Facjata z jedynki

Dziś bohaterami walki buldogów pod czerwonym dywanem jest Tomasz Lis i Kuba Wojewódzki.

20140203-222220.jpg

Kiedy kupujemy coraz droższe gazety lub płacimy za treści elektroniczne, chcemy kupować autorską wizję faktów i komentarzy. Chichot współczesności i tabloidyzacja powoduje, że faktów nie dostarcza tytuł o takiej nazwie. Podobnie jak mamy coraz większe wątpliwości wobec dziennikarzy.

Kuba Wojewódzki w emocjonalnym oświadczeniu wyraził swe ubolewanie, że nie znalazł się na jedynce Newsweek Polska razem z kolegą [Wyborcza.pl Wojewódzki do Lisa]. Redakcja Newsweeka w chłodnej odpowiedzi przedstawiła swój plan zdarzeń [ Newsweek odpowiada ]. Nie będę tego analizować. Ale punktacja za to będzie.

Zacznijmy od wiarygodności. W „Sztuce Rynkologii” na str. 42 opisuję „Scenografię rynku”, a cytaty Kuby Wojewódzkiego pojawiają się niejednokrotnie. Podobnie jak nawiązania do programu Tomasza Lisa. Komu wierzyć? To podstawowe pytanie? Kubie czy Tomaszowi? Co się stało, że zaczynamy się zastanawiać nad wiarygodnością przekazu w wydawałoby się banalnej sytuacji? Jak obaj panowie zapracowali na swoją wiarygodność? Czy ich wizerunek medialny i wizerunek osobisty jest taki sam? Aktorzy bowiem grają swe role zawodowo, ale jak wpływa podobne zachowanie na dziennikarzy? Showmenów? Mam problem ze znalezieniem odpowiedniego słowa.

Druga kwestia, to promocja radia. Skandalik w mediach, który nikomu nie szkodzi, zawsze zwraca uwagę. Sprzeda się więcej egzemplarzy pisma, ktoś zapamięta twarze prowadzących. Czy Tomasz z Kubą dogadali ten skandalik? Nieśmiertelny Testosteron? Nie mam oczywiście pojęcia, nie było mnie tam, ale po pierwsze patrz powyżej o wiarygodności, a po drugie bacz na znaczki zapytanka. W moim przypadku to marketingowe skrzywienie zawodowe, ale dzisiaj nawet jak ładne dziewczyny latają za Tobą w centrum handlowym z flaszką, że to prezent niby – to wiadomo, że nie za darmo. Ani to bieganie, ani ta flaszka. Nawet na poczcie nie wiesz czy uśmiechnięta pani właśnie jest po szkoleniu z obsługi klienta, czy to śmiech cyniczny, czy zęby ją bolą.

Trzecia kwestia to OSREP. Operacyjne Standardy Realizacji Projektu. Marketingowego, dodam. Wiem, że idiotyczny skrót 🙂 Czyli po ludzku miało być tak. Kuba miał być na okładce Newsweeka razem z kolegą. Najpierw kolega miał sesję. Potem Kuba się spóźnił, ale za to ze stylista wpadł. Do studia znaczy się. Później dostał dwa zdjęcia. Wybrał dwa. Nie chciał być na okładce sam. Nie zareagował na maile po 21. Drukarnia poszła w ruch i następnego dnia było po-o-o mszy.

Opis historii zawarty przez Newsweek Polska, powinien być kserowany studentom marketingu jako case study. Nieważne czy jest prawdziwy, ważne że ilustruje jak się szkolnie wywalają marketerzy na skórce od banana. I tutaj będzie punktacja:
1. Jeśli uzgadniasz z kimś, że warunkiem publikacji jest akceptacja zdjęcia jego twarzy – to dopilnuj jej bezwględnego otrzymania. Unikniesz problemów.
2. Jeśli to ważne zdjęcie, to nie pracuj na dedlinach. Kuba Wojewódzki po 21 w piątek ma pełne prawo leżeć nieprzytomny z .. zaczytania na przykład „Sztuką Rynkologii” i nie mieć głowy do jakichś fotek.
3. Jeśli ktokolwiek na sesję fotograficzną przychodzi z własnym stylistą fryzur, to znaczy, ze coś się dzieje i należy postępować ostrożnie. Chodzi naturalnie o stylistę.
4. Machanie przed oczami gwiazd, amerykańskimi okładkami magazynów takie słabo mokre jest … Jak już ktoś nie ma pomysłu i musi kopiować banalne ujęcie z okładki, bo jest przekonany, że dzięki temu wzrośnie nakład to niech to robi dyskretnie. Dyskrecja i bezszelestność w sztuce marketingu jest ważną umiejętnością.
5. Jak z drukarnią nie przewidziałeś rezerwy czasowej na ewentualne wypadki losowe, to masz problem ze ścieżką krytyczną realizacji projektu.
6. Gazeta papierowa to nie internet. Tutaj nie da się setki razy zmieniać zdjęcia. Albo bohater w końcu się określi jednoznacznie, albo wydawca zmuszony będzie podjąć decyzję za niego. Na przykład wstawiając zdjęcie samego kolegi. Kolega byłby znany, ale nie wiem jak sprzedaż. Zresztą, nie kupuję Newsweeka Polska dla okładki. Faktem jest, że przestałem kupowac inny tygodnik, między innymi z powodu okładki. Bywa.

Na okładkach chciałbym widzieć ludzkie i prawdziwe twarze, a nie sponiewierane przez stylistę fryzur.

PS. Ja myślisz? Czy ta notka wykorzystuje marker „Kuba Wojewódzki”, „Tomasz Lis” czy „Newsweek Polska”? Pozdrawiam machaniem boty monitorujące słowa kluczowe. Czy ten tekst to reklama natywna „Sztuki Rynkologii„, której celem jest przyciągnięcie znanych postaci i zgodnie ze „strategią księżycową” zaświecić dziś ich światłem odbitym? Spróbuj zgadnąć. Tak dziś działaja często media. Zasiewając nam ziarno niepewności, stawiając ma szali swoją wiarygodność. Musimy uczyć się czytać na nowo.

Wańka Wstańka

W środku dnia, na centralnym skrzyżowaniu Warszawy, w dramatyczny sposób rozbijają się dwie ciężarówki. Jedna załadowana puszkami piwa, a druga pachnącymi kabanoskami. Nikomu nic się nie stało, ale całe rondo wypełniło się zbierającymi wszelkie dobro mieszkańcami. Za chwilę specyficzny zapach rozlał się pośród syczających co chwilę puszek. Stacje informacyjne mają newsa i relacjonują wszystko live, starannie pokazując obrandowane wszędzie auta producenta piwa i kiełbasek. Powstają pierwsze grille, skrzyżowanie zamknięte, kilometrowe korki i cały dzień nie mówi się o niczym innym. Czy takie scenariusze czekają nas w kontekście reklamy natywnej? Jak często będziemy zastanawiać się, w jakich wydarzeniach jesteśmy elementem reklamowej układanki, a w jakich zwykłym, postronnym widzem?

Zainteresowanie klasycznie pojmowaną reklamą w porównaniu do początków lat dziewięćdziesiątych sięgnęło nieomalże bruku. Na rynku reklamy masowej działają modele ekonometryczne, sugerujące ustami uczynnych agencji reklamowych dorzucanie do pieca kolejnego budżetu medialnego. Z budżetów marketingowych utrzymywane są zarówno polskie media jak i cały sektor marketing services. Sam rynek reklamy łącznie z internetem to wartość 7 mld zł. (2013, Starlink), dodajmy do tego badania (1 mld zł.), działania pozamedialne (5-7 mld zł.) czyli cały rynek sektora marketing services może oscylować wokół 13-15 mld zł.

Tyle tylko, że efektywność działań marketingowych maleje, pokolenie Y traktuje reklamę jak ściemę i szuka autentyczności, a o poziomie niektórych kreacji wolę się nie wypowiadać. Jeszcze kilka lat temu, w ciągu jednego roku pojawiał się launch paru ciekawych marek, o których mówiło pół Polski. Dziś, drenująca mózgi i kieszenie kategoria suplementów diety, przeplata się z lekami OTC, maściami na świąd, telkomami z wydziwianymi kreacjami i bankami angażującymi kolejną, zakurzoną, amerykańską buzię. Bloki reklamowe oglądam dziś z bólem. I zażenowaniem. Uciekam do internetu. Na Ads of the World czy YouTube. Zżymam się jak nachalne i toporne bywają nasze kreacje. Jak dziwaczne i zachowawcze. To często nie jest wina agencji tylko samych marketerów. A raczej ich szefów odpowiedzialnych za akceptację żenująco słabej komunikacji marki. Szefów często nie rozumiejących prostej zasady – jeśli chcesz być wyrazisty, musisz czasem zaryzykować.

Reklama typu natywnego, wpisująca się w kontekst i treść przekazu – podlega tym samym regułom. W formułach product placement jest naturalnym elementem opowiadanej historii, rekwizytem pojawiającym się na scenie zdarzeń. Dyskretnym, ale widocznym. Spektakularnym, ale nie nachalnym. Jak czołg wjeżdżający w ciężarówkę wypełnioną puszkami Perrier. Ale nie tak jak marki niektórych piw czy mocnych alkoholi lokowanych w polskich produkcjach filmowych na potęgę, często nachalnie, bez pomysłu i logiki. Płacili, wymagali, reżyser zgrzytał zębami, ale nasz klient – nasz sponsor. Ceną jaskrawej nachalności reklamowej jest zawsze zniesmaczenie i utrata uwagi. Zawsze widzę jak wielu ludzi potrafi docenić pomysł na dobry spot. Dobre lokowanie produktu to też szczególna umiejętność. Wystarczy obejrzeć „Kochaj albo rzuć”, scena w radiu.

Powerade zyskał zdecydowanie więcej na wirusowym rozpowszechnieniu emocji związanych ze zdjęciem Tomasza Lisa, niż samym faktem zaistnienia na fotografii. Taką stawiam hipotezę – niech analitycy się wypowiedzą. Zamieszanie jest pewnie samo w sobie korzystne dla zainteresowanego, wszak o wywołanie rozgłosu tu chodziło. Tyle tylko, że dziennikarze, podobnie jak politycy z zasady nie wchodzą w romans z reklamą, ze względu na prosty zarzut utraty pozorów obiektywizmu. Z drugiej strony wciąż pamiętam ówczesnego premiera Leszka Millera wypowiadającego się przez kilka minut w głównym wydaniu Wiadomości TVP1 w kasku z logo Orlenu.

Na liście najcenniejszych twarzy według Forbes, marka „Tomasz Lis” wyceniana była na poziomie 600tys.zł. w rankingach 2010-2012. Ranking 2013 już nie uwzględnia dziennikarzy, przynajmniej tych jednoznacznie kojarzonych z tą profesją. Tutaj pojawia się zasadniczy dylemat. Czy zaryzykować swój dotychczasowy dorobek? Czy jako najważniejsza twarz NaTemat.pl wykorzystać ten fakt to wygenerowania dodatkowego dochodu? Jaki będzie tego efekt? Pójście w kierunku serwisu internetowego składającego się z treści typowo katalogowych? Czy mniej lub bardziej nachalnych sugestii zakupowych? Jaka jest różnica pomiędzy reklamą natywną, a kryptoreklamą – tyle że wpisaną bezpośrednio w kontekst?

Dziś coraz częściej nie wiem, czy książka lub film, o którym dyskutuje się na antenie czy w internecie jest ciekawy – czy po prostu producent za to zapłacił. Czy zaproszony muzyk chce coś interesującego powiedzieć, czy nachalnie lansować siebie i swoją nową płytę? Czy w telewizji, internecie, radiu i gazetach mam rzetelny przekaz zgodny z regułami sztuki, czy ukryty teleshopping, pięknie wyglądający w zestawieniach agencji monitoringu? Czy media są nadal wiarygodne? I w jakim zakresie aspekt ukrytej reklamy ową wiarygodność ogranicza?

Czy Tomasz Lis jest nadal dziennikarzem, podlegającym określonym, surowym regułom i zasadom czy staje się medialną gwiazdą, której w sferze reklamowej wolno w zasadzie wszystko? To moim zdaniem bardzo trudne pytanie. Nie mnie oceniać. Niemniej zjeść ciasteczko i mieć ciasteczko bywa czasami niemożliwe.

Reklama kontekstowa jest delikatnej natury, bo nie opiera się na wbijaniu młotem parowym do głowy feerii korzyści tylko swoistej perswazji i argumentacji. Z jednym zastrzeżeniem – wiem, że jest to reklama. Inaczej podlegam manipulacji. Wszak tekst nieoznaczony powinienem postrzegać jako rzetelny dziennikarsko, czyż nie? Czy wywiad z prezesem spółki giełdowej to „wstrętna krypciocha” czy rzetelna rozmowa o gospodarce? Diabeł jak zwykle tkwi w formie jego przeprowadzenia. Pytanie, kto jednak dziś czyta teksty z ramką „promocja”. Tutaj wydaje się tkwi sedno zagadnienia.

Czy tak będą wyglądać treści przyszłości?

W tekstach gospodarczych czy ekonomicznych zawsze będą wymieniane nazwy firm, marek czy nazwy produktów. Jedni uznają to za kryptoreklamę, a inni za normalny element tekstu. Dziennikarze zwykli nazywać kryptoreklamą najróżniejsze rzeczy, często sami mają problem by ją jednoznacznie definiować. Wielu posiada świetną wiedzę o mediach, ale słabą o sferze marketingu co zawsze będzie stwarzać problemy. Pierwszym z nich jest fakt niechęci dziennikarzy do marketingu w ogóle.

Są marketerzy dla których marzeniem jest być na łamach, ekranach i w głośnikach wszystkich mediów. Na dodatek chętnie za to zapłacą. Kiedy próbują to zrobić, stawiają zawsze wymagania. Kiedy dążą do ich spełnienia, próbują zawładnąć częścią emisji. Tak jak wspomniana kiedyś przeze mnie szefowa marketingu pewnej znanej fabryki okien, gdy w porannym paśmie TVN bezceremonialnie, nachalnie oraz szczególnie arogancko zareklamowała swoją firmę. Live. Zniesmaczoną i zaskoczoną twarz Doroty Wellman pamiętam do dziś.

Na deser Perrier [3:25]

Lis w Kominku

Niektórzy złośliwcy mawiają o koncernie Siemens, że jest  „skarbonką z przyłączonym działem elektrycznym”. To określenie wzięło się z potężnych dotacji państwowych, jakie koncern otrzymywał przez wiele lat.  Definiował  również pewną problematyczność z elastycznością rynkową i innowacyjnością. Model biznesu, wykorzystujący metodę na wyciąganie najsmakowitszych kasztanów z kominka, został również opanowany przez firmy „błękitnych strategii”. Ich idea polega na budowaniu kanwy wartości w oparciu o najbardziej korzystne czy najciekawsze elementy różnych modeli. Cirque du Soleil na przykład, łączy najwartościowsze elementy pantomimy, opery, klaunów, akrobatyki, teatru i (jak pisałem tutaj) nie jest cyrkiem. W obszarze internetowym, trudno mówić o szczególnie bezpiecznych modelach, ponieważ te najciekawsze są natychmiast skrzętnie kopiowane.

Jeszcze nie tak dawno, serwisy internetowe wydawały się jasno podzielone. Poprzez „portal” rozumieliśmy serwis ogólny, newsowy (horyzontalny) w Polsce głównie Onet i Wirtualna Polska. „Vortal” był serwisem specjalistycznym, wertykalnym, dotyczącym jakiejś konkretnej tematyki. W kategorii mediów newsowych, zaczęły się „wślizgiwać” serwisy bazujące głównie na istniejących dziennikach, tygodnikach, stacjach radiowych i telewizji informacyjnej. Trudno się temu dziwić, informacja wyprodukowana raz, nabierała dodatkowych kształtów i zaczynała być sprzedawana w różnorodnych kanałach dystrybucji. Zaczęła się mordercza walka, kto pierwszy, kto dosadniej, kto szerzej. Portale nabrały cech prawdziwych mediów szybkich, w których zaczęto patrzeć na nie przez pryzmat wskaźników oglądalności, klikalności, a dziś – coraz częściej, ilości udostępnień w mediach społecznościowych. Naturalnym elementem procesu digitalizacji mediów, było również powstanie cyfrowych tabloidów oraz budowanie przez nie treści lekkich, sensacyjnych i nie zawsze prawdziwych. Niektórzy powiedzą, że nawet w większości. Swoim własnym traktem podążała też blogosfera, budująca swoje „farmy” i serwisy w oparciu o udostępniane bezpłatnie (lub za drobne) platformy blogowe, gdzie można było „parkować” domeny z własnym nazwiskiem. Oraz pisać bez żadnego skrępowania. Część tej sfery ostatnimi czasy zaczęły zawłaszczać tygodniki czy miesięczniki. Posiadanie na swojej „blogowej farmie” znanych nazwisk, zawsze tym serwisom dodawało splendoru i zainteresowania.

Wczoraj wystartował Natemat.pl, zapowiadany jako wyjątkowe przedsięwzięcie medialne. Czasami odnosiło się wrażenie, że oto ujawnia się nowy Dean Kamen. Czy Tomasz Lis potrafi tworzyć  media? Tak. Czy jego ludzie potrafią tworzyć media?  Wydaje się, że tak. Czy Natemat.pl tworzy nową jakość przekazu? Nie. Wydaje się jednak, że sam model łączy w sobie wszystkie elementy układanki, o których napisałem przed chwilą.

Natemat.pl nie jest serwisem blogowym, ale z zaproszonych do współpracy blogerów, czyni swój oręż przewodni. To ich twarze, nazwiska, kontrowersyjne poglądy czy skrajne opinie, mają być miodem przyciągającym fanów serwisu. A może odwrotnie? Ale o tym na końcu.

Na konferencji prasowej, zapowiedziano nowe podejście do reklamy w serwisie internetowym. Przede wszystkim po raz pierwszy tak otwarcie i oficjalnie przyznano, że istniejące modele reklamy typu „display” czy CPC nie są wystarczająco efektywne. W sumie prochu nikt tu nie odkrył. Skuteczność reklamy, której KONTEKST nie jest związany z czytaną, oglądaną lub słuchaną treścią jest o wiele niższa, niż tej kontekstowej. Mam sfilmowane badania udowadniające tę tezę, stąd wiem co piszę:)  Ostatecznie na kontekscie reklamy czy poleceniach wyrosły takie tuzy jak Google czy Amazon.

Wcale bym się nie obraził, gdyby przy nieśmiertelnym artykule o parówkach Orlenu, który został za chwilę odpowiednio oceniony przez internautów, pojawiły się reklamy najbliższej mojej lokalizacji stacje benzynowe Orlenu. Ze specjalna ofertą na hot dogi. Quizzem, organizowanym przez personel stacji ze znajomości artykułu o parówkach. Punktami za check-in na Foursquare lub  obietnicą flaszki dla pierwszego, który wpadnie zdyszany na stację i wypowie ostatkiem sił tajne hasło. Może nawet rzucić monetą. Paweł Tkaczyk będzie szczęśliwy. To na tym polega „reklama angażująca”. A nie na tym, że się opowiada, że jest angażująca. I nie krzyczmy głośno o tym, że content reklamowy będzie jednoznacznie wyróżniany od treści redakcyjnych. Poziom treści przychylnych reklamodawcom we wszystkich mediach  jest w Polsce na tyle wysoki, że takie zarzekanie się już może budzić pewne podejrzenia.

Jeśli zapowiadamy rewolucję w świecie reklamy internetowej, to przekonajmy marketerów do tego, że taka rewolucja ma jakieś solidne podstawy eksperymentowania.  Trzeba zdecydowanie wyróżnić się od innych, a nie tylko troszkę. Któż broni projektować reklamy unikatowe, wyłącznie „dla Lisa”? Wraz ze stojącymi za nimi indywidualnymi projektami marketingowymi, wyłącznie związanymi z tym portalem.

Kiedy przeglądam Natemat.pl nie potrafię oprzeć się wrażeniu patchworka, łączącego serwis TVN24.pl i Pudelka. Duże zdjęcia, duże tytuły, przystosowane do szybkiego przeglądania – wydaje się, że gdzieś tu kiełkowała idea Flipboarda. Może to dobrze, dla mnie nadal trwa jedno wielkie poszukiwanie przez projektantów najwygodniejszych form czytania na różnych nośnikach.

Wróćmy do treści. Czy Tomaszowi Lisowi uda się to, co nie udaje się Grzegorzowi Hajdarowiczowi? Stworzenie ciekawych, ambitnych treści w wymiarze mainstreamu, umożliwiających jednocześnie zarabianie na nich pieniędzy?  To ciężkie wyzwanie. To jakby trzystu spartańskich inteligentów broniło  termopilskiego wąwozu przed nawałą perskiej armii tabloidów. Strategia monetyzacji „Pudelka”, sprawdza się lepiej niż strategia monetyzacji „Przekroju”. Możemy ubolewać, że tabloidyzacja się sprzedaje, ale wiele nowych portali nie ma po prostu wyjścia. Chcąc osiągnąć „na wejściu” dobrą oglądalność, miłą oku reklamodawców, muszą korzystać ze starych, sprawdzonych przez rynek sposobów. Zbyt daleko idące eksperymenty mogą kosztować zbyt wiele. Czy jeśli Natemat.pl stanie się portalem,  który w 30% tekstów składać się będzie z tabloidalnych treści, a w 70% z ambitnych (lub odwrotnie) to będzie to jakiś postęp? Czy jeśli za 2 lata tych treści będzie w proporcjach 50/50, uznamy to za sukces? Pozostawiam te pytania otwarte. Przekonamy się za jakiś czas. Jeśli sposobem na „zaprzyjaźnienie” narodu z coraz lepszym dziennikarstwem, będzie wejście przez furtkę z napisem „tabloidyzacja” to będzie to niewątpliwie ciekawy eksperyment medialny. Jeśli strategiami charakterystycznymi dla tabloidów uda się przekazywać ciekawe i wartościowe treści oraz utrzymywać serwis i osiągać zyski, to Tomaszowi Lisowi należy się solidna, porządna, sucha i wymoszczona norka z jakąś statuetką.

I na zakończenie, powtarzając pytanie. Czy blogerzy są miodem, czy serwis? Czy Natemat.pl jest sklepikiem newsowym z przyłączoną sekcją blogową? Czy może sklepikiem blogowym, z przyłączoną sekcją newsową? Trudne pytanie. Co jest lepsze dla blogera? Posiadanie własnego, niezależnego bloga, czy wylądowanie na „farmie” wśród setki innych, z których połowa to znane nazwiska, gwiazdy, sportowcy i inni, od których blask medialny bije na samą myśl? Czy właśnie obecność na „farmie blogerów”, zapewniającej stałą promocję, świadomość przynależności do interesującego choć różnorodnego towarzystwa oraz „bywanie u Lisa” (nie wierzę, że Tomasz Lis nie będzie osobiście promował współpracujących z nim blogerów) zapewni sukces?  Wśród nazwisk, nie znajdziemy osób uznawanych (lub autouznających się) za czołowych twórców blogosfery w Polsce. Przeoczenie? Świadomy zabieg? Wśród 140 blogów nie znajdziemy ani Natalii Hatalskiej, ani Kominka, ani Maćka Budzicha, ani Artura Kurasińskiego i wielu innych. Wśród wybranych blogerów znajdziemy osoby bardzo wartościowe i ciekawe, ale również dziwne czy niezrozumiałe. Widać osoby, które mają dodać splendoru serwisowi. Ale i wielu, którym serwis ma dodać splendoru. Być może i tak ma być,  być może wielu nie chce funkcjonować w „blogerskiej farmie”. Internet jak żadne medium na świecie, nie stworzył takiej konkurencji nadawców informacji. Trudno powiedzieć, czy lepiej mieć 100 blogerów z różnymi opiniami, czy 10, ale naprawdę mądrych i opiniotwórczych.  Osobiście przyzwyczaiłem się do czytania kilku-kilkunastu, którzy mają coś do powiedzenia w swojej,  interesującej mnie dziedzinie. Czytanie blogerów tak zwanych „wszechstronnych” i mędrkujących na każdy temat, przekracza moje chęci i możliwości czasowe. Zresztą, konkurują oni ze stadem dziennikarzy, którzy wiedzą wszystko o wszystkich lepiej.

Kogo będę czytać? Na pewno tych, dzięki którym moje życie się wzbogaci. Tomasza Lisa, bo lubię go czytać. Dorotę Zawadzką, prof. Bliklego, prof. Orłowskiego, ks. Sowę czy Lecha Wałęsę. Lubię, ale jeszcze nie wiem czy lubię czytać Irenę Eris, Romana Gutko czy Mariana Owerko (pod warunkiem, że będzie pisał o przywództwie i zarządzaniu firmą, a nie reklamował orzeszki). Na pewno nie zubożeję, jeśli odpuszczę sobie czytanie Kuby Wojewódzkiego (jak powie coś mądrego, to będzie na Facebooku, w każdej lodówce i na każdym billboardzie na skrzyżowaniu), paru polityków (cóż ciekawego może dziś napisać polityk na blogu?) i pewnie blogi, za którymi stoją tylko logo, a nie ludzie.

Tabloid był zawsze lekkim i łatwym modelem biznesowym, opierającym swą strategię o proste schematy. Z ambitnymi przekazami jest gorzej i trudniej. Na dodatek bez gwarancji powodzenia. W kraju notującym 80% wskaźnik wtórnego analfabetyzmu, wydaje się to wręcz heroicznym wyzwaniem. Dziś nie wystarczy zarzekać się, że chce się sprzedawać ambitne treści. Trzeba jeszcze umieć je sprzedać. Trzeba mieć również sponsorów i reklamodawców, rozumiejących, że to trochę inny model. Jeden idzie na „Zemstę nietoperza” bo to „jedna z najwybitniejszych operetek”, a inny dla oglądania przez wojskową lornetkę, nóg tancerek tańczących can-cana.

Model Natemat.pl jest ciekawy. Choć nie uniknął „na wejściu” naprawdę szkolnych wtop (moją ulubioną jest natemat.com.pl i „to nie ten Lis” ). Czy jutro Pudelek zaprosi do współpracy 150 blogerów? A TVN24.pl zamieni zasoby Kontaktu24 i wybranych reporterów, w solidne zaplecze opiniotwórcze? Trudno powiedzieć. Ale jedno warto – drżyjcie Kominki!