zemdlą, a uroczy prelegent będzie musiał szukać bardziej kontrowersyjnych dowcipów, mocniejszych zdjęć na slajd, czy spektakularnych happeningów, by rozruszać publikę. To ścieżka, która łatwo się kiedyś zapętli.

Czy potrafimy dobrze opakować coś wartościowego, nadać mu piękny kształt, wymyśleć dobry design, atrakcyjnie opowiedzieć o czymś trudnym i ważnym? Czy mamy na to pomysł? Czy kompetencje pustego showmeństwa uda się uzupełnić twardymi faktami i wiedzą? Czy obu prelegentom udałoby się zbalansować swoje umiejętności i konwergentnie (trudne słowo 😉 zbudować ciekawy przekaz? Jestem przekonany, że tak. Ale muszą chcieć. I próbować.

Sztuka marketingu

W jednym z telewizyjnych wywiadów, Jerzy Stuhr powiedział: – Czy wie Pan za co kochają mnie Ci wszyscy reżyserzy?  Za to, że potrafiłem po dwadzieścia, trzydzieści razy odegrać tę samą scenę, tymi samymi emocjami, tymi samymi gestami. Tak, prawdziwą sztuką jest dobrze zagrać, ale jednocześnie nie wypaść z kadru. Kilka godzin później, w wywiadzie dla Kino Polska, Andrzej Wajda opisywać będzie kunszt Zbyszka Cybulskiego.

– Wszyscy wiedzieli, że kiedy on gra, to żadna powtórka nie będzie taka sama. Cała sztuka polegała na uchwyceniu go w kamerze – mówił Wajda.

Czy aktorstwo to naturalny dar i zdolność czy wynik profesjonalnego rzemiosła? Bardziej liczą się umiejętności „przesunięcia ciężaru ciała na lewą nogę”  jak mówił Jerzy Stuhr, by być lepiej ujęty przez kamerę i ich powtarzalność czy zaangażowanie w rolę i wejście w nią w sposób całkowicie entuzjastyczny i naturalny?

Ten wydawałoby się typowo aktorski problem pojawia się w ciekawym filmie „Mój tydzień z Marylin”. Podobno geniusz aktorstwa Marilyn Monroe polegał na owym entuzjastycznym i naturalnym wejściu w osobowość granej postaci. Wystarczyło jedynie kontrolować pracę kamery. Niemniej owe „genialne” wejścia nie były czymś powtarzalnym i częstym. Stąd tak wiele drastycznych ocen aktorów, którzy zawód ten traktują wyłącznie w wymiarze klasycznego rzemiosła.

Na pytanie czy aktorstwo jest sztuką czy rzemiosłem nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Podobnie jak w przypadku marketingu. Te dwie dziedziny łączy wiele. Przedsiębiorstwa, podobnie jak aktorzy – pojawiają się na scenach (rynkach), kreując określone osobowości (marki), opowiadając różne historie, próbują zachwycić swoich widzów (klientów), aby powracali do nich w miarę często. Zarówno w przypadku aktorów jak i przedsiębiorców, liczą się jeszcze pewne dodatkowe wartości czy przesłania. Aktor będzie próbował wskazywać rolę miłości w życiu człowieka, a dobry przedsiębiorca starał o rozwój własnych ludzi. Młode, kubańskie dziewczęta pracujące jako zawijaczki cygar na Kubie, były tam jedną z najlepiej wykształconych grup społecznych. Podczas wielogodzinnej pracy czytano im po prostu książki.

Dobry przedsiębiorca nie będzie myślał kategoriami oszukiwania swoich klientów, bo będzie miał świadomość, że prędzej czy później sprawa wyjdzie na jaw. Dziś, dzięki niezależnym mediom społecznościowym czy organizacjom konsumenckim – bardziej prędzej, niż później. Żaden biznes zakładający nieświadomość zakupową klientów nie jest już dziś biznesem pewnym. Również wielkie, bezosobowe i niekontrolowane korporacje, dotykać będzie presja internetowej opinii publicznej, której ani nie będzie można kupić tak jak klasyczne media, ani oszukać – świat w globalnej sieci będzie miał zawsze w sumie lepszych ekspertów niż choćby najbogatsza korporacja. Gra aktorska (przedsiębiorstw) staje się tym wartościowa im bardziej jest naturalna, prawdziwa, rzetelna i prawa. Cenniejsza niż ta będąca wynikiem sztuczek, tricków, chwytów czy gwiazdek stawianych przy punktach najróżniejszych umów. Sztuka marketingu wraca do matecznika. Do źródeł, których podstawą rzetelności był bardziej Stanisław Wokulski niż Lech Grobelny.

Dziś coraz częściej poszukujemy nazwisk. Autorytetów sztuki biznesu, których wartości są zarówno wymierne w kontekście wyniku finansowego, umiejętności rynkowych jak i siły wewnętrznego personelu. Sztuka rzetelnego marketingu, staje się kanonem tworzenia i rozwijania rynków, ale i ich opuszczania. Umiejętność schodzenia aktora ze sceny (bankructwa firmy na rynku) jest również specyficzną umiejętnością marketingową.

Ile w końcu? Naturalności czy rzemiosła? Pasji czy warsztatu? Wydaje się, że nie można tego w żaden sposób rozdzielić. Stuprocentowy, warsztatowy profesjonalista, będzie musiał zawsze ulec przez jednoprocentowym błyskiem geniuszu. Stuprocentowy błysk geniuszu, zawsze ulegnie przed jednoprocentowym specjalistą – mistrzem jednego zadania. Bardziej obrazowo? Żaden prawdziwy aktor, nie zagra tak halabardzisty, jak prawdziwy halabardzista, który był nim całe życie. Ale i żaden prawdziwy halabardzista, nie zagra zadania aktorskiego tak, jak prawdziwy aktor, który był nim całe życie.

Dziś rzemiosło aktorskie (umiejętności operacyjne firmy) stają się wyznacznikiem jakości, profesjonalizmu aktora (firmy). Ale jego pasja, osobowość, zaangażowanie to bagaż emocji, za który kochamy aktorów (marki). Przenikanie się nawzajem tych dwóch elementów, bez wskazywania szczególnych proporcji, staje się kluczowe dla tworzenia wartości. Z małym zastrzeżeniem, emocje zawsze pozwalają wybaczać potknięcia merytoryczne.