Herostratesi YouTuba

Jednym z najsłynniejszych ofiar chorobliwego parcia na szkło był pewien joński szewc z Efezu. Jego nieodpartym marzeniem było zostać sławnym. Trudno było mu zaspokoić swoją żądzę poprzez rzemieślnicze wytwarzanie obuwia czy jego naprawę. Miał lepszy pomysł.

Czytaj dalej „Herostratesi YouTuba”

Reklamy

Aż tu nagle!

Hugh Laurie, dla przyjaciół Dr House kręcił kiedyś w RPA scenę z lwem. Ze względów bezpieczeństwa lwa profilaktycznie nakarmiono do syta, żeby nic mu się nie chciało.

20140619-213531.jpgZadbano też by zwierzę było odpowiednio stare, a przy tym niemrawe, aby jeszcze bardziej mu się nie chciało. Następnym krokiem było wpuszczenie Hugh do klatki. Lew przeraźliwie zaryczał. Niby nic dziwnego, ale wbudził powszechne i wyjątkowe poruszenie ekipy filmującej jak i samego aktora, czyli wszyscy zastygli w chwili przerażenia. Pojawił się treser i wziął Hugh na bok. – Słuchaj – mówi – jeśli jednak lew mimo wszystko będzie chciał Cię zaatakować, to musisz rzucić mu w pysk kupą. Hugh mów – Hm, okej, ale skąd wziąć kupę? Treser znowu objął go ramieniem i szepnął – Ty się nie martw. Pojawi się.

Tę historię opowiedział na konferencji Tomasz Kammel, a mnie ów ryczący lew w świetle ostatnich wydarzeń wydaje się kwintesencją mediów, wzbudzających coraz częściej powszechny strach i zaniepokojenie. Przez ostatnie lata z chłodnego analityka i rejestratora faktów ewoluowały w stronę wulkanu eksplodującego emocjami. Nakręcające się nimi przede wszystkim, straszące nimi ludzi. Why? For money. A zagrożenie może być fałszywe – strach jest zawsze prawdziwy.

Każda dziecięca bajka ma swoją ulubioną frazę. Jest nią „aż tu nagle”. Na tę chwilę uwaga każdego szkraba natychmiast wzrośnie. Media metodą „aż tu nagle” zajeżdżają oglądalność ile tylko się da, przy okazji uniemożliwiając sensowny ogląd jakiejkolwiek sytuacji. Koniec świata, wojna, spisek, zamach, upadek – te wszystkie słowa budowane w schemacie „aż tu nagle” mają zapewnić wysoką oglądalność, klikalność i poziom czytelnictwa. Wolnym mediom w każdym demokratycznym kraju wolno więcej. Mają być narodowym sumieniem i weryfikatorem władzy. Ale jednocześnie mają zarabiać pieniądze dla swoich właścicieli. Czy jedno nie wyklucza drugiego? Jeśli nie, to jakie elementy zapewniają połączenie wiarygodności i rzetelności opinii oraz wyników finansowych właściciela? Czy dziennikarz tworzący przekaz w modelu „aż tu nagle” zapewniając wysoką oglądalność robi wszystko by być wiarygodnym? Rzetelnym i przyzwoitym? A może staje się zwykłym „sensatem” jak określił to Jacek Żakowski. Okładanie ludu pracującego miast i wsi, co godzinę żółtym paskiem, kończy się tym, że na naprawdę ważne informacje potrzebny będzie w końcu pasek czerwony – na żółty bowiem nikt już nie będzie zwracać uwagi.

Wolne media potrafią w wyjątkowy sposób żonglować emocjami społeczeństwa. Mają do tego olbrzymie możliwości – tworzą treść i mają narzędzia do szybkiego i masowego przekazu. Są w stanie wyprowadzać ludzi na ulice. Podburzać i uspokajać. Kiedy wolne media, różne codziennie w swych opiniach, zaczynają mówić jednym głosem, to znaczy że coś się dzieje. Ale media potrafią również w wyjątkowy sposób straszyć i niszczyć społeczeństwo. Tak jak słynne radio RTLM w Rwandzie.

Dziś, podobnie jak Stefan Bratkowski chciałbym wierzyć w możliwość uprawiania dziennikarstwa w sposób przyzwoity. [ Studio Opinii: W co się bawimy ]. Dziennikarze mogą różnić się w swych opiniach, ocenach czy analizach oraz mieć całkowicie różne wnioski z pojawiających się faktów. Jak też potrafią to mądrze, logicznie i sensownie uzasadnić. To czytelnik, widz czy słuchacz decyduje jaką stację czy gazetę wybierze. Ale media nie mogą żonglować emocjami społecznymi bez ograniczeń. Huśtać ludźmi ciągłymi „aż tu nagle” w imię wyłącznie własnych, partykularnych interesów. Dlaczego? To proste. Media niczym wspomniany lew potrafią przeraźliwie zaryczeć. I nic nie pozostanie wystraszonemu, zdeterminowanemu ludowi jak rzucić w nie ową kupą. Która pojawi się niechybnie.

Szczekacze

Dziennikarka znanej telewizji zaprasza do studia Szczekacza i Profesora. Pytanie jest proste – po co? Zaprośmy dwóch Szczekaczy.

20140109-193516.jpg
Można nawet urządzić ring z kisielem albo olejem i pozwolić widzom wysyłać SMS za 9,99 netto z opcją głosowania. Szczekacz wygra, jestem przekonany. Ale zaproszenie dwóch Profesorów będzie nudne. Jak dojdą do kontrowersji to potrwa to zapewne dłużej niż coelhowskie jedenaście minut, wejdą na poziom bontonów i przytyków na poziomie intelektualnej mezosfery. Popcorn widzowi wystygnie.

Najgorsi są Profesorowie, którzy się ze sobą zgadzają. Nuda, panie. Jak flaki z olejem. A szczekanie? Proste. Pokazujemy paluszek – hau, hau, hau. Dwa paluszki? Hauhauhauhauha! Możemy zabrać delikwentowi misia. Rrrrrrr…. Albo trochę poironizować. Szczekacz będzie ujadał, bo taka jego rola. Profesor przeżyje dziesięć facepalmów. Po wyjściu ze studia użyje słów których nigdy publicznie nie używał. Nie wpadłby nawet na to, że na używanie ich znajdzie powód.

Szczekacz nigdy nie będzie partnerem do rozmowy. Żadnej. Szczekacz nie słucha. Nigdy. Nie analizuje. Nie myśli. Nie zmienia zdania. Nie argumentuje. Szczekacz potrafi tylko jedno. Jest na niego jedyna metoda. Wyłączyć dźwięk i włączyć muzykę. Każdy bez przygotowania potrafi czytać z ust Szczekacza.

Media uwielbiają ostatnio pokazywać Intelektualnie Odmiennych. Albo Zaczadzonych [ patrz: Charakterologicznie Odmienni Zaczadzeni ]. To demoluje owe media. Rozwałkowuje z trudem tworzony wizerunek. Wypłaszcza synapsy. Promuje magiel. Czekam, kiedy na przykład w popularnym programie publistycznym ktoś zaprosi najciekawszych Meneli w Polsce. To może być fascynująca grupa, ze swoistym stylem i własną filozofią życia. Można posadzić Menela ze Szczekaczem. Menel przeżyje zapewne dziesięć facepalmów. Później zapije. Aby zapomnieć. Ale ujadanie zapomina się długo.

W tej konfiguracji chyba wolę słuchać Menela. Podobno czas antenowy w telewizji jest bardzo drogi. Ile kosztuje codzienny, darmowy lans Szczekaczy i Zaczadzonych?

Z dedykacją dla Pani Moniki i jej wspaniałego Bono.

Powyższy wpis jest wyrazem ironii i bezsilności autora wobec jakości komunikacji i narodowej publicystyki mediów szybkich.

Zabójczy jad

Media potrafią zapewnić sławę. Media potrafią zabić. Doprowadzając do wypadku w tunelu Alma w Paryżu w 1997. Robiąc dowcip pewnej pielęgniarce w londyńskim szpitalu. Sugerując stan upojenia alkoholowego na wizji.

20131231-113847.jpg

Doskonałą metaforą mediów jest tolkienowska postać Grimy Smoczego Języka.

Media uzyskując wyjątkową władzę nad kształtowaniem ludzkich poglądów i postrzegania świata, zatraciły w swej megalomanii poczucie odpowiedzialności za wpływ na ludzkie życie. „Dziennikarzami” nazywają się zarówno ci trzymający się podstawowych norm etycznych czy zasad jak i ci, którzy mają je w głębokim poważaniu.

Uprawianie rządu dusz drudzy traktują wyłącznie w wymiarze materialnym. Czytelników i widzów jako masowych przeżuwaczy tabloidalnej papki, dawców gazetowych wpływów i klikaczy newsów.

Jedni chcą swym autorskim stylem opowiadania o świecie – zarobić na miskę ryżu. Drudzy, widzą tylko wielkie miski ryżu i przekroczą wszelkie granice by je przepełnić. To zupełnie inne modele dziennikarstwa. Kreujące inne typy ludzi – odróżniajmy dziennikarzy od pornopismaków. Zacznijmy w końcu to robić.

Krzyczcie. Nie szeptajcie. Krzyczcie głośno. Zmieńcie w końcu prawo.

Krowy zwodzone

Gdyński hotel. Ustawione wokół siebie auta pewnej telewizji. Trwa kolejne nagranie znanego formatu programu kulinarnego. Ożywiona dyskusja kierowców i obsługi. Padają ostre, niecenzuralne słowa. Przypalają kolejne papierosy. W dresach z kapturem i roboczych ubraniach, wyglądają jak stadko żuli. – Tej wyfiokowanej blondi chyba totalnie odbiło – mówi jeden z nich. – Mam dosyć jej kaprysów i tego całego programu. Przechodzień wyciąga komórkę. Wychodzi genialne zdjęcie. Słyszy świetną historię. Wystarczy trochę ubarwić, dodać chwytliwy tytuł i materiał na tabloidowy serwis gotowy. To udane popołudnie.

Powyższy fakt miał miejsce przed chwilą. Zgadnij, jaka część z niego jest prawdziwa, a jaka fałszywa? Ale tak współcześnie funkcjonują tabloidy. Nieważne czy Pani A rzuciła w Panią B czymś miękkim i cuchnącym. Czy odwrotnie. Liczy się tylko smród.

Czytelnicy takich „materiałów” i widzowie podobnych im programów, są jak „zwodzone krowy, prowadzone na ceremonię dojenia z kasy„. Pisemka kolorowe nie są ani prawdziwe, ani rzetelne. Nawet nieszczególnie emocjonujące. Żerują w sferze „marzeń” o lepszym życiu lub emocjonowania się życiem znanych z tego, że są znani. Na dodatek wmawia się im (czytelnikom i widzom), że właśnie tego chcą. W gospodarce rynkowej nie jest to niczym dziwnym. Ostatecznie są ludzie, którzy zarabiają na chleb na wiele gorszych sposóbów niż publikacja treści opartych o faktoidy i ogłupianie innych. Wróżenie przez telewizję czy telegry nie są przez prawo zakazane. Ostatecznie każdy ma wolną wolę i ze swoimi pieniędzmi może robić co chce.

Ale w tym świecie funkcjonują osoby, uważające się za celebryckich ekspertów. Żyjących z analizowania ich życia, pouczania w sferze wystąpień publicznych, zabierających głos w sferze publicystycznej i pozycjonujących się na guru. Kiedy okazuje się, że za tą fasadą „profeski” jest tylko hipokryzja, rodzi się Pani Dyzma.

Naukowiec czy ekspert najczęściej ośmiesza się brakiem obiektywizmu. Naturalnie, że nikt nikomu nie zabrania posiadać własnych poglądów czy preferencji. Tyle, że wyraźnie należy oddzielić analizę wizerunku znanej osoby, od własnych wobec niej uprzedzeń.

W filmie „Testosteron”, piosenkarka Alicja, kreuje „event” by sprzedać swoją nową płytę. Czy wydawanie książek, których promocja opierać się będzie na prowokacjach celebrytów by nazwisko i tytuł przewijał się w mediach stanie się nowym standardem? Rozumiem prowokacje piosenkarzy, artystów,  znanych skandalistów, anonimowych twarzy pragnących mieć swoje pięć minut. Nie rozumiem prowokacji kogoś, kto chce uchodzić za eksperta. Chyba, że jest się Panią Dyzma.

Dziś każda ze znanych twarzy, promocję swojej książki zaczyna od „telewizji śniadaniowej” i wszelkiej maści stacji radiowych czy każdego, kto chce o tym napisać.  Nawet w programie „Lis na żywo” promowane są książki. U Kuby Wojewódzkiego – płyty. Chętnie poznam cennik takich usług product placement. Niechybnie wydam własną książkę i też będzie zależeć mi na „pokazaniu” okładki i paru słów. Obawiam się jednak, że tematyka konkurencyjności firm będzie średnio interesująca. A może opisać historie wojen celebrytów?

Wszystko można sprzedać. Bajki z mchu i paproci również. Ale w kategorii „bajki”, a nie „literatura faktu”. Świat mediów chory na celebrytozę, kisi się we własnym sosie, zarabiając na dojonych przez siebie krowach/widzach/czytelnikach (niepotrzebne skreślić) całkiem niezłą kasę. Stworzył rechoczący wagon, znany z opowiadania Stefana Grabińskiego „Ślepy tor” [obejrzyj film].

Niestety, Panią Dyzma trudno dziś uznać za eksperta, którego zaprosi szanująca się korporacja, poszukując twarzy do kolejnej kampanii reklamowej. Szkoda. Szefów marketingu interesuje analiza oparta o profesjonalną wiedzę i fakty, a nie kolejne plotki i faktoidy wyniesione z magla. W zasadzie każdą książkę można napisać opierając się na półprawdach. Czy on zabił, czy jego zabito? Nieważne, liczy się zamieszanie.

Pani Dyzma wie jak funkcjonują media. Chichoce i klaszcze w dłonie. Rzuca cuchnące kawałki mięsa kolejnym padlinożercom. One z lubością je szarpią, mnożąc wpisy na swoich stronach i łamach. Byle nazwiska nie pomylili. Byle nie pomylili tytułu książki. Ów chichot już gdzieś kiedyś słyszałem. Tak, wydobywający się z ust pewnego nastolatka.

Dedykuję wszystkim twórcom, dziennikarzom i profesjonalistom, którzy zaznali jawnej niesprawiedliwości i fałszu  ze strony mediów kolorowych.

PS. Nadal lubię Panią Dyzma. Niestety już zdecydowanie mniej.

Smakosze padliny

Kevin Carter siedział pod drzewem w upale i płakał jak bóbr. Był fotografem, który w Sudanie fotografował klęskę głodu. Kiedy wybrał się w głąb buszu, zobaczył małą, wychudzoną dziewczynkę, czołgającą się w stronę punktu rozdawania żywności. Dziecko na chwilę znieruchomiało, a tuż obok wylądował tłusty sęp. Carter zaczął robić zdjęcia, czekając aż ptak rozwinie skrzydła. Ale to nie nastąpiło. Jedna z fotografii trafiła na główną stronę New York Timesa. Wywołała burzę. Czytelnicy przede wszystkim interesowali się losem dziecka. Rok później, autor otrzymuje Nagrodę Pulitzera. Obraz wywołał dyskusję o etyce dziennikarskiej, sam Carter przyznał później, że żałował własnej bierności i nie udzielenia dziewczynce pomocy. Nie uzyskał odpowiedzi na wiele pytań o granice ingerencji. Bądź granice nieingerencji. Kevin popełnił samobójstwo 27 lipca 1994r. Ta fotografia spodowała również wielką akcję zbiórki pieniędzy na pomoc żywnościową dla krajów Trzeciego Świata.

W magazynie Eryka Mistewicza, czytam „porady” Redaktora Naczelnego Super Expressu, jak celebryci nie powinni się dawać tabloidom. (Angora 46 s. 22-23). Stronę wcześniej, Krystyna Janda w emocjonalnej wypowiedzi, opisuje praktyki paparazzi w poszukiwaniu „ryjów” i tematów. Kilka tygodni temu, przez media przetoczyła się dyskusja o tabloidyzacji mediów, zainicjowana przez Grzegorza Miecugowa, rozwinięta w programie Tomasza Lisa czy komentowana na licznych blogach, forach internetowych czy mediach społecznościowych. Natomiast na pewno ważnym momentem dyskusji o procesach tabloidyzacji na świecie, była afera pisma „News of the World”. To tyle w kwestii historycznego tła.

Redaktor Naczelny „Super Expressu”, Sławomir Jastrzębowski zabawia się na łamach „Nowych Mediów” w doradcę i guru gwiazd w zakresie współpracy z tabloidami. Jedyna metofora, jaka mi się nasuwa na myśl, to wizualizacja Akademii Rekinów, w której największe ludojady uczą ludzi jak unikać ich zębów.

Główna teza stawiana przez Redaktora Naczelnego SE jest prosta – „może jesteśmy straszni, ale Tobie [celebryto, gwiazdo, polityku itp.] – potrzebni”. Otóż nie, Panie Redaktorze. To bardzo daleko idąca manipulacja, z kilku prostych i bardzo trywialnych przyczyn.

Każdy tabloid musi działać w warunkach obowiązującego prawa, jak jakakolwiek firma, prowadząca działalność gospodarczą. Jednak poruszanie się po granicach ludzkiej prywatności lub przekraczanie jej, ścigane jest na mocy prawa cywilnego, a nie karnego. Polska jest krajem, w którym nie ma jasno i precyzyjnie określonych granic, co tabloidy wykorzystują w doskonały sposób, zarabiając na tym określone pieniądze. I właśnie osiąganie tą metodą zysków, jest kluczowe dla biznesu tabloidów, a nie bliżej nieokreślone cele czy wartości. Tak jak Larry Flynt, który na rozszerzaniu nóg u modelek, zbudował wielki biznes. Wszystko, co robią tabloidy, podyktowane jest dążeniem do jak najwyższych zysków. Natomiast zupełnie inną kwestią, jest sposób ich osiągania. Jedni handlują narkotykami, a inni prowadzą sklepy spożywcze.

Stare przysłowie mówi, że „Większość znaczy większość. Nie znaczy, że ma rację”. Skala czytelnictwa tabloidów w Polsce o niczym nie świadczy – poza wielkością tego rynku. Oczywiście, jedni będą ubolewać nad tym, że tak dużo sprzedaje się „produktu medialnego marnej jakości”, ale inwestorzy będą zacierać ręce. Tylko, że nie o to tu chodzi. Żaden tabloid nigdy nie będzie traktowany przez nikogo w sposób poważny. Konkurencja na rynku dzienników, magazynów czy portali uznawanych za „kolorowe” jest tak duża, że aby się utrzymać na tym rynku, można już jedynie eskalować poziom sensacji, napięcia, przełamywania barier. Ciekaw jestem kto pierwszy przesunie sępa bliżej wspomnianej dziewczynki, udramatyzuje jej wyraz twarzy i zmusi ptaka do rozpostarcia skrzydeł. Ale żaden tabloid nie poruszy tłumów – pisałem o tym w „Pudelkowej Rewolucji”.

Każdy człowiek ma prawo do swojej prywatności. Bez względu na to, czy jest mniej lub bardziej znaną osobą. Nie wgłębiając się w swoiste „gry” gwiazd i tabloidów – jeśli jakiś człowiek jasno i wyraźnie nie życzy sobie być fotografowanym czy rejestrowanym, to ma do tego pełne prawo. I łamanie tego prawa powinno być bardzo szybko i precyzyjnie rozliczane przez sądy powszechne. Niejako „z marszu”. Oczywiście każdy tabloid używa jak mantrę sformułowania „osoba publiczna, której możemy więcej”. Tyle tylko, że dzisiejsza, mordercza konkurencja sensacyjnych treści, niektórym każe przekraczać wszelkie granice. Budując to tego swoistą i często pokraczną ideologię.

Tabloidy stosują dziś cztery metody działania:

Sposób Pierwszy: fotograf może przypadkowo natknąć się na Gwiazdę wychodzącą z toalety i zrobić jej zdjęcie ze spuszczonymi spodniami. Bingo. Świetny temat na okładkę!

Sposób Drugi: fotograf może również zaczaić się przed toaletą i czekać, aż którejś z wychodzących Gwiazd przytrafi się taki afront. Temat na okładkę dyskusyjny, niemniej – punkty za cierpliwość, mogą być nagrodzone. (Uwaga do Gwiazdy: przed wyjściem z toalety, bacz czy masz podciągnięte spodnie).

Sposób Trzeci: fotograf wpada nagle do kabiny w toalecie i robi Gwieździe mnóstwo zdjęć, nie zważając na jej protesty, krzycząc, że jako osobie publicznej to on może zawsze, wszędzie, kiedykolwiek, z kimkolwiek i bez żadnych ustawek.

Sposób Czwarty: fotograf robi zdjęcie wychodzącej z toalety Gwieździe, korzystając z Photoshopa ujmuje lub dodaje odrobinę, a następnie kreuje całkowicie nieprawdziwą historię, kończącą się licznymi znakami zapytania (bo za pewne stwierdzenia można już wylądować w sądzie). Efekt: Gwiazda wszem i wobec albo musi się tłumaczyć, że nie jest wielbłądem, albo ku uciesze hejterów – nie zajmuje żadnego stanowiska, albo oddaje sprawę do sądu, której wyniku nikt nie zna, a nawet jeśli – to nikt nie zauważy przeprosin.

W tej ostatniej metodzie, często przypomina mi się porucznik Zubek z serialu „07 Zgłoś się” z kultowym dialogiem:

– Proszę Pana, na każde pytanie można odpowiedzieć tak lub nie !

– A gdybym zapytał, czy przestał Pan już brać łapówki?

Są media, które konkurują jakością i szybkością przekazu. Są i takie, które konkurują dostarczaniem co bardziej mięsistych tak zwanych NzD („newsów z dupy”). Pół biedy, gdy są to newsy zdobyte Sposobem Pierwszym i Drugim. Problem, gdy większość tabloidów zaczyna korzystać ze sposobu Trzeciego i Czwartego.

Czy jest to problem Gwiazd? Owszem, ale one dzięki coraz wymyślniejszym sposobom ochrony swojej prywatności czy menedżerom znającym się na public relations, będą w pełni kontrolować zarządzanie swoim wizerunkiem. Tabloidom z kolei, będzie coraz bliżej do pism o naturze marnego science-fiction, których już nawet praczki nie będą chciały brać do ręki. Z prostej przyczyny – dzięki budowaniu fikcyjnych legend ich resztki wiarygodności sięgną bruku. Dziś nie sztuką jest sprzedać 1 egzemplarz gazety za złotówkę. Sztuką jest sprostać internetowej treści i czytelnikom, którzy chcą natychmiast, jak najostrzej i jak najbardziej sensacyjnie. Tylko ten wyścig to pożeranie własnego ogona.

O kontrolowanych skandalach i ustawkach nie ma sensu pisać – wyczerpał temat film „Testosteron” oraz liczne artykuły dotyczące zapotrzebowania celebrytów na uwagę tabloidów.

Są ludzie, którzy uwielbiają jeść kolację przy świecach, z dobrą muzyką i miłym towarzystwie. Są też tacy, którzy kochają jeść resztki kaszanki z podartej gazety, leżącej obok śmietnika. Uwaga: podkreślam słowo „lubią” czyli to nie stan portfela warunkuje mniej lub bardziej ekstremalną formę kolacji.

Są celebryci, którzy bez uwagi tabloidów nie mogą żyć. Nawet, jeśli ponoszą koszty ich nadmiernego zainteresowania – opłaca im się. Ale są i tacy, którzy świadomie budują swoją markę osobistą, nie potrzebując do tego kolorowych pisemek.

Czytelnicy tabloidów konsumują przede wszystkim padlinę. Powiedzmy to w końcu jasno, prosto i wyraźnie. Te treści nie mają w sobie żadnej wartości. Jak puste kalorie. Można się od nich uzależnić. To prawda. Są tacy, którzy sprzedają padlinę i osiągają zyski jak i tacy, którzy ją kupują, wydając na nią swoje własne pieniądze. Jest popyt i jest rynek. Tylko, że w moim przekonaniu nie ma sensu budować do tego specjalnych teorii , dalekosiężnych tez i wszelkiej maści porad. Każdy ma wybór. Każdemu wydawcy tabloidu życzę powieszenia zdjęcia Cartera w głównym holu redakcyjnym.

PS. Z dedykacją Krystynie Jandzie, której tekst był rzeczywiście poruszający.

Pudelkowa rewolucja

Słonecznym rankiem 14 lipca 1789 roku, tłumy paryżan wyległy na ulicę. Mieli dość. Elit, polityków, burżuazji i wyzysku. Niebieskie, czerwone i białe kokardy przyczepiali sobie wszyscy. Początek rewolucji przemysłowej, to maszyna parowa. Studentów w 1968 roku porwała demonstracja przeciw zdjęciu „Dziadów” Dejmka. Podwyżka cen w 1970, wyprowadziła na ulicę robotników. Zwolnienie Anny Walentynowicz, było iskrą dzięki której zrodziła się „Solidarność”. Dziś na ulicę wychodzą młodzi ludzie i zakładają maski. Wielkie wydarzenia i rewolucje, zawsze zaczynały się od impulsów, które porywały masy. Ale wydaje się, że każdy z nich był zupełnie różny od siebie.

Co dziś rozpala ogień rewolucji? Oto na „Pudelku” pojawia się odezwa do narodu. Przeciętny czytelnik dowiaduje się z ciekawie napisanego tekstu, że rządzący i celebryci oderwani są od rzeczywistości. Dostaje się Marcinowi Mellerowi, za felieton we „Wprost”- „Właściciel niewolników”. Marcin ma wyjątkowego pecha. A to nie zagłosuje na PO, a to boksuje twórców z premierem, a to zapomni się na antenie i teraz jeszcze to. Staje się „burżuazyjnym” bohaterem „Pudelka” nawołującego do narodowej rewolty. Tutaj muszę się zatrzymać …

Nie wiem co o tym myśleć. Powtórzę jeszcze raz. Portal „Pudelek” nawołuje poprzez odezwę, do narodowej rewolucji. Że przepraszam co? A można jeszcze raz powtórzyć i to dużymi literami? Pudelek? Rewolucja? Odezwa? Nie studenci? Robotnicy? Obrońcy krzyża? Nauczyciele? Emeryci? Górnicy? Rolnicy? Cały naród ma się zjednoczyć pod jednym, pudelkowym, sztandarem? To mnie nawet tak mocno ta scena z „Nic Śmiesznego” nie rozbawiła, jak ta sugestia.

Nie o treść tu chodzi. W pudelkowej odezwie jest wiele mądrości, ale i taniego populizmu. Jak to w odezwach. Nie o treść. Przede wszystkim o reputację nadawcy.  Z nią bowiem jest tak, jak ze szklanką. Kiedy raz się zbije, to po sklejeniu już pierwotną szklanką być przestanie. Coś bowiem bezpowrotnie się traci. Portal „Pudelek” świadomie wykorzystując tabloidyzację jako źródło swojego biznesu i niewątpliwie sukcesu ekonomicznego, pozycjonuje się w jednoznaczny sposób na rynku medialnym. Zastrzegam, nie roszczę sobie praw do oceny jego działalności. Ludzie zarabiają na świecie pieniądze w sposób o wiele gorszy. A i Matką Teresą z Kalkuty też nie jestem. Moralizował nie będę.

Za chyba wszystkimi rewolucjami, stały jakieś charyzmatyczne postacie. Ich wspólną cechą, była przede wszystkim wiarygodność. Nie przypominam sobie rewolucjonistów, którzy zbudowali swoją pozycję na całkowitej sprzeczności swoich intencji, nieszczerości czy konfabulacji. Dla „ludu” przywódcy rewolucji musieli być przede wszystkim wiarygodni. Mogli być zabawni, ale nie mogli być śmieszni. Mogli być cwani, ale nie chytrzy. Mądrzy, lecz nie przemądrzali. Kierujący się interesem, ale nie wyłącznie interesowni. Samo posiadanie dużego „share of voice” nie czyni rewolucji. Ktoś kto stoi na beczce i gardłuje, musi jeszcze mieć podstawowe cechy charyzmatyka.

Mój drugi uśmiech na twarzy, wywołała wizja rzeczywistego wyjścia tłumów na ulicę i państwowej rewolty pod pudelkowym sztandarem. Przyznam, że za 50 lat uczniowie czytający dzisiejsze karty historii, mieliby niezły ubaw. Rewolucja 1989 – Lech Wałęsa. Rewolucja 2012 – Pudelek. Chyba nie wytrzymam.

Problemem Polaka-Szaraka nie jest bogactwo. Tylko godność.  Godność jest bogactwem wszystkich ludzi biednych. A Polska jest narodem ubogim. To właśnie po godność  tysiące młodych ludzi wyjechało do Wielkiej Brytanii, Irlandii czy Holandii. Dziś również po tą godność wychodzą na ulicę. Czują bowiem, że jest im odbierana. Coraz gorszą jakością państwa, urzędactwem, uprawianiem polityki dla polityki, ale przede wszystkim oderwaniem się wielu od rzeczywistości. Czy owe „elity” nazywane będą burżuazją czy oligarchią, nie ma najmniejszego znaczenia.

Dla tej godności ukrytej pod tekturową maską, stanęli obok siebie na mrozie lewicowcy, prawicowcy, kibole, partyjni, bezpartyjni, katolicy, niewierzący, krzyżowcy, narodowcy, internetowcy, blogerzy, lanserzy i leserzy, którzy właśnie przechodzili obok z tragarzami. I co? Rozwińmy wszyscy pudelkowy sztandar i załopocmy nim wesoło?

Polak-Szarak to taka dziwna bestia. Podobno już Gomułka mówił, że gdyby chciał przekląć syna to by powiedział „oby ci przyszło rządzić Polakami”.

Ludziom, którzy pragną by traktować ich godnie, należy się szacunek zawsze i wszędzie. Nawet jeśli ktoś uważa, że walczą o uprawomocnienie kradzieży własności intelektualnej. „Ciemny naród” nie ściąga z sieci oryginalnych, amerykańskich seriali. Bo jego poziom angielskiego nie wystarczy do ich zrozumienia. Nawet, jeśli ktoś nie pojmuje, że chodzi tu o mądre zasady i prawo, którego nie będzie się łamać. Dziś bowiem internetowa społeczność wymierza silny cios znanej i poważanej marce „Wedel”, która nie przeszła „Testu Zosi”. A sieć walczy o godność zwykłej dziewczyny, która prowadziła kulinarnego bloga.

Dziś lamentujący wielcy wydawcy i nadawcy, zapominają, że sami udostępniali swoje treści, chcąc utrzymać swoją konkurencyjność na błyskawicznie rozwijającym się e-rynku. (Dlaczego nie kupuję Wprost? Bo mam je za darmo, legalnie na iPadzie.  Ale za to z reklamami HBO). Uwalniając poprzez digitalizację, niezliczone zasoby wiedzy i owoc dziennikarskiej pracy, zapomniano o odpowiednio wcześniejszym uregulowaniu procesów legislacyjnych. To oczywiście nie zahamowałoby piractwa, ale dało pełną klarowność zasad.

Piractwo w Polsce było od czasów kopiowania gadżetów z amerykańskich superprodukcji typu „Gwiezdne Wojny”, kserowanych książek Wisłockiej czy kaset magnetofonowych, zalegających narodowe chodniki. Sugerowanie, że polscy internauci to pionierzy piractwa, jest daleko idącą hipokryzją. Ten kto nie nosił podrabianych ‘Wranglerów”, albo nie słuchał w aucie nielegalnie przegrywanych płyt na kasety,  niech pierwszy rzuci kamieniem. Warto pamiętać, że „kopiowanie” wszystkich i wszystkiego, było jedną z kluczowych cech systemu sowieckiego. Polskie „piractwo” jest w pewnym sensie swoistym pokłosiem odziedziczonym po właśnie po nim.

Szacunek do wartości intelektualnej był zawsze w naszym kraju oparty trochę o prawa Kalego. Dlatego chociażby w naszym kraju cała dziedzina gospodarki jaką jest design, w zasadzie nie istnieje. Jak może się rozwijać, w tak beznadziejnie działającym systemie własności intelektualnej? Czy nad tymi tezami ma również powiewać pudelkowy sztandar?

Polak-Szarak nie ma szans w walce z korporacjami czy państwem urzędniczym. Dziś żadne związki zawodowe w strajku generalnym nie zmienią systemu. Zresztą, dziś walczą tylko „o miskę”, a nie o zasady. Zmieniać owego systemu chyba nie ma potrzeby. Kluczowy jest przecież sposób myślenia, urealnienia perspektyw zwykłych ludzi. Pod pudelkowym sztandarem?

Jeśli Pudelek występuje z odezwą do narodu i próbuje porwać ich do walki i zmian, to gdzie są charyzmatyczne, intelektualne elity prawie czterdziestomilionowego państwa? Tu już się nie śmieję. Klnę.

Cwana bestia Rutkowski

Duża, międzynarodowa konferencja. Krótkie, kilkunastominutowe treściwe prezentacje. Temat ? Inwestowanie w pewnym europejskim mieście. Pani Prezes, reprezentująca jednego ze sponsorów, poproszona zostaje o podzielenie się swoimi doświadczeniach we współpracy z lokalną społecznością. Pani Prezes wstaje i przez kolejne 15 minut, beznamiętnym głosem recytuje treść folderu własnej firmy.

Inna historia. Również konferencja. Ponad 100 osób na sali. Prośba prowadzącego o zadawanie pytań. Wstaje jedna z uczestniczek

– Dzień dobry Państwu. Nazywam się Anna Kowalska i pracuję w firmie Kowalska i Spółka. Nasza firma zajmuje się szyciem najlepszych i autorskich kostiumów dla pań. Tak doskonałych jak ten, w który jestem ubrana. (Tu następuje odwrócenie się we wszystkie strony w kierunku audytorium). – Prowadzimy ten biznes razem z moją wspólniczką (koleżanka wstaje), która jak widać ma na sobie równie świetny kostium  (koleżanka odwraca się we wszystkie strony). – – Wydałyśmy kalendarz na ten rok (pochyla się i pokazuje duży ścienny kalendarz), którym obdarujemy każdą zainteresowaną osobę. Będziemy czekały na państwa o tu, za tym filarem w czasie przerwy. A moje pytanie brzmi ( tu pada banał, którego już niestety nie pamiętam … )”

Nie wspomnę już o nobliwym profesorze ekonomii, który nieomalże przy każdej nadażającej się okazji w występie na żywo w telewizji, wyciąga pomiętą kartkę papieru ze swoim adresem na Facebooku. I ku zaskoczeniu prowadzącego, prezentuje ją bezpośrednio do kamery.

Lans?  Szpan? Prymitywna autoreklama? Podobno jest to słowo, które nie ma sensownego odpowiednika w języku angielskim. Przyjaciele podpowiadają pojęcie „hard-seller” (w kontekście agresywnej autosprzedaży) i „show-off” (w kontekście showmenstwa) – dziękuję Przyjaciołom :).

Według Miejskiego Słownika Slangu i Mowy Potocznej, „lansowanie” polega na wyróżnieniu się w otoczeniu albo czymś, albo własnym zachowaniem. Powinno być to oczywiście spektakularne i zauważalne. Według słownika, istnieje zasadnicza różnica pomiędzy „lansem”, a „szpanem”

„Lans to chwalenie/ obnoszenie się czymś w pozytywnym sensie. Nie tylko przedmiotami materialnymi. Ludzie często mylą Lans ze Szpanem: Lansujemy się, jak faktycznie mamy czym, posiadamy coś unikatowego, co ma niewielu i co u innych wzbudza faktyczny podziw. Szpan natomiast jest to odmiana buractwa wzbudzająca pogardę. Szpanerzy obnoszą się czymś pospolitym, myśląc, że dzięki temu są fajni (np. BMW kupionym przez tatusia)”

Współczesnym narzędziem lansu w biznesie (i obowiązkowo w polityce) jest oczywiście telewizja. To tutaj powstało pojęcie „parcia na szkło”. Również tutaj różni eksperci i specjaliści, stali się znanymi. Przeciętny Widz-Szarak, zakłada bowiem, że jeśli już zaprasza się kogoś to telewizji, to musi być to ekspert najwyższej klasy. Jak też niewątpliwie, nadal działa w masowym odbiorze „magia szklanego ekranu”, czyli wielu przyjmuje za pewnik słowa z niego padające. Oczywiście, Ci co mają manię dyskusji z telewizorem na pewno nie zgodzą się ze mną 🙂

Ostatnio przez media przepływa fala oburzenia wobec tytułowego Krzysztofa Rutkowskiego, właściciela firmy detektywistycznej. Nie będę się odnosił do tragicznych wydarzeń oraz kwestii etycznych. Te ostatnie są być może tematem na oddzielną notkę. Tutaj interesuje mnie zagadnienie „lansu”.

Wydaje się, że nie ma konieczności zrobienia szczegółowych badań, aby na pytanie „kto jest najbardziej znanym detektywem w Polsce?” usłyszeć odpowiedź „Rutkowski”. W tym kontekście nie ma najmniejszego znaczenia czy osoba ta jest lub nie jest faktycznie detektywem. Medialna kariera pana Krzysztofa, nabrała wyraźnych rumieńców po emisji w TVN serialu „Detektyw”, emitowanego w latach 2001-2006.  Swój charakterystyczny, medialny wizerunek, butę i niepokorność oraz zadziwiającą pewność siebie, przekuł na kapitał medialny. Niewątpliwie ku ubolewaniu konkurencyjnych firm. Otrzymał łatkę showmena i celebryty, a media kolorowe wciągnęły tę postać na swą krótką listę.

Te ubolewające nad „szołmeństwem” Rutkowskiego media, zapominają, że same go wykreowały. On bowiem, jako właściciel firmy usługowej, której jest kluczową twarzą, właścicielem i ambasadorem marki, będzie zawsze dbał o jej interes. Samo zachowanie jest całkowicie normalne. Możemy tylko dyskutować o metodach. Pan Rutkowski, podobnie jak setki tysięcy właścicieli firm usługowych (przypominam: w których sam właściciel jest głównym marketerem) czyni ze swojej twarzy, osobowości i przekazu, konkretny produkt. Ale od mediów zależy, ile i jak ten produkt zostanie przekazany. To media „gumkują” relację czy „setkę”, gdzie nie daj Buka ktoś wstawił logo firmy. Bo product placement czyli „polskawe” „lokowanie produktu” to doskonałe źródło przychodów.

Czy Rutkowski stał wieczorem na mrozie i organizował tam konferencję? Nie, on tam po prostu był i odpowiadał na pytania dziennikarzy. Trwało to zbyt długo? Cóż, trzeba było przecież wypełnić czymś czas antenowy „live”, a on był tam jedyny, z którym można było rozmawiać.  Zrobił konferencję prasową i siłą zmusił dziennikarzy, aby w niej uczestniczyli? Nie, sami wypełnili salę. A sala wypełniona dziennikarzami na presskonfie to marzenie każdego PRowca jakiejkolwiek firmy. O pragnieniach napisania lub emisji po niej notki już nawet nie wspomnę.

Właściciel małej firmy usługowej, zawsze będzie próbował wykorzystać media do autopromocji. Ale (powtarzam) – to media decydują co i jak zostanie pokazane.

Zachowanie Rutkowskiego pod tym względem, jest traktowane pogardliwie zarówno przez urzędników jak i media.  Do arogancji mediów-laików wobec pojęcia „marketing” zdążyłem się przyzwyczaić. (Nie znaczy to, że akceptować).  Urzędników rozumiem, żaden z nich nigdy nie rozumiał przedsiębiorcy. Ale media? Prywatne? Zaskoczone autolansem? Zarzucające brak etyki? Takiego festiwalu hipokryzji nie oglądaliśmy już dawno.

Osobiście, nie podoba mi się agresywność i formy autopromocji najbardziej popularnego, rodzimego detektywa. Ale zdaję sobie sprawę, jak bardzo jest ona skuteczna. Krzysztof Rutkowski nie musi codziennie się uwiarygodniać przed swoimi klientami czy robić prezentację swojej fachowości. Wystarczą mu 2-3 spektakularne akcje rocznie, w których wszem i wobec ogłosi, że nie bierze za nie pieniędzy, a media same nakręcą z nim odpowiedni materiał. Dla ułatwienia dodam: nie spot reklamowy, który ogląda 50% audytorium. Mam nadzieję, że jakaś firma public relations zbada wartość przekazu medialnego „Krzysztof Rutkowski” we wszystkich mediach w ostatnim czasie. Sam ciekaw jestem wyników. Według badań „Celebryta i jego wartość” (2008: Press Service), wartość ekwiwalentu reklamowego Dody wyniosła 87,6 mln PLN, Maryli Rodowicz 26 mln PLN, a Piotra Rubika 19,8 mln. Na dodatek za okres styczeń-czerwiec.

„Medialność” i „lans”, przekłada się na konkretne wartości i konkretne pieniądze. Twarze „celebrytów” co roku są „wyceniane” niejako przez magazyn „Forbes”. Na tej liście nie ma oczywiście detektywów, ale gdyby była to lista przedsiębiorców-celebrytów, niewątpliwie by się na niej pojawił.

Niektórzy zarzucają Rutkowskiemu prymitywizm formy i sposobów autopromocji. Trudno odmówić im racji. Osobiście nie akceptuję agresywnego lansu we wszelkich mediach, mając niestety równocześnie świadomość, że ta metoda jest skuteczna. „Telewizja sprzedaje” innymi słowy. Ale jestem zwolennikiem starej, mądrej w moim przekonaniu szkoły, która kieruje się prostą zasadą – nie chwal się na siłę, pozwól innym, aby robili to za Ciebie. W świecie mediów, w którym liczy się nie to co mówisz, ale to im głośniej i spektakularniej to powiesz, jest to trudne. I żebyśmy się dobrze rozumieli, do różnych przekazów trzeba używać różnych form. „Happenerstwo” jest wskazane, byle tylko nie było to tanie happenerstwo … Poczytasz o tym więcej tutaj.

O prymitywnych formach promocji mówi i pisze się coraz więcej. Jest nawet nagroda „Chamleta” dla najgorszych reklam w Polsce. Świetnie prosperuje na Facebooku profil „Szczucie Cycem” oraz blog o tej samej nazwie (prezentacja przekazów reklamowych, które szowinistycznie wykorzystują obraz kobiety). W świecie reklamy jest sporo beznadziejnej jakości przekazu. A Rutkowski ? Lansuje się tak, jak potrafi. Nie narzekajcie na kapitalistycznego przedsiębiorcę, właściciela firmy, który promuje swoją osobą, własne usługi. Szczególnie krytyczne wobec jego zachowań media, które autolansują się wszem i wobec, nie powinny wpadać w stan specyficznej dewocji.

*/ Tytuł jest parafrazą sformułowania Grzegorza Miecugowa „szczwany lis Rutkowski”, które padło we wczorajszym „Szkle Kontaktowym”. Skojarzenia z kryształem i dyrektorem Karwowskim – prawidłowe.

**/ Ponieważ dziś jest 200-setna rocznica urodzin Karola Dickensa, ilustracja z Klubu Picwicka 🙂

Tu zobaczysz trupa

W brytyjsko-amerykańskim horrorze „Zgromadzenie”, opowiadana jest  historia odkrycia w Anglii ruin podziemnego kościoła. W środku, odnaleziona zostaje rzeźba ukrzyżowanego Chrystusa oraz stojące  w półkolu płaskorzeźby. Ludzi, którzy od wielu wieków pojawiają się. I obserwują. Wyłącznie.

Takich „obserwatorów” ma każdy wypadek samochodowy. Tragedia na ulicy. Im większa, bardziej spektakularna, tym gapiących jest więcej. Niezaangażowanych, nieczułych, obojętnych. Dziś coraz częściej wyciągających komórki, fotografujących i wysyłających wszędzie gdzie popadnie. Typowa, ludzka tłuszcza. Bez wartości i bez sumienia. I to wydaje się, psychologicznie i socjologicznie dałoby się jakoś uzasadnić psychologią tłumu.

Ale świat mediów to nie bezmyślna tłuszcza. Tak przynajmniej powinno się nam wydawać. Dziennikarz wydaje się być stworzeniem inteligentnym, oczytanym, elokwentnym oraz świadomym własnego oddziaływania na czytelnika tudzież widza. Ba, w niezliczonych dyskusjach, felietonach czy esejach, brać dziennikarska na wszelkie możliwe sposoby, stara się udowadniać, że tak właśnie jest. Równie głośno słychać głosy o brzydzeniu się „komercją wszelkiej maści” czy przepięknych frazesach o etyce i wartościach. Niejeden czuje się wręcz wybrańcem w niesieniu kaganka oświaty.  Niestety, okazuje się jednak , że kiedy tylko prawdziwa „mamona” zajrzy niektórym w oczy, granica szacunku do człowieka ulega daleko idącemu upłynnieniu …

Współczesny model biznesowy mediów, w głównej mierze opiera się na modelu amerykańskim, w którym każda informacja jest towarem. Jej wartość rośnie, im większe jest zainteresowanie czytelnika czy widza. Można tu stosować proste wskaźniki i modele ekonometryczne, które potrafią w doskonały sposób symulować wpływ drastycznych informacji na wysokość nakładu czy poziom oglądalności. Dzięki temu podejściu, teza „bad news is good news” doskonale obrazuje nagłówki i czołówki z całego świata, potrafiących w doskonały sposób eskalować napięcie, aby śrubować swoje wskaźniki. Ten model tryumfował będzie dopóty, dopóki wystarczająco duże grupy społeczne, nie będą zainteresowane realną jakością tego co oglądają czy czytają. „Wartość” niestety wciąż przegrywa z „miałkością” przekazu, a tania bulwarówka bije ciekawą i komunikatywną treść.

Media, zgodnie ze swoim niezmywalnym prawem do informacji, mają pełne prawo publikowania kontrowersyjnych zdjęć czy szokujących materiałów. Oczywiście w odpowiedniej formie czy opatrując to stosownym komentarzem. Od lat trwają dyskusje w środowiskach dziennikarzy czy operatorów wojennych czy i jakie materiały należy publikować ? Jak powinni zachowywać się w sytuacjach skrajnych ? Tyle tylko, że są to bardzo specyficzne sytuacje, które nie zawsze służą tanim sztuczkom, aby udramatyzować teatr działań wojennych. Wiele z tych zdjęć ma swoją prawdziwą historię. Jedną z najbardziej znanych jest ta fotografia zrobiona 1 lutego 1968r. w Sajgonie. Warto przeczytać pasjonującą historię tego zdjęcia, napisaną przez Mateusza Biskupa. Nie wszystko bowiem jest tu tak oczywiste, jakby się wydawało na pierwszy rzut oka.

Od tego czasu zobaczyliśmy wiele szokujących zdjęć. Egzekucję małżeństwa Ceauşescu. Śmierć na żywo Saddama Husajna. Wywlekane ciało Muamara Kaddafiego. Media zdążyły nas przyzwyczaić do takich obrazów. Czy zawsze zaspokojenie ludzkiej żądzy obserwacji miało swoje uzasadnienie ?

Przy okazji  szokującego zdjęcia zamieszczanego na okładce tabloidu, zawsze rozbrzmiewają ostre polemiki.  Często szybko się kończą, niczego nie wnoszą, świat żyje już całkowicie nowymi emocjami do następnego razu. Trudno winić fotografa, który wykonał szokujące zdjęcie. Operatora, który nie wyłączył kamery.  Ich standardowym usprawiedliwieniem będzie zawsze „wykonywałem swoją pracę”, albo „muszę z czegoś żyć”. Granica owej „pracy” pozostaje kwestią ich sumienia. Niektórzy przecież wcale nie muszą go mieć.  Ale ktoś akceptuje publikację czy emisję. Ktoś liczy słupki oglądalności. Ktoś kalkuluje nakład. Zarabia na tym pieniądze. Czym różni się „brudny szmal” z narkotyków i prostytucji od żerowania na tanich emocjach ? Dziś już chyba niczym. Jedyną różnicą jest ich  legalność i na dodatek swoista ochrona sygnowana hasłem o „wolności mediów”. Ale czy owa „wolność” oznacza całkowitą dowolność przekazu, nieskrępowaną żadnymi zasadami i etycznymi ograniczeniami ?  Czy można być hieną na 100%, hieną trochę czy hieną tak odrobinę ? Czy można być trochę w ciąży ?  Czy stacja RTLM spotkałaby się z solidarnością świata dziennikarskiego, gdyby ktoś w pewnym momencie chciał ją zamknąć ? Gdzie i czy są granice wolności przekazu ? Jeśli nie chcemy być przez media traktowani jak „ciemna tłuszcza”, warto zadawać stale te pytania. Aż do końca świata. I jeden dzień dłużej.

„Zgromadzenie” [trailer]

Nie karmić Morloków !

Koniec roku to czas zwyczajowych podsumowań, rankingów czy wszechogarniających nas „the best of”. Ale dla niektórych to moment na ciekawą refleksję. Jest nią na pewno wywiad udzielony przez Grzegorza Miecugowa dla serwisu internetowego Maddogowo. W moim osobistym przekonaniu, wywiad wart również solidnego, mainstreamowego, drukowanego tygodnika. Kilka konkluzji:

  • tabloidyzacja mediów jest faktem. Nadawcy i wydawcy chcąc przypodobać się masowym gustom publiczności, zmuszani są niejako do obniżania wartości merytorycznej swoich dzieł i dopasowywania tychże do owych gustów;
  • środowisko dziennikarskie staje się coraz bardziej podzielone. Coraz wyraźniej zaznaczają się granicę indywidualnych poglądów politycznych czy własnych interesów). Zmniejsza się liczba dziennikarzy zarówno rzetelnych jak i obiektywnych, którzy potrafią wytłumaczyć zachodzące procesy zmian;
  • dzięki internetowi, rynek mediów staje się coraz bardziej urozmaicony. Ponieważ nieomalże każdy dziś może być nadawcą treści, dźwięku czy obrazu, przeciętny odbiorca ma coraz większe możliwości korzystania z najróżniejszego wachlarza mediów, o różnym stopniu jakości, generujących różne treści i sposoby przekazu;
  • kończy się era „krwawego kapitalizmu”. Nadchodzi nowy porządek, ponieważ ludzie mają dość systemów (gospodarczych i politycznych), które nie opierają się o podstawowe zasady etyki i precyzyjnie definiowalne, uniwersalne wartości.

Dwa lata temu, również w grudniu, napisałem krótką notkę „Igrzyska dla ludu”, próbując opisać intelektualnych Elojów i Morloków. Coraz częściej znajduje dowody, że te dwa światy rzeczywiście oddalają się z prędkością światła. Ale wszystko zaczyna się od informacji.

Dzisiaj, informacja stała się towarem. Zaczęła podlegać klasycznym prawom popytu i podaży. Tak, wiem, brzmi to jak banał.  Zaczęła mieć również swoją cenę. Ale informacja to specyficzny produkt. Psuje się łatwo. Jest nietrwała i podlega wszechstronnym manipulacjom. Informacjami możemy być również zalewani, tracąc orientację co jest naprawdę ważne i jakie są wnioski z pojawiających się zdarzeń. Udowadniał to już Stanisław Lem w opowiadaniu o Zbójcy Gębonie.

Ta sama informacja, może być dziś podana na dziesiątki różnych sposobów. Budzić skrajne emocje i rodzić całkowicie odmienne postawy. To dziennikarz i stojący za nim „aparat medialny” (skojarzenie z aparatem partyjnym, słuszne) decyduje o konotacji przekazywanego newsa. Czasami wystarczy jedno zdanie odpowiedniej puenty po emisji materiału. Problemem jest to, że wspomniany anonimowy „aparat” przyssany do dziennikarza, popełnia grzech zależności. Od gustów publiki. I gustów polityków.

Gusta publiki są łatwe do odgadnięcia. Zasada jest prosta. Im głupszy, „ciemniejszy lud” tym bardziej prostacką i prymitywną rozrywkę będzie chciał oglądać. Przykładów aż nadto, wystarczy włączyć tivi czy główne stacje radiowe. Media niczym szczury, ulegają fleciście z Hameln, który ma w herbie słupki oglądalności. Cały dowcip polega na tym, że za nimi stoją marketerzy z wielkimi budżetami na reklamę. A jeszcze zabawniejsze jest to, że coraz częściej wydają te budżety w sposób pozbawiony logicznego i ekonomicznego uzasadnienia, za to omamionych przez kolejnych flecistów, czyli agencje reklamowe. Jak widać, wszyscy ze wszystkimi ganiają się po tym wirtualnym Hameln, niczym we śnie wariata, w poszukiwaniu kamienia filozofów …  (media z agencjami,  agencje z marketerami). A szara rzeczywistość skrzeczy – 50% widowni dziś już nie ogląda bloków reklamowych, pozytywny stosunek Polaka-Szaraka do reklamy spadł przez ostatnie 15 lat z ok. 65% do niecałych 10%, a nadawcy wśród potężnego hałasu reklamowego, dokonują ekwilibrystycznych cudów, żeby promować produkty ludziom, którzy maja tego serdecznie dosyć. Dosyć nie tyle samej reklamy, a  fatalnych na nią sposobów.

Jak zaspokaja się gusta publiki ? Efektem owego zauroczenia słupkami, to coraz bardziej drastyczne i dramatyczne newsy. Specjalne programy i bloki o przysłowiowej „dupie Maryni”. Czy kupowane dziwaczne formaty seriali, które nijak się mają do naszej mentalności.  Na dodatek po 20 chyba we wszystkich stacjach informacyjnych, większość dziennikarzy udaje się na spoczynek. Wracając do gustów. Po godzinie 22 ilość programów nadających soft porno, wróżby, telesprzedaż i telegry jest imponująca. Jak komuś mało, może włączyć telegazetę. Ostatnio znalazłem tam życzenia „Wesołych Świąt” umiejscowione pomiędzy linkiem to „bezpruderyjnych mężatek całodobowo”, a „starszych, namiętnych w Twoim mieście”.

„Sposobem” na niedzielne czy weekendowe pasma są wszelkiej maści „omnibusy” składające się z „mydlanych oper”, które niestety nie są zbliżone jakością do seriali HBO czy chociażby poczciwego Dr. Housa.  Chyba tylko Ewa Ewart czasami ratuje honor niedzielnego popołudnia. Oczywiście „petunia non olet” i zawsze można zmienić kanał. Pytanie tylko, czy wspomniana, „wyrafinowana” forma komercyjnej rozrywki jest najistotniejszą formą zarabiania pieniędzy ? Fakt, był podobno kiedyś reżyser filmowy, który za dnia zarabiał na tworzeniu przeraźliwych szmatławców, by wieczorem za zarobione pieniądze pracować nad wybitną sztuką teatralną. Byłoby to pewnie jakieś usprawiedliwienie.

Mamy tu zresztą ciekawe zjawisko ekonomiczne. Kiedy podnoszą ceny energii, lud prawie wychodzi na ulicę. Ale z drugiej kieszeni kilkadziesiąt milionów rocznie wydaje na telefoniczne wróżbiarstwo. Fascynujące.

Jeśli chodzi o media drukowane, to łatwo się domyślić, że jest podobnie. Najwyższą sprzedaż osiągają żerujący na lansujących się wszem i wobec celebrytach. Narodowym centrum wiedzy stają się gabinety stomatologiczne, kosmetyczne i fryzjerskie. Biblioteki umierają.  Nie wspominając o przenikaniu się owego lansu, przez wszelkie możliwe formy i metody komunikacji. Lud to kupuje. Ostatecznie, kiedy rzymski cesarz chciał zająć czymś owy lud to wypełniał Amfiteatr Flawiuszów. Dziś wydaje się postępować podobne zjawisko, zarysowane w chociażby w książce Raya Bradbury’ego „451 stopni Fahrenheita” oraz nakręconym na jej podstawie filmie „Fahrenheit451”. Obraz społeczeństwa „przykuwanego nosami” przed media do ekranów, jest charakterystyczny dla wielu książek czy filmów traktującym o procesach zniewalania społeczeństwa i typowego totalitaryzmu.

Dowcip polega na tym, że media nie są twórcami namacalnych produktów. Ich niematerialność przekuwa się w efekcie na kreowanie postaw wspomnianego „ciemnego ludu”, który raz na cztery lata decyduje, kto ma rządzić państwem. I tutaj się ujawniają drugie, polityczne gusta. Traktowane przez nadawców z bezwzględną konsekwencją. Nieważne co ktoś ma do powiedzenia. Ważne jest, żeby było gorąco. Jeśli ktoś ma do dyspozycji sto kanałów, to łatwo przewidzieć jaki przekaz przykuje uwagę. Ileż debat przypominało zamierzone „soft porno w wydaniu politycznym” ? Całkiem sporo.

Media uległy politykom. Dały się wciągnąć w ich chocholi taniec, któremu na imię jest „własny interes polityczny”, a nie „sprawne i efektywne procesy zarządzania państwem”. Przestały sprzedawać wiarygodną informację i komentarz, podawany w komunikatywny, a nie bełkotliwy sposób. Straciły cnotę, zyskaną dzięki wolności `89.  Zamiast porządkować, wprowadzają i nakręcają swoisty chaos informacyjny. Efekt ? Proszę sprawdzić jaki procent „ludu” podejmuje decyzję o głosowaniu w dniu wyborów.

Czy media powinny dawać ludziom to, czego chcą ? To naprawdę trudne pytanie. Choć odpowiedź pozornie wydaje się banalna. Przykład. Kiedy Henry Ford rozpoczynał produkcję aut, klient mógł wybrać każdy kolor. Pod warunkiem, że był to kolor czarny. Była to idea klasycznej orientacji produktowej – kupuj kliencie to, co mam wyprodukowane. Później nastąpiła era spełniania „wszelkich oczekiwań” i kaprysów klienta. Mógł on zamówić dowolny kolor, nawet na specjalne zamówienie, z najbardziej dziwacznymi dodatkami. I ta era zmienia się dziś bardzo dynamicznie. Liczba kolorów uległa redukcji (bo użycie zbyt wielu farb jest nieekologiczne). Jak również pewne odcienie zostały wycofane, ze względów estetycznych. Producent przestaje być maszynką do „zaspokajania gustów”. Staje się ich kreatorem i swoistym wizjonerem. Oczywiście, problem tkwi w tym, jakiego rodzaju wartości w ramach tychże gustów chce rozwijać …

Powtarzając pytanie. Czy media powinny dawać ludziom dokładnie to, czego chcą ? Mając świadomość, że ludzie w swej statystycznej masie zawsze będą zadowalać się prostacką i tania rozrywką ? W moim przekonaniu, nie. Nie chodzi bowiem o to co jest przekazywane, ale w jaki sposób jest to realizowane. Pojawia się kwestia odpowiedzialności za sposób przekazu informacji oraz ich analizowanie i komentowanie.

Każdy producent pralki, lodówki czy odkurzacza, powinien zaopatrzyć swoje produkty w logo „CE”. Oznacza on, że produkt spełnia warunki bezpiecznego użytkowania dla klienta, zostały zachowane podstawowe procedury jakościowe w tym zakresie oraz kiedy zdarzy się jakiś wypadek, to można dochodzić swoich praw z tym związanych. Klient, widząc na produkcie znaczek „CE”, wierzy w to, że został on wytworzony zgodnie z regułami bezpieczeństwa.

Oglądając program telewizyjny, czy czytając artykuł w niezależnej, poważnej gazecie, staram się wierzyć w to, że dziennikarz przygotował materiał obiektywnie, rzetelnie i koncentruje się na kluczowych elementach zagadnienia. Tym szczycą się wszelkiej maści poważni i wiarygodni nadawcy mediów. Tylko za moment, mam do czynienia z jakimś materiałem z mojej dziedziny zawodowej i jestem pod wrażeniem bzdur, jakie on ze sobą niesie. Zadaję wtedy proste pytanie. Skoro można tak beznadziejnie opisać materię na której się znam, to jak wygląda wiarygodność materiałów, o których nie mam bladego pojęcia ? Jeśli etyka i wartość zawodu dziennikarskiego to wspomniany znaczek „CE”, a jest on notorycznie nadużywany, to w którym momencie zostanę porażony prądem ? Dziennikarz, podobnie jak kierowca, pilot, ksiądz czy lekarz, swoim działaniem ponosi swoistą odpowiedzialność za „rząd dusz”. Każdy z nich na swój sposób.

Wydaje się, że media jak dżdżu potrzebują wiarygodnych osobowości. Telewizyjnych. Prasowych. Blogerowych. Czy radiowych. Również nie uznających się za „ekspertów od wszystkiego” dziennikarzy, aktorów czy piosenkarzy. Osobowości nie „lansowanych”, sztucznie pompowanych na jeden sezon, „przeżutych i wyplutych” po obróbce w medialnej pralce. Ludzi charyzmatycznych i wiarygodnych. Specjalistów w swoich dziedzinach, którzy potrafili prosto, ciekawie opowiadać o otaczającym świecie. Znacie ich ? Zdzisław Kamiński, Andrzej Kurek, Tony Halik, Gustaw Holoubek, Wiktor Zin, Aleksander Bardini, Michał Sumiński i wielu innych. Kochani Mediotwórcy, szukajcie ludzi, których „lud” pokocha. Nie za ściąganie majtek na antenie. Ale za ich mądra refleksję, charyzmę i pasję. 

Tak, zaraz usłyszę, że dziś ważny jest „szybki przekaz”. Oczywiście. To się wzajemnie nie wyklucza. Szybki, krótki przekaz może być zarówno przyciągający, jak i mądry i inteligentny. Potrzeba tylko do tego zainteresowanego rozwojem i zmianą dziennikarza, wolnego, nie zmanierowanego i nie podlegającego naciskom. Rozliczanego również za jakość, a nie wyłącznie za liczbę „klików”. Każda gazeta sprzedaje konkretną wartość intelektualną. Jedni wyżerają resztki ze śmietnika, a inni wolą slow food … Sztuka polega na tym, żeby ów slow food promować w sposób skuteczny.

Na koniec słowo o wspomnianym „aparacie partyjnym” czyli czapie decyzyjnej nad każdym dziennikarzem. Kiedyś owy aparat, regulował wszystko na przysłowiowe „wicie-rozumicie”. Może dziś czasem też powinien tak reagować. „Wicie-rozumicie, nie możemy nadać/wydrukować takiego chłamu, bo to ogłupia ludzi”.  Im głupszy naród, tym głupszych polityków wybierze. Tym bliżej nam będzie do intelektualnych Morloków, żyjących w ciemnościach, cwanych i prymitywnych, żywiących się mięsem mądrych, spokojnych Elojów. Stale przez owe Morloki zastraszanych i bezwzględnie dziesiątkowanych. Wartościowe piękno zawsze ulegnie brutalnej, bezmózgowej sile. O wiele łatwiej jest coś niszczyć niż tworzyć. Łatwiej jest przyciągnąc uwagę trupem i goła dupą, niż mądrym sposobem na życie czy radą na godną śmierć. ” Wicie-rozumicie, chłam jest niebezpieczny dla ludzkich umysłów”. Ponosimy nie tylko odpowiedzialność za to co nadajemy/ drukujemy, ale i jak to robimy”.

Z dedykacją dla Grzegorza Miecugowa i życzeniami zdrowia oraz dobrego 2012 roku