Rzyganie dla hajsu?

Młode małżeństwo wylatuje na wakacje. Odprawiają się i nagle spostrzegają, że ich dwuletnie dziecko ma nieważny paszport.

20140310-230154.jpg
Mijają cenne minuty, a oni muszą podjąć decyzję. Co robić? Nie lecieć i pozbawić się tym sposobem nie tylko urlopu, ale również konkretnych pieniędzy? Zostawić jedną osobę? Lecieć, ale zostawić dziecko pod opieką do czasu pojawienia się kogoś z rodziny? Dyskusja na ten temat jak zwykle podzieliła pół Polski. Mamy fioła na punkcie dzieci. Przez tydzień stacje informacyjne deliberowały na ten temat. Interweniował Rzecznik Praw Dziecka.

Dziś trwa dyskusja w mediach o matce, która przywiązała dziecko do wózka. Sfilmowana przez służby monitoringu, szarpała i podnosiła latorośl dość gwałtownie przy każdym jego upadku. Wydaje się, że bardziej z bezradności wobec kontroli nad dwójką dzieci niż celowego okrucieństwa. Temat wałkowany przez media już drugi dzień. Zainteresowanie jak zwykle budzi reakcja wszystkich świętych związanych z ochroną praw dziecka.

I trzecia sytuacja. Dziewięcioletni raper próbuje zaistnieć w świecie muzycznym, żonglując słowami wyciąganymi z rynsztoka. [ Dzień Dobry TVN ]
– Czy to Ci się podoba? – pada pytanie dziennikarza.
– Nie wiem. Ale w tych czasach trzeba pokazać coś ostrego, żeby się wybić – odpowiada Xavier.

Xavier rapuje o dziwkach, hajsie i kodeinie. Jest okej. Na co dzień jest bowiem miłym i grzecznym chłopcem. Papcio uważa, że w takim rapowaniu nie ma przecież nic złego, a granicę przekroczy gdy zacznie palić papierosy. Przyznam, że czasem zastanawiam się gdzie leży granica wypierania z umysłu wszelkich istotnych wartości – eufemistycznie rzecz określając. Materiał Dzień Dobry TVN jest przesycony znamiennymi chrząknięciami prowadzących. Jakby każde z nich miało obrazować klasyczny facepalm.

Jeżeli dziewięcioletnie dziecko uznaje, że jedynym pomysłem na wyróżnienie się na rynku muzycznym jest tworzenie ostrych tekstów to czym wyróżni się za dwa lata? Za pięć? Sława czy „fejm” musi być bowiem podsycana wciąż nowszymi i ostrzejszymi tekstami. Czy jedenastolatek będzie rapować w klimacie gore? A trzynastolatek delektował się w swych tekstach wywlekaniem wnętrzności ludzi i zwierząt? Mordowanie pewnie pojawi się w ustach piętnastolatka. Siedemnastolatek dojdzie do orgiastycznego seksu ze wszystkim co się porusza. Xavier dla papy i mamy będzie nadal słodkim dzieckiem – przynajmniej dopóki, dopóty nie będzie palił papierosôw. To jak jego „sława” będzie wpływać na otoczenie zapewne średnio będzie ich interesować. Ścieżka „pokazywania czegoś ostrego by się wyróżnić” jest jednak śliska i jednostronna. Najgorsza będzie konkurencja. Na przykład raper siedmioletni zaczynający od razu od orgiastycznych tekstów połączonych z mordowaniem i wywlekaniem wnętrzności. Najlepiej niech ma słodkie oczy. Wszak to tylko kreacja sceniczna. Wszak to tylko pomysł ma wyróżnienie. Wszak to tylko dumni rodzice, których pokazano w telewizji. Wszak musimy być wyjątkowi i ważni skoro aż TVN poswięca nam tyle uwagi! Wszak to nic zdrożnego, takie rapowanie – to tylko gra, fikcja, mięsko dla tłuszczy by klikała filmiki i kupowała płyty na Allegro. Od czego zacznie ich pięcioletni konkurent? Pewnie od pokazania wszystkim środkowego palca na YouTube. Rodzice będą klaskać, śmiać się, a filmik osiągnie wyżyny oglądalności. Brzęknie słodko kasa z reklam, a w kolejnej odsłonie pięcioletni „fakman” pewnie coś zaśpiewa. Przecież nieważne nawet jak.

Media pokazują małoletniego Xaviera jak grzecznego kosmitę. Urwanego z choinki. Zdezorientowanego, podobnie jak uczniowie zlizujący bitą śmietanę z kolan księdza w ramach otrzęsin. Ależ przecież o co chodzi? O co ten szum? Nikt Xaviera nie zostawił bez opieki na lotnisku. Żadna matka nie przywiązała go smyczą do wózka i nie szarpie co chwila. Żadne służby ani organizacje nie widzą problemu w tym co i jak chłopiec śpiewa. Przecież nie czyni krzywdy nikomu. Grzeczny jest. Walczy o fejm bo świat czeka na niego z otwartymi ramionami – mus się wyróżnić. To działa. W telewizji pokazali. Zaprosili do studia. Licznik lansu bije jak wiatraczek w upalny dzień. Chlopiec zapewne jest już sławny w swojej społeczności. Czas może na ściankowy lans? Autografy, wywiady, wizyty w zakładach pracy. Papcio ogarnie. Mamcia zorganizuje. Hajs nieważny. To dla sztuki jest …

Drogi TVNie – jedną z najgorszych decyzji programowych była chyba wymiana „Supernani” na „Surowych rodziców”. Ten pierwszy program był typowy dla „ambitnej komercji”, który w masowym odbiorze choć w jakimś stopniu eliminowałby medialnie wszelkie xavieropodobne golemy.

Wulgarna ekspresja charakterystyczna dla kultury hiphipowej ma swoje uzasadnienie przede wszystkim w autentyczności życia i emocji samych raperów. To nie są grzeczni chłopcy, którzy codzienny garniturek rasy szkolnej zamieniają wieczorami na wytarty, niebieski dres. Xavier w ich świecie to jakiś błąd w matrixie. Chcesz poczuć klimat? Zapraszam do kalifornijskiego Compton. Przechadzka wieczorem dostarcza szeregu wrażeń i pasjonujących obserwacji kultury raperów. Ktoś kto nigdy nie poczuł tego klimatu – nigdy nie zrozumie.

Xavier przypomniał mi pewną znaną postać z kultowego filmu „Chłopaki nie płaczą„. I być może nie powinno się spuszczać zasłony miłosierdzia na koniec tej sceny to warto zadać sobie pytanie, jakie mechanizmy tworzą dziś tak groteskowe postacie. I czy cokolwiek można z tym zrobić.

Reklamy

Mokra robota na wizji

Finał America`s Got Talent (AGT). Walka o million dolarów. Studio wypełnione po brzegi. Szalejący tłum. Na scenę wchodzi nieduża postać. Ubrana w czarny surdut, duże buty. Na głowie czarny melonik. W ręku drewniana laska. Artysta daje wspaniałe show pantomimiczne. Porusza się po scenie specyficznym, kaczym chodem. Koniec ! Kurtyna!

Publiczność szaleje i wstaje z miejsc. Sharon Osbourne spada z krzesła. Howie Mandel wyje z zachwytu. Howard Stern płacze jak bóbr. Nick Cannon nie może wyjść z wrażenia i lekko rapując pyta: – Świetny występ! Jestem pod wrażeniem. Skąd ten pomysł? – Ach, sama wpadłam na niego dwa tygodnie temu – odpowiada artystka trzepocząc rzęsami. – Pomyślałam, że postać w czarnym meloniku, z laseczką i krocząca kaczym chodem będzie zabawna. Cieszę się, że spowodował wam się moja postać. Publika milknie. Zapada idealna cisza. Troje par oczu wszystkich członków jury przyjmuje kształt latających spodków. Gdzieś z tyłu w absolutnej ciszy dobiega piskliwe słowo zaczynające się na „f”.

Lubisz jak ktoś kradnie Twoje pomysły? Na dodatek podając je potem jako własne? Ja również nie. Inspiracja bowiem inspiracją – warto podkreślać czym się inspirujesz. Ale ściąganie i swoiste „Rżnięcie Mistrzów” to drugie. Przykłady? Jest ich aż nadto. Apple od dawna procesuje się z Samsungiem kto, kogo i gdzie. Promowany w mediach konkurs „Zwykły Bohater”, którego mecenasem jest Bank BPH, to kopia konkursu „Cichy Bohater” , wymyślonego przez Echo Miasta w 2006r., po tragicznym zawaleniu się hal targowych w Katowicach. W tym kontekście, hasło „Zwykłego Bohatera” brzmiące „po prostu fair” jest odrobinę kontrowersyjne. Kiedy mój autorski pomysł na Bareizmy wiecznie żywe, przekroczył 20tys. lajków, pojawiło się kilku „przedsiębiorczych” tworząc własne, bliźniaczo brzmiące strony, rozpoczynając je od kradzionych z serwisu zdjęć. Ktoś powie, że dziś to normalne. Niezupełnie i nie do końca. Każdy pomysł to ryzyko. Naśladowcy czy kopiści nie interesują się projektami-porażkami, tylko sukcesami. Niestety w Polsce skala żerowania na kapitale intelektualnym innych jest bardzo duża. Szczególnie w sferze polskiego marketing services, zjawisko przybrało wręcz formę ostrej dżumy.

Programy typu talent shows na świecie, mają jedną zasadniczą regułę – prezentujesz swój talent w sensie pomysłu i jego wykonania. Możesz oczywiście adaptować czyjś pomysł, aranżować utwór muzyczny, piosenkę czy występ, ale wtedy podkreślasz kto jest autorem. Z szacunku do tego kto to wymyślił. Wykonawców mogą być setki. Ale pomysł ma najczęściej jedną matkę lub ojca. Inaczej ryzykujesz posądzeniem o plagiat. Szczególnie, gdy wykonujesz utwór spektakularny, uznany za jakieś wydarzenie. W mojej ocenie kopiści pomysłów to przede wszystkim intelektualne pasożyty. A z wszelkiej maści pasożytami można robić tylko jedno.

W jednej z polskich edycji Mam Talent pojawił się „patenciarz”. Trafił do finału. Sugerując, że idea jest jego pomysłem. Też tak uważałem. Do momentu, gdy w okolicach Duomo w Mediolanie, zobaczyłem kilkunastu najróżniejszych „patenciarzy” wykorzystujących tę ideę. Przypadek? Nie sądzę. Z drugiej strony jestem w stanie zrozumieć człowieka, który widzi gdzieś ciekawy występ i próbuje na jego podstawie zrobić własny show. Zrozumieć tak, ale nie akceptować. Niech o tym powie – zobaczyłem, zainspirowałem się. Skąd biorą często swoje pomysły genialni showmani? Z głowy? Chciałbym w to wierzyć. Najprawdopodobniej biorą je z przepastnych otchłani You Tube.

Wczoraj w programie Mam Talent w programie TVN, występ półfinałowy oraz rozmowa z prowadzącymi (początek: 1:05) wyglądała w następujący sposób:

MT vs. CdS from Jacek Kotarbiński on Vimeo.

Wydawało mi się, że producenci programu rozrywkowego, mają świadomość istnienia światowych ikon rozrywki, a do takich należy Cirques du Soleil. W Polsce znajomość CdS jest marna (co w sensie rozpoznawalności wartościowych marek niestety nie jest niczym szczególnym). Pisałem o tym w kontekście występów w naszym kraju – „Wyprane słońce”.

Jeśli do finału jednego z największych programów rozrywkowych w Polsce, wchodzi osoba kopiująca jedną ze światowych ikon rozrywki, sugerując że jest to jej pomysł – to coś tu nie gra. Jury MT nie musi znać CdS. Ale wypadałoby, aby producent miał tego świadomość. Wydaje się że TVN jest zbyt wartościową marką, by pozwalać sobie – parafrazując Bogdana Łazukę (Chłopaki nie płaczą) – „puszczać brzydkie bąki”. Potencjalna wygrana kopii występu CdS i prezentowanie jej w mediach jako autorski pomysł byłoby dość żenującym skandalem. Kompromitacją zarówno stacji TVN jak i samej uczestniczki.

Na razie TVN pozwoliła sobie na nie zamieszczenie na stronach programu, mojego komentarza z uwagą iż ten występ jest swoistym plagiatem. Pozostawiam bez komentarza.

Ciekaw jestem, czy w finale konkursu Mam Talent w Polsce będziemy mieli do czynienia z Wielką Artystką czy po prostu Pospolitą Manierystką.

Poniżej występ CdS i innych wykonawców z konceptem Water Ball. Indywidualną ocenę i porównanie pozostawiam czytelnikom.

Cwana bestia Rutkowski

Duża, międzynarodowa konferencja. Krótkie, kilkunastominutowe treściwe prezentacje. Temat ? Inwestowanie w pewnym europejskim mieście. Pani Prezes, reprezentująca jednego ze sponsorów, poproszona zostaje o podzielenie się swoimi doświadczeniach we współpracy z lokalną społecznością. Pani Prezes wstaje i przez kolejne 15 minut, beznamiętnym głosem recytuje treść folderu własnej firmy.

Inna historia. Również konferencja. Ponad 100 osób na sali. Prośba prowadzącego o zadawanie pytań. Wstaje jedna z uczestniczek

– Dzień dobry Państwu. Nazywam się Anna Kowalska i pracuję w firmie Kowalska i Spółka. Nasza firma zajmuje się szyciem najlepszych i autorskich kostiumów dla pań. Tak doskonałych jak ten, w który jestem ubrana. (Tu następuje odwrócenie się we wszystkie strony w kierunku audytorium). – Prowadzimy ten biznes razem z moją wspólniczką (koleżanka wstaje), która jak widać ma na sobie równie świetny kostium  (koleżanka odwraca się we wszystkie strony). – – Wydałyśmy kalendarz na ten rok (pochyla się i pokazuje duży ścienny kalendarz), którym obdarujemy każdą zainteresowaną osobę. Będziemy czekały na państwa o tu, za tym filarem w czasie przerwy. A moje pytanie brzmi ( tu pada banał, którego już niestety nie pamiętam … )”

Nie wspomnę już o nobliwym profesorze ekonomii, który nieomalże przy każdej nadażającej się okazji w występie na żywo w telewizji, wyciąga pomiętą kartkę papieru ze swoim adresem na Facebooku. I ku zaskoczeniu prowadzącego, prezentuje ją bezpośrednio do kamery.

Lans?  Szpan? Prymitywna autoreklama? Podobno jest to słowo, które nie ma sensownego odpowiednika w języku angielskim. Przyjaciele podpowiadają pojęcie „hard-seller” (w kontekście agresywnej autosprzedaży) i „show-off” (w kontekście showmenstwa) – dziękuję Przyjaciołom :).

Według Miejskiego Słownika Slangu i Mowy Potocznej, „lansowanie” polega na wyróżnieniu się w otoczeniu albo czymś, albo własnym zachowaniem. Powinno być to oczywiście spektakularne i zauważalne. Według słownika, istnieje zasadnicza różnica pomiędzy „lansem”, a „szpanem”

„Lans to chwalenie/ obnoszenie się czymś w pozytywnym sensie. Nie tylko przedmiotami materialnymi. Ludzie często mylą Lans ze Szpanem: Lansujemy się, jak faktycznie mamy czym, posiadamy coś unikatowego, co ma niewielu i co u innych wzbudza faktyczny podziw. Szpan natomiast jest to odmiana buractwa wzbudzająca pogardę. Szpanerzy obnoszą się czymś pospolitym, myśląc, że dzięki temu są fajni (np. BMW kupionym przez tatusia)”

Współczesnym narzędziem lansu w biznesie (i obowiązkowo w polityce) jest oczywiście telewizja. To tutaj powstało pojęcie „parcia na szkło”. Również tutaj różni eksperci i specjaliści, stali się znanymi. Przeciętny Widz-Szarak, zakłada bowiem, że jeśli już zaprasza się kogoś to telewizji, to musi być to ekspert najwyższej klasy. Jak też niewątpliwie, nadal działa w masowym odbiorze „magia szklanego ekranu”, czyli wielu przyjmuje za pewnik słowa z niego padające. Oczywiście, Ci co mają manię dyskusji z telewizorem na pewno nie zgodzą się ze mną 🙂

Ostatnio przez media przepływa fala oburzenia wobec tytułowego Krzysztofa Rutkowskiego, właściciela firmy detektywistycznej. Nie będę się odnosił do tragicznych wydarzeń oraz kwestii etycznych. Te ostatnie są być może tematem na oddzielną notkę. Tutaj interesuje mnie zagadnienie „lansu”.

Wydaje się, że nie ma konieczności zrobienia szczegółowych badań, aby na pytanie „kto jest najbardziej znanym detektywem w Polsce?” usłyszeć odpowiedź „Rutkowski”. W tym kontekście nie ma najmniejszego znaczenia czy osoba ta jest lub nie jest faktycznie detektywem. Medialna kariera pana Krzysztofa, nabrała wyraźnych rumieńców po emisji w TVN serialu „Detektyw”, emitowanego w latach 2001-2006.  Swój charakterystyczny, medialny wizerunek, butę i niepokorność oraz zadziwiającą pewność siebie, przekuł na kapitał medialny. Niewątpliwie ku ubolewaniu konkurencyjnych firm. Otrzymał łatkę showmena i celebryty, a media kolorowe wciągnęły tę postać na swą krótką listę.

Te ubolewające nad „szołmeństwem” Rutkowskiego media, zapominają, że same go wykreowały. On bowiem, jako właściciel firmy usługowej, której jest kluczową twarzą, właścicielem i ambasadorem marki, będzie zawsze dbał o jej interes. Samo zachowanie jest całkowicie normalne. Możemy tylko dyskutować o metodach. Pan Rutkowski, podobnie jak setki tysięcy właścicieli firm usługowych (przypominam: w których sam właściciel jest głównym marketerem) czyni ze swojej twarzy, osobowości i przekazu, konkretny produkt. Ale od mediów zależy, ile i jak ten produkt zostanie przekazany. To media „gumkują” relację czy „setkę”, gdzie nie daj Buka ktoś wstawił logo firmy. Bo product placement czyli „polskawe” „lokowanie produktu” to doskonałe źródło przychodów.

Czy Rutkowski stał wieczorem na mrozie i organizował tam konferencję? Nie, on tam po prostu był i odpowiadał na pytania dziennikarzy. Trwało to zbyt długo? Cóż, trzeba było przecież wypełnić czymś czas antenowy „live”, a on był tam jedyny, z którym można było rozmawiać.  Zrobił konferencję prasową i siłą zmusił dziennikarzy, aby w niej uczestniczyli? Nie, sami wypełnili salę. A sala wypełniona dziennikarzami na presskonfie to marzenie każdego PRowca jakiejkolwiek firmy. O pragnieniach napisania lub emisji po niej notki już nawet nie wspomnę.

Właściciel małej firmy usługowej, zawsze będzie próbował wykorzystać media do autopromocji. Ale (powtarzam) – to media decydują co i jak zostanie pokazane.

Zachowanie Rutkowskiego pod tym względem, jest traktowane pogardliwie zarówno przez urzędników jak i media.  Do arogancji mediów-laików wobec pojęcia „marketing” zdążyłem się przyzwyczaić. (Nie znaczy to, że akceptować).  Urzędników rozumiem, żaden z nich nigdy nie rozumiał przedsiębiorcy. Ale media? Prywatne? Zaskoczone autolansem? Zarzucające brak etyki? Takiego festiwalu hipokryzji nie oglądaliśmy już dawno.

Osobiście, nie podoba mi się agresywność i formy autopromocji najbardziej popularnego, rodzimego detektywa. Ale zdaję sobie sprawę, jak bardzo jest ona skuteczna. Krzysztof Rutkowski nie musi codziennie się uwiarygodniać przed swoimi klientami czy robić prezentację swojej fachowości. Wystarczą mu 2-3 spektakularne akcje rocznie, w których wszem i wobec ogłosi, że nie bierze za nie pieniędzy, a media same nakręcą z nim odpowiedni materiał. Dla ułatwienia dodam: nie spot reklamowy, który ogląda 50% audytorium. Mam nadzieję, że jakaś firma public relations zbada wartość przekazu medialnego „Krzysztof Rutkowski” we wszystkich mediach w ostatnim czasie. Sam ciekaw jestem wyników. Według badań „Celebryta i jego wartość” (2008: Press Service), wartość ekwiwalentu reklamowego Dody wyniosła 87,6 mln PLN, Maryli Rodowicz 26 mln PLN, a Piotra Rubika 19,8 mln. Na dodatek za okres styczeń-czerwiec.

„Medialność” i „lans”, przekłada się na konkretne wartości i konkretne pieniądze. Twarze „celebrytów” co roku są „wyceniane” niejako przez magazyn „Forbes”. Na tej liście nie ma oczywiście detektywów, ale gdyby była to lista przedsiębiorców-celebrytów, niewątpliwie by się na niej pojawił.

Niektórzy zarzucają Rutkowskiemu prymitywizm formy i sposobów autopromocji. Trudno odmówić im racji. Osobiście nie akceptuję agresywnego lansu we wszelkich mediach, mając niestety równocześnie świadomość, że ta metoda jest skuteczna. „Telewizja sprzedaje” innymi słowy. Ale jestem zwolennikiem starej, mądrej w moim przekonaniu szkoły, która kieruje się prostą zasadą – nie chwal się na siłę, pozwól innym, aby robili to za Ciebie. W świecie mediów, w którym liczy się nie to co mówisz, ale to im głośniej i spektakularniej to powiesz, jest to trudne. I żebyśmy się dobrze rozumieli, do różnych przekazów trzeba używać różnych form. „Happenerstwo” jest wskazane, byle tylko nie było to tanie happenerstwo … Poczytasz o tym więcej tutaj.

O prymitywnych formach promocji mówi i pisze się coraz więcej. Jest nawet nagroda „Chamleta” dla najgorszych reklam w Polsce. Świetnie prosperuje na Facebooku profil „Szczucie Cycem” oraz blog o tej samej nazwie (prezentacja przekazów reklamowych, które szowinistycznie wykorzystują obraz kobiety). W świecie reklamy jest sporo beznadziejnej jakości przekazu. A Rutkowski ? Lansuje się tak, jak potrafi. Nie narzekajcie na kapitalistycznego przedsiębiorcę, właściciela firmy, który promuje swoją osobą, własne usługi. Szczególnie krytyczne wobec jego zachowań media, które autolansują się wszem i wobec, nie powinny wpadać w stan specyficznej dewocji.

*/ Tytuł jest parafrazą sformułowania Grzegorza Miecugowa „szczwany lis Rutkowski”, które padło we wczorajszym „Szkle Kontaktowym”. Skojarzenia z kryształem i dyrektorem Karwowskim – prawidłowe.

**/ Ponieważ dziś jest 200-setna rocznica urodzin Karola Dickensa, ilustracja z Klubu Picwicka 🙂

Nie karmić Morloków !

Koniec roku to czas zwyczajowych podsumowań, rankingów czy wszechogarniających nas „the best of”. Ale dla niektórych to moment na ciekawą refleksję. Jest nią na pewno wywiad udzielony przez Grzegorza Miecugowa dla serwisu internetowego Maddogowo. W moim osobistym przekonaniu, wywiad wart również solidnego, mainstreamowego, drukowanego tygodnika. Kilka konkluzji:

  • tabloidyzacja mediów jest faktem. Nadawcy i wydawcy chcąc przypodobać się masowym gustom publiczności, zmuszani są niejako do obniżania wartości merytorycznej swoich dzieł i dopasowywania tychże do owych gustów;
  • środowisko dziennikarskie staje się coraz bardziej podzielone. Coraz wyraźniej zaznaczają się granicę indywidualnych poglądów politycznych czy własnych interesów). Zmniejsza się liczba dziennikarzy zarówno rzetelnych jak i obiektywnych, którzy potrafią wytłumaczyć zachodzące procesy zmian;
  • dzięki internetowi, rynek mediów staje się coraz bardziej urozmaicony. Ponieważ nieomalże każdy dziś może być nadawcą treści, dźwięku czy obrazu, przeciętny odbiorca ma coraz większe możliwości korzystania z najróżniejszego wachlarza mediów, o różnym stopniu jakości, generujących różne treści i sposoby przekazu;
  • kończy się era „krwawego kapitalizmu”. Nadchodzi nowy porządek, ponieważ ludzie mają dość systemów (gospodarczych i politycznych), które nie opierają się o podstawowe zasady etyki i precyzyjnie definiowalne, uniwersalne wartości.

Dwa lata temu, również w grudniu, napisałem krótką notkę „Igrzyska dla ludu”, próbując opisać intelektualnych Elojów i Morloków. Coraz częściej znajduje dowody, że te dwa światy rzeczywiście oddalają się z prędkością światła. Ale wszystko zaczyna się od informacji.

Dzisiaj, informacja stała się towarem. Zaczęła podlegać klasycznym prawom popytu i podaży. Tak, wiem, brzmi to jak banał.  Zaczęła mieć również swoją cenę. Ale informacja to specyficzny produkt. Psuje się łatwo. Jest nietrwała i podlega wszechstronnym manipulacjom. Informacjami możemy być również zalewani, tracąc orientację co jest naprawdę ważne i jakie są wnioski z pojawiających się zdarzeń. Udowadniał to już Stanisław Lem w opowiadaniu o Zbójcy Gębonie.

Ta sama informacja, może być dziś podana na dziesiątki różnych sposobów. Budzić skrajne emocje i rodzić całkowicie odmienne postawy. To dziennikarz i stojący za nim „aparat medialny” (skojarzenie z aparatem partyjnym, słuszne) decyduje o konotacji przekazywanego newsa. Czasami wystarczy jedno zdanie odpowiedniej puenty po emisji materiału. Problemem jest to, że wspomniany anonimowy „aparat” przyssany do dziennikarza, popełnia grzech zależności. Od gustów publiki. I gustów polityków.

Gusta publiki są łatwe do odgadnięcia. Zasada jest prosta. Im głupszy, „ciemniejszy lud” tym bardziej prostacką i prymitywną rozrywkę będzie chciał oglądać. Przykładów aż nadto, wystarczy włączyć tivi czy główne stacje radiowe. Media niczym szczury, ulegają fleciście z Hameln, który ma w herbie słupki oglądalności. Cały dowcip polega na tym, że za nimi stoją marketerzy z wielkimi budżetami na reklamę. A jeszcze zabawniejsze jest to, że coraz częściej wydają te budżety w sposób pozbawiony logicznego i ekonomicznego uzasadnienia, za to omamionych przez kolejnych flecistów, czyli agencje reklamowe. Jak widać, wszyscy ze wszystkimi ganiają się po tym wirtualnym Hameln, niczym we śnie wariata, w poszukiwaniu kamienia filozofów …  (media z agencjami,  agencje z marketerami). A szara rzeczywistość skrzeczy – 50% widowni dziś już nie ogląda bloków reklamowych, pozytywny stosunek Polaka-Szaraka do reklamy spadł przez ostatnie 15 lat z ok. 65% do niecałych 10%, a nadawcy wśród potężnego hałasu reklamowego, dokonują ekwilibrystycznych cudów, żeby promować produkty ludziom, którzy maja tego serdecznie dosyć. Dosyć nie tyle samej reklamy, a  fatalnych na nią sposobów.

Jak zaspokaja się gusta publiki ? Efektem owego zauroczenia słupkami, to coraz bardziej drastyczne i dramatyczne newsy. Specjalne programy i bloki o przysłowiowej „dupie Maryni”. Czy kupowane dziwaczne formaty seriali, które nijak się mają do naszej mentalności.  Na dodatek po 20 chyba we wszystkich stacjach informacyjnych, większość dziennikarzy udaje się na spoczynek. Wracając do gustów. Po godzinie 22 ilość programów nadających soft porno, wróżby, telesprzedaż i telegry jest imponująca. Jak komuś mało, może włączyć telegazetę. Ostatnio znalazłem tam życzenia „Wesołych Świąt” umiejscowione pomiędzy linkiem to „bezpruderyjnych mężatek całodobowo”, a „starszych, namiętnych w Twoim mieście”.

„Sposobem” na niedzielne czy weekendowe pasma są wszelkiej maści „omnibusy” składające się z „mydlanych oper”, które niestety nie są zbliżone jakością do seriali HBO czy chociażby poczciwego Dr. Housa.  Chyba tylko Ewa Ewart czasami ratuje honor niedzielnego popołudnia. Oczywiście „petunia non olet” i zawsze można zmienić kanał. Pytanie tylko, czy wspomniana, „wyrafinowana” forma komercyjnej rozrywki jest najistotniejszą formą zarabiania pieniędzy ? Fakt, był podobno kiedyś reżyser filmowy, który za dnia zarabiał na tworzeniu przeraźliwych szmatławców, by wieczorem za zarobione pieniądze pracować nad wybitną sztuką teatralną. Byłoby to pewnie jakieś usprawiedliwienie.

Mamy tu zresztą ciekawe zjawisko ekonomiczne. Kiedy podnoszą ceny energii, lud prawie wychodzi na ulicę. Ale z drugiej kieszeni kilkadziesiąt milionów rocznie wydaje na telefoniczne wróżbiarstwo. Fascynujące.

Jeśli chodzi o media drukowane, to łatwo się domyślić, że jest podobnie. Najwyższą sprzedaż osiągają żerujący na lansujących się wszem i wobec celebrytach. Narodowym centrum wiedzy stają się gabinety stomatologiczne, kosmetyczne i fryzjerskie. Biblioteki umierają.  Nie wspominając o przenikaniu się owego lansu, przez wszelkie możliwe formy i metody komunikacji. Lud to kupuje. Ostatecznie, kiedy rzymski cesarz chciał zająć czymś owy lud to wypełniał Amfiteatr Flawiuszów. Dziś wydaje się postępować podobne zjawisko, zarysowane w chociażby w książce Raya Bradbury’ego „451 stopni Fahrenheita” oraz nakręconym na jej podstawie filmie „Fahrenheit451”. Obraz społeczeństwa „przykuwanego nosami” przed media do ekranów, jest charakterystyczny dla wielu książek czy filmów traktującym o procesach zniewalania społeczeństwa i typowego totalitaryzmu.

Dowcip polega na tym, że media nie są twórcami namacalnych produktów. Ich niematerialność przekuwa się w efekcie na kreowanie postaw wspomnianego „ciemnego ludu”, który raz na cztery lata decyduje, kto ma rządzić państwem. I tutaj się ujawniają drugie, polityczne gusta. Traktowane przez nadawców z bezwzględną konsekwencją. Nieważne co ktoś ma do powiedzenia. Ważne jest, żeby było gorąco. Jeśli ktoś ma do dyspozycji sto kanałów, to łatwo przewidzieć jaki przekaz przykuje uwagę. Ileż debat przypominało zamierzone „soft porno w wydaniu politycznym” ? Całkiem sporo.

Media uległy politykom. Dały się wciągnąć w ich chocholi taniec, któremu na imię jest „własny interes polityczny”, a nie „sprawne i efektywne procesy zarządzania państwem”. Przestały sprzedawać wiarygodną informację i komentarz, podawany w komunikatywny, a nie bełkotliwy sposób. Straciły cnotę, zyskaną dzięki wolności `89.  Zamiast porządkować, wprowadzają i nakręcają swoisty chaos informacyjny. Efekt ? Proszę sprawdzić jaki procent „ludu” podejmuje decyzję o głosowaniu w dniu wyborów.

Czy media powinny dawać ludziom to, czego chcą ? To naprawdę trudne pytanie. Choć odpowiedź pozornie wydaje się banalna. Przykład. Kiedy Henry Ford rozpoczynał produkcję aut, klient mógł wybrać każdy kolor. Pod warunkiem, że był to kolor czarny. Była to idea klasycznej orientacji produktowej – kupuj kliencie to, co mam wyprodukowane. Później nastąpiła era spełniania „wszelkich oczekiwań” i kaprysów klienta. Mógł on zamówić dowolny kolor, nawet na specjalne zamówienie, z najbardziej dziwacznymi dodatkami. I ta era zmienia się dziś bardzo dynamicznie. Liczba kolorów uległa redukcji (bo użycie zbyt wielu farb jest nieekologiczne). Jak również pewne odcienie zostały wycofane, ze względów estetycznych. Producent przestaje być maszynką do „zaspokajania gustów”. Staje się ich kreatorem i swoistym wizjonerem. Oczywiście, problem tkwi w tym, jakiego rodzaju wartości w ramach tychże gustów chce rozwijać …

Powtarzając pytanie. Czy media powinny dawać ludziom dokładnie to, czego chcą ? Mając świadomość, że ludzie w swej statystycznej masie zawsze będą zadowalać się prostacką i tania rozrywką ? W moim przekonaniu, nie. Nie chodzi bowiem o to co jest przekazywane, ale w jaki sposób jest to realizowane. Pojawia się kwestia odpowiedzialności za sposób przekazu informacji oraz ich analizowanie i komentowanie.

Każdy producent pralki, lodówki czy odkurzacza, powinien zaopatrzyć swoje produkty w logo „CE”. Oznacza on, że produkt spełnia warunki bezpiecznego użytkowania dla klienta, zostały zachowane podstawowe procedury jakościowe w tym zakresie oraz kiedy zdarzy się jakiś wypadek, to można dochodzić swoich praw z tym związanych. Klient, widząc na produkcie znaczek „CE”, wierzy w to, że został on wytworzony zgodnie z regułami bezpieczeństwa.

Oglądając program telewizyjny, czy czytając artykuł w niezależnej, poważnej gazecie, staram się wierzyć w to, że dziennikarz przygotował materiał obiektywnie, rzetelnie i koncentruje się na kluczowych elementach zagadnienia. Tym szczycą się wszelkiej maści poważni i wiarygodni nadawcy mediów. Tylko za moment, mam do czynienia z jakimś materiałem z mojej dziedziny zawodowej i jestem pod wrażeniem bzdur, jakie on ze sobą niesie. Zadaję wtedy proste pytanie. Skoro można tak beznadziejnie opisać materię na której się znam, to jak wygląda wiarygodność materiałów, o których nie mam bladego pojęcia ? Jeśli etyka i wartość zawodu dziennikarskiego to wspomniany znaczek „CE”, a jest on notorycznie nadużywany, to w którym momencie zostanę porażony prądem ? Dziennikarz, podobnie jak kierowca, pilot, ksiądz czy lekarz, swoim działaniem ponosi swoistą odpowiedzialność za „rząd dusz”. Każdy z nich na swój sposób.

Wydaje się, że media jak dżdżu potrzebują wiarygodnych osobowości. Telewizyjnych. Prasowych. Blogerowych. Czy radiowych. Również nie uznających się za „ekspertów od wszystkiego” dziennikarzy, aktorów czy piosenkarzy. Osobowości nie „lansowanych”, sztucznie pompowanych na jeden sezon, „przeżutych i wyplutych” po obróbce w medialnej pralce. Ludzi charyzmatycznych i wiarygodnych. Specjalistów w swoich dziedzinach, którzy potrafili prosto, ciekawie opowiadać o otaczającym świecie. Znacie ich ? Zdzisław Kamiński, Andrzej Kurek, Tony Halik, Gustaw Holoubek, Wiktor Zin, Aleksander Bardini, Michał Sumiński i wielu innych. Kochani Mediotwórcy, szukajcie ludzi, których „lud” pokocha. Nie za ściąganie majtek na antenie. Ale za ich mądra refleksję, charyzmę i pasję. 

Tak, zaraz usłyszę, że dziś ważny jest „szybki przekaz”. Oczywiście. To się wzajemnie nie wyklucza. Szybki, krótki przekaz może być zarówno przyciągający, jak i mądry i inteligentny. Potrzeba tylko do tego zainteresowanego rozwojem i zmianą dziennikarza, wolnego, nie zmanierowanego i nie podlegającego naciskom. Rozliczanego również za jakość, a nie wyłącznie za liczbę „klików”. Każda gazeta sprzedaje konkretną wartość intelektualną. Jedni wyżerają resztki ze śmietnika, a inni wolą slow food … Sztuka polega na tym, żeby ów slow food promować w sposób skuteczny.

Na koniec słowo o wspomnianym „aparacie partyjnym” czyli czapie decyzyjnej nad każdym dziennikarzem. Kiedyś owy aparat, regulował wszystko na przysłowiowe „wicie-rozumicie”. Może dziś czasem też powinien tak reagować. „Wicie-rozumicie, nie możemy nadać/wydrukować takiego chłamu, bo to ogłupia ludzi”.  Im głupszy naród, tym głupszych polityków wybierze. Tym bliżej nam będzie do intelektualnych Morloków, żyjących w ciemnościach, cwanych i prymitywnych, żywiących się mięsem mądrych, spokojnych Elojów. Stale przez owe Morloki zastraszanych i bezwzględnie dziesiątkowanych. Wartościowe piękno zawsze ulegnie brutalnej, bezmózgowej sile. O wiele łatwiej jest coś niszczyć niż tworzyć. Łatwiej jest przyciągnąc uwagę trupem i goła dupą, niż mądrym sposobem na życie czy radą na godną śmierć. ” Wicie-rozumicie, chłam jest niebezpieczny dla ludzkich umysłów”. Ponosimy nie tylko odpowiedzialność za to co nadajemy/ drukujemy, ale i jak to robimy”.

Z dedykacją dla Grzegorza Miecugowa i życzeniami zdrowia oraz dobrego 2012 roku

Jak TVN dyskryminuje mojego kota.

We wczorajszą niedzielę przyszło mi skonfrontować 2 fakty (Nie TVN).
Fakt pierwszy – to badanie MPG, o kurczącym się rynku reklamy Ikw.2009 w porównaniu do Ikw. 2008.

Nawet średniowidzący i średniowiedzący analityk zauważy, że cała para poszła w telewizję. Oczywiście, trudno generalizować na ile są to redukcje, a na ile alokacje. Niestety, po raz kolejny przy tego typu okazjach narzędzia pozamedialne i media drukowane dostają w skórę. Z drugiej strony trudno się dziwić – lobby agencji reklamowych jest tak silne, że użyją wszelkich możliwych środków, aby przekonać marketera, że własnie teraz nadaża się prawdziwa okazja na efektywne i tanie kampanie reklamowe w tv … W sumie w agencjach też pracują ludzie, którzy jakoś tego mamuta upolować chcą – parafrazując Mirosława Bakę w „Amoku”.

Tylko jest jeden mały drobiazg. Oglądalność bloków reklamowych przypomina obraz nędzy i rozpaczy. Cóż z tego, że film ma 4 mln oglądalności, skoro połowa szaraczków podczas bloków reklamowych ogląda coś innego, a reszta szuka usilnie powodu (sposobu?) żeby też nie oglądać …

Używając ulubionego powiedzenia Grzegorza Turniaka (pozdrowienia 🙂 – „szukaj sposobu, a nie powodu” różne telewizje wpadają na różne pomysły. Nagle coś wyskakuje z ekranu (nie gołego…), a to dołem biegają jakieś banerki. Kiedyś nawet „Polsat” kazał naklejać na wyświetlające się logo jakieś naklejki i oceniać poziom napromieniowania … Wspomniana stacja zresztą przoduje w naprawdę kreatywnych posunięciach ( np. wyślij w ciągu minuty SMS po zakończeniu bloku reklamowego, a możesz wygrać coś tam). Naprawdę, marketerzy w „Polsacie” dwoją się i troją, żeby tylko czymś Polaka szaraka zachęcić do oglądania bloku reklamowego. Pomimo, że oglądam ten kanał wyjątkowo rzadko – to doceniam ciekawe rozwiązania.

Stacje telewizyjne mogą imać się różnych metod przykuwania uwagi. Jedna będzie to robić trupem w szafie, inna kościotrupem w wannie, a jeszcze inna „różową serią”…. Jednak zbyt silna ingerencja w prywatność i domowy mir jest chyba pewną przesadą.

W 2006r. Vadim Makarenko opisał syndrom głośnych reklam. Zaskakująca jest konkluzja, że … w zasadzie nic nie można zrobić. Nie jest to proces tak łatwy jak np. zgłoszenie nieetycznej reklamy do Rady Reklamy (prosty mail, rozpatrzenie sprawy i finito). Okazuje się, że do podobnej praktyki wróciło TVN. Czego jak czego, ale tego po mojej ulubione stacji trudno byłoby się spodziewać …

Nie jest istotne, czy efekt jest osiągany przy pomocy podkręcenia dźwięku w czasie bloku reklamowego. Czy może zmniejszeniu jego natężenia podczas emisji programu. Za każdym razem przejście pomiędzy emisją programu, a blokiem reklamowym, powoduje rywalizację o pilota … kto pierwszy przyciszy … Różnica jest kolosalna …

I tu jest pies pogrzebany. Oczywiście w rodzaju tytułowego kota. Jak wszystkim wiadomo, stworzenia te mają doskonały słuch. Natura obdarzyła je wyjątkową wrażliwością na dźwięki. Po 1 maja, moje zwierzę domowe szczególnie nerwowo reaguje na bloki reklamowe TVN. Bynajmniej, nie z powodów merytorycznych ….

Dlatego mam prośbę ( szczególnie do Jarosława K. , który kiedyś wczesnym świtem pokazał telewidzom jego zdjęcie) – oszczędźcie to biedne zwierzę ! Nie iddźcie tą drogą …

I na zakończenie puenta. Najlepszą metodą na zwiększenie oglądalności reklam – są … fajne reklamy. Sam wtedy je z przyjemnością obejrzę i nie będę buszował po You Tube w poszukiwaniu ciekawych pomysłów. Głupie reklamy – jeszcze bardziej ogłupiają naród :))) Ostatecznie są, jakby nie było – dość ważnym fragmentem współczesnej kultury i sztuki. Parafrazując na zakończenie słynne powiedzenie Leszka z „Daleko od szosy” – jak widzi (i słyszy) się taką sztukę przed sobą, to trudno zachować kulturę …

PS. „Jarek K” to oczywiście Jarosław Kuźniar … A nie inny Jarek z Kotem. Proszę tu mi nie impt…imup…imtp..imputować …
PS. Co z tego że jeden JK, drugi JK. Też jestem JK 🙂

PS3. [12.05.2009r. 10:00] Panie Jarku – serdecznie gratulacje za „Wiktora 2008”. Jak Pan tu dotarł – to przeczyta 🙂 Życzę wielu sukcesów 🙂