Nie ma godności bez wrażliwości

Duża firma postanowiła sponsorować znakomity koncert organowy. XV wieczny kościół, wspaniała, zabytkowa okolica, rewelacyjna architektura i wszędobylski genius loci. Ponieważ kwota sponsoringu była wyjątkowo wysoka, zarządowi korporacji było niezmiernie trudno wytłumaczyć fakt, że wielometrowe wydruki solventowe z aktualną ofertą, wywieszone na zabytkowych ścianach nie są najlepszym posunięciem. Czytaj dalej „Nie ma godności bez wrażliwości”

Reklamy

Nienawidzę marketingu!

Wyobraź sobie, że leżysz na stole operacyjnym i pochyla się nad Tobą międzynarodowy zespół chirurgów. Zanim zaśniesz, uświadamiasz sobie, że dyskutując o operacji używają kompletnie innych nazw na anatomiczne części Twojego ciała. Więcej, często są to nazwy sprzeczne, wzajemnie się wykluczające lub nieścisłe. Powodzenia po przebudzeniu! Czytaj dalej „Nienawidzę marketingu!”

Zadymianie marketingu

Zawrzało na linii Kompania Piwowarska, a branża public relations. Dla niektórych są to być może wydarzenia mało istotne. Tyle tylko, że jak w soczewce skupiają problemy relacji marketer-dostawcy usług marketingowych.

Smoke-Hand
Słyszę o nich codziennie, komunikując się z wieloma osobami z jednej i drugiej grupy. Może w końcu czas na jakieś podsumowanie i próby wyjścia z tego rodzaju klinczów. Tym bardziej, że miałem sam do czynienia z podobnym zjawiskiem, w przypadku pewnej znanej instytucji finansowej [ przeczytaj: Rozwiązanie Twoich problemów jest na wyciągnięcie ręki].

Wartość usług przemysłu kreatywnego, to przede wszystkim wartość umysłów, które zatrudnia lub daje zlecenia na zewnątrz. Reszta to tylko warsztat i narzędzia. Żaden kreatywny pomysł nie zostanie zrealizowany bez udziału człowieka. I jeszcze jedno – najczęściej dziś coś, co jest proste, wydaje się najlepsze. To kluczowa cecha kreatywności – rozwiązanie problemu w sposób twórczy, inny niż pozostali, wyjątkowy. Dlatego branża marketing services jest bardzo często wykorzystywana przez Działy Marketingu. Należy to w końcu napisać krótko i dobitnie.

Większość agencji reklamowych, interaktywnych, social media czy PR to niewielkie firmy. Nie wiem czy ktoś policzył je wszystkie w Polsce. Głównym rynkiem najważniejszych klientów jest oczywiście Warszawa. Nadal tak duże miasta jak Wrocław, Poznań, Kraków czy konurbacja trójmiejska – drenowane są z firm i specjalistów. Zgodnie z #43 Prawem Kotarbińskiego: „każda agencja reklamowa z innego miasta będzie bardziej kompetentna od lokalnej.”

Cechą makromarketingu w realiach Polski jest dodatkowo: mała liczba klientów-marketerów średniej wielkości, importowanie gotowych rozwiązań przez firmy międzynarodowe, strategie rynkowe nastawione wyłącznie na drenaż handlowy, słaba pozycja komórek marketingu wobec zarządów firm, traktowanie marketingu w wymiarze kosztów, a nie inwestycji. Te cechy sprawiają, że firma zamawiająca usługi marketing services, posiada ponadprzeciętną, dominująca pozycję. To nie sprzyja budowaniu jakiegoś wartościowego potencjału – po prostu obie strony próbują wyciągnąć dla siebie jak najwięcej, bez względu na koszty.

Przetargi czy konkursy na usługi kreatywne, obarczone są zawsze jedną, podstawową cechą – nikt nie chce kupować kota w worku. Dlatego agencje mają przedstawiać pomysły, koncepcje, kreacje, strategie, plany – angażując (i płacąc za to) grafikom, informatykom, szefom kreatywnym, strategom, konsultantom, czy za zwykłe podróże i papier ksero. Z drugiej strony spotyka ich ryzyko zawłaszczenia pomysłu, kompilacji strategii, unieważnienia konkursu bez podania przyczyn. Nierzadko agencje czują się jak „dojne krowy” działu marketingu, który po prostu jest sam wyeksploatowany lub słaby personalnie. Konkursowy korowód dostarcza im darmowej rozrywki i … inspiracji. A im lepsza i bardziej znana marka, tym więcej chętnych firm do próby pokazania swoich możliwości. Znany brand świetnie wygląda w portfolio małej firmy, można chwalić się potencjalnym klientom, czy szpanować na konferencjach tekstem „pracujemy dla takich firm jak ….” (choćby ktoś wykonał im jedynie druk wizytówek).

Warto, by w końcu organizacje branżowe, zaczęły promować sensowne zasady współpracy marketerów i marketing services. Nierzetelne praktyki też warto nagłaśniać. Możecie też pisać bezpośrednio do mnie.

Najbardziej znane, nieetyczne praktyki w tym obszarze to:

Syndrom Znanej Marki

Marketer z racji posiadania znanego, międzynarodowego brandu, zachowuje się jak kapryśna, udzielna księżniczka. Nie szuka partnerów do współpracy, a raczej swoistych wyrobników czy wręcz niewolników. Zmienia firmy jak rękawiczki, nie płaci miesiącami, narzuca bezsensowne terminy i wymagania, traktuje branżę typowo per-noga. W relacjach arogancki, zadufany w sobie narcyz. Nie sposób z nim współpracować bez wiadra wazeliny.

Damy wam za darmo w promocji

Dostawca oferuje potencjalnym klientom wszystko w polityce freemium. Byle zacząć współpracować, byle zbudować relacje z marketingiem, a najlepiej dotrzeć do prezesa. Jak wiadro wazeliny wykorzystamy na szefa i na marketing, to nikt nie będzie weryfikować naszej pracy. Marketerzy z kolei, znając tę strategię – biorą za darmo ile się da, a potem zmieniają agencję, która robi to samo. Kołowrotek.

Wejdziemy dumpingiem

Zmora wszelkich konkursów. Firmy, które znają się na kalkulacjach usług, wiedzą, że pewnych projektów nie da się zrobić poniżej konkretnych pułapów cenowych. Tyle tylko, że w marketing services „tanio, szybko i dobrze” oznacza najczęściej „źle, beznadziejnie, kiszkowato”. W każdym razie, jeśli chcesz dziś skończyć, jak PKW, urządzaj konkursy, w których 100% to cena.

 Załatwiamy to pod stołem

Jednym pod biurko spada koperta, innym kolczyki, jeszcze innym voucher na wakacje w Azji. Szkoda się tu rozpisywać. Podobno ten rak drąży 30% branży. Czekam, aż ktoś to w końcu zbada.

 Kumple i znajomi królika

Szwagier z siostrą zrobią to lepiej. Często mają w tym celu założoną firmę. Usługi marketingowe, traktowane jako bardzo proste w swej wymowie – opanowane są często w konwencji znajomych, rodziny czy wszelkiej maści psiapsiółków drenujących kasę. Oczywiście oni sami nic nie wytwarzają – są zwykłym pośrednikiem, wykorzystującym pozycję dotarcia do decydenta. Niestety, nie jest ważne kto zamawia – ważne jest to, kto akceptuje przelew do realizacji.

Kompilatorzy pomysłów

Organizują ileś konkursów na kreację, strategię, plan, identyfikację, markę. Potem je anulują, odwołują, zmienia im się koncepcja, pomysł, albo wywalają szefa marketingu. Niemniej po jakimś czasie, dziwaczne kompilacje pomysłów są wdrażane. Szefowie kreatywni, graficy czy designerzy mogą tylko kopać w sofę i wyrazić się kreatywnie (bez obecności małoletnich), jak bardzo ich to  … I jeszcze bardziej.

Nierealne oczekiwania wynikające z niewiedzy

Tu jest kilka niuansów. Na przykład boss wymyślił sobie, że na stronie www ma być zielony słoń. Bo ładny taki. Marketing zaczyna gorączkowo szukać zielonego słonia. Jak znajdzie, to się okazuje, że szefowi się odwidziało i ma być pomarańczowy gekon i zabawa na nowo. W końcu szefowi zmienia się wszystko … Inna maniana. To takie „zapytania o wyceny usług”, wysyłane najczęściej w piątek o 13:00. Dedline: poniedziałek 9:00. Ilość weekendów przepracowanych za darmo w firmach marketing services, jest chyba największa we wszystkich sektorach gospodarki. W praktyce takie niuanse oznaczają, że dostawca jest dawno wybrany, a taka oferta ma posłużyć jedynie wrzuceniu do koszyka, by pokazać, że wybór był słuszny. Szef marketingu, ma bowiem tę właściwość, że zawsze może manipulować ofertami dostawców w taki sposób, by decydent wybrał tę, o którą mu chodzi.

Drenaż umysłów

Nazywam to „agencyjnym konwejerem”. „Konwejer” to stosowana przez sowietów metoda przesłuchań, mająca doprowadzić do uległości delikwenta i przyznania się do winy. Oczywiście, oni tego nie wymyślili, wymyśliła to Święta Inkwizycja. Kobiety przyznawały się, że są czarownicami i tak dalej. W każdym razie, agencja na konwejerze, będzie drenowana z pomysłów, rozwiązań, koncepcji ile tylko się da. Nikt nie zapłaci jej za to ani szeląga, bo wciąż będzie słyszeć, że „przecież tylko rozmawiamy”. [przeczytaj też: Darmoniedajek ].

Działy Marketingu i zarządy firm rozumiejąc znaczenie inwestycyjne, a nie kosztowe, będą zmieniać swoją optykę. Tutaj jest jednak potrzebne współdziałanie edukacyjne zarówno organizacji zrzeszających firmy marketing services jak i samych marketerów. W moim przekonaniu, relacje marketerów i sektora branży marketing services, wymagają naprawdę  czegoś w rodzaju Kodeksu Dobrych Praktyk. Choćby ogólnych zasad rzetelnej współpracy, które będą szanowały interesy obu stron. Inaczej sytuacja dzikiego zachodu, jaki dziś mamy, będzie pogrążać z jednej strony marki, z drugiej strony samych dostawców.

Zagubione owieczki ministry

Gładkie wypowiedzi, to nie public relations. Arogancja w słowach i nerwy to nie szczerość. Panią Minister Elżbietę Bieńkowską ponoszą nerwy. O rozumieniu znaczenia „public relations” wspomnę na końcu.

20140121-114701.jpg
Jacek Woszczerowicz w filmie „Ślepy Tor” (1967) na podstawie opowiadania Stefana Grabińskiego

Zarządzanie każdą firmą to rozwiązywanie problemów z szacunkiem dla ludzi. Służba państwu, to też rozwiązywanie problemów z szacunkiem dla ludzi. Nikogo nie interesuje fakt, że cztery tysiące pociągów jakoś dociera do celu. Wszystkich za to interesują te dwa, w których ludzie nie uzyskują pomocy. Szef firmy stawia do pionu swoich menedżerów. Grzecznie. Wymaga skuteczności w działaniu. I to nie jest PR. To skuteczne i efektywne zarządzanie. To klient z problemem jest ważny, co oczywiście nie oznacza, że ci bez problemów są ważni mniej.

Używając argumentu Ewangelii Św. Łukasza „któż z was, gdy ma sto owiec, a zgubi jedną z nich, nie zostawia dziewięćdziesięciu dziewięciu na pustyni i nie idzie za zgubioną, aż ją znajdzie?” – te dwa pociagi są ważne. Uprzejmość i klasa nie jest „pijarem”. Jest uprzejmością i klasą w debacie publicznej. W oceanie otaczającego nas chamstwa, to istotny element.

Urzędnik może tracić nerwy w swoim domu. Ale nie w pracy. To jest profesjonalny PR. Umiejetność panowania nad emocjami, ze świadomością tego jak dziś działają media.

PR nie determinuje kłamstwa. Arogancja nie determinuje prawdy.

PR to pozytywna dbałość o wizerunek poprzez sprawne rozwiązywanie problemów. PR to również môwienie prawdy. Fakt, że w różny sposób. Czasem poprzez przemilczanie. „Pijarowska prezentacja” to profesjonalizm w działaniu i wartość wraz z efektem własnej pracy. Nie mylić z propagandą – polecam notkę [ Matka Boska Leninowska ] oraz Sztukę Rynkologii, gdzie dokładnie wyjaśniane są kwestie używania słowa PR w debacie publicznej. Zjedźmy w końcu z tego ślepego toru.

Przegrany wygrany

Ubrany w seksowne rajstopy, poprawiał burzę blond włosów. Żaden z nich nie mógł wpaść pasażerowi do kawy. Gotować nie musiał. W czerwonym wdzianku i starannie przystrzyżonych wąsach i brodzie, wytrwał 13 godzin lotu do Kuala Lumpur. Tak przegrywał zakład sir Richard Branson – charyzmatyczny właściciel linii Virgin Atlantic, pracując na pokładzie samolotu swojego konkurenta – AirAsia.


Poszło o wyścigi samochodowe i zakład w 2010r. z szefem Caterham F1Tony Fernandesem, o to czyj zespół będzie wyżej po zakończeniu rywalizacji bolidów w Bahrajnie. Stawką zakładu była praca w charakterze personelu pokładowego na pokładzie linii lotniczych rywala. Virgin Airways, w przypadku Richarda Bransona i AirAsia Tony`ego Fernandesa. Branson przegrywa rywalizację, daje sobie zgolić nogi, zakłada przyciasne, czerwone wdzianko, czerwone buty i maluje usta. Czy dla 63-letniego milionera, którego wartość majątku szacowana jest na ponad 4 miliardy dolarów, jest to dyshonor, prowokacja i grubymi nićmi szyty spisek? Zdecydowanie nie. Okazuje się, że wygrywa poczucie humoru, mnóstwo dystansu do własnej osoby i całkowity brak bąbelków, w mózgowej wodzie sodowej o nazwie ego.

To ciekawe wydarzenie, zdecydowanie natury public relations, powoduje że przegrany staje się wygranym. To o Richardzie Bransonie piszą wszystkie media, to jego zdjęcia pojawią się w wielu czasopismach, to filmiki z jego udziałem wypełnią wirusowo miliony komputerów. Przegrywając zakład, Branson wcielił się w rolę komicznego, pozytywnego bohatera masowej wyobraźni. Za niewielką cenę sprytnego przekształcenia na chwilę wizerunku, nie ponosząc w zasadzie większych kosztów, zyskując wycieczkę do Kuala Lumpur na koszt rywala – tworzy świetną reklamę własnej osoby oraz Virgin Altantic, korzystając z zasobów konkurenta. Całkowicie „przez przypadek” oblewając napojami Fernandesa podczas lotu.

Marzę, by polscy konkurenci, których wzajemne, osobiste uprzedzenia doprowadzają do skrajnych zachowań pełnych nienawiści – potrafili z humorem i dystansem podchodzić do wzajemnych relacji i konkurencyjności. Branson pokazuje, że można.

30 – 120 – 240

Szkolenie dla urzędników z kilku dużych miast. Pracownicy administracji biorą udział w ćwiczeniu grupowym. Ogłoszenie wyników rywalizacji zaplanowane jest na godzinę 16:15. Mija godzina 16. Dwie panie z Bardzo Dużego Miasta o 16:01 zabierają z krzeseł torebki i zbierają się do wyjścia. – Nie poczekają nawet Panie na ogłoszenie ostatecznych wyników? To potrwa maksymalnie 15 minut – mówi trener. – Nie po to się zatrudniałam w administracji żeby zostawać po godzinach – pada odpowiedź.

Są firmy, w których minutę po zakończeniu planowanego czasu pracy, natychmiast pustoszeją korytarze. Czasem przypomina to ucieczkę szczurów z tonącego okrętu. Fakt, nikt nie lubi pracy po godzinach. Problem w tym, że coraz częściej godziny pracy lub wolne dni, nie mają dla rozwoju firmy większego znaczenia. Powodem są oczywiście media społecznościowe.

Jest piątek, wieczór. Moment, gdy mają miejsce najciekawsze inicjacje starć czy konfliktów w social mediach. Tak wynika zarówno z doświadczeń jak i raportu Sotrendera ” Kryzys w czasach Facebooka. Raport o kryzysach w mediach społecznościowych”. Przygotowany specjalnie na Kongres Profesjonalistów PR w Rzeszowie (pozdrawiam wszystkich 🙂 niestety nie mogłem dotrzeć:) Autorzy opisują w nim dość solidnie przyczyny i skutki. Wnioski ogólne bywają średnio budujące.

Warto zapamiętać te trzy cyfry: 30 – 120 – 240. Określają ilość pierwszych minut dla trzech faz „rozlewania” się konfliktu w mediach społecznościowych (lepiej unikać slowa „kryzys” ponieważ dotyczy ono pewnej trwalszej tendencji). Jeśli udaje się „zapanować” nad emocjami dyskutantów do pierwszych dwóch godzin, istnieje szansa na opanowanie „wylania” się problemu do serwisów generujących silny ruch typu Wykop, serwisy memologiczne itp. Pierwsze pół godziny wydaje się mieć decydujące znaczenie dla zdementowania informacji (lub jej potwierdzenia) czy jakiejkolwiek innej, skutecznej reakcji. Tak, spece od PR pewnie już kiwają głowami – to scenariusz charakterystyczny dla reakcji kryzysowych w mediach. Tyle tylko, że media są dziś już o wiele wolniejsze od treści przesyłanych w mediach społecznościowych …

Potwierdzeniem tej tezy są konflikty wywołane „palnięciem” czegoś na Facebooku. Ostatnio – Monika Olejnik i tekst o Bostonie. Taki „hejtotwórczy” wpis skutkuje znacznym przyrostem komentarzy negatywnych na profilu oraz … staje się energetyczną karmą dla mediów kolorowych.

Wracając do kluczowych wniosków:

  • marki wymagają już stałego monitoringu social media 24/24. Szególnie te, których działania są typowym, masowym B2C. Problem z bankomatami czy telefonami komórkowymi, będzie sygnalizowany bardzo szybko w social media. Brak kompetentnych ludzi po drugiej stronie, czytaj „miśków wyłącznie od łapek w górę/łapek w dół” będzie napędzał konflikt. Drogi CMO, nie znasz dnia ani godziny, gdy ktoś będzie wymagał podjęcia szybkich decyzji, bo grzeją się łącza. W poniedziałek o 10 rano prosty konflikt, który można było rozwiązać w godzinę, w piątek o 20, stać się może już kryzysem. Twoje logo będzie bowiem już we wszystkich możliwych kanałach komunikacji, z milionem memów włącznie,
  • efekty konfliktów nie są szczególnie dramatyczne dla marek. Zobaczymy jak będzie z NC+. To obok ACTA, najpoważniejszy kryzys w mediach społecznościowych w Polsce. Marki generalnie otrzepują spodenki, podciągają szelki, wycierają nos i idą dalej. Kto zyskuje? Chociażby blogerzy, którym konflikt generuje dodatkową oglądalność. Czy niektórzy blogerzy będą celowo atakować niektóre marki, by zyskać trochę na popularności? Byłoby to bardzo niepokojącym zjawiskiem,
  • „nękanie” marki na Facebooku, szczególnie w gronie klientów podobnie doświadczonych, przynosi określone skutki. Marketerzy reagują szybciej i efektywniej niż obsługa infolinii czy biura obsługi klienta. Warto by w końcu niektóre firmy przemyślały swoją strategię i przestały traktować social media jako tubę propagandową,
  • strony „antyfanowskie” stają się poważnym problemem, ponieważ tworzą sojusz niezadowolonych klientów przeciwko marce. To katalizator negatywnych opinii, w którym marketer jest wyłącznie petentem. Z jednej strony taki antyfanpage jest świetnym papierkiem lakmusowym, z drugiej generatorem treści negatywnych. Dialog czy porozumienie z „antystroną” czasami może być niemożliwe. A najgorzej jak trafią się sieciowi terroryści lub myślący inaczej …
  • wydaje się, że konflikt w social media nie przynosi firmom bezpośrednich strat handlowych (zobaczymy co będzie z wynikami NC+). Niemniej druzgocąco wpływa na wizerunek, który ma pośrednie przełożenie na sprzedaż (oczywiście, jeśli firma monitoruje ten obszar). Jednak o ile do aroganckich zachowań dużych koncernów można się przyzwyczaić, o tyle dla mniejszych firm może być to poważny problem. I jeszcze jedno – jeśli wierzycie, że nieuczciwi konkurenci, nie będą wykorzystywać negatywnej opinii o was na Facebooku w rozmowach handlowych, możecie być mocno zawiedzeni …

Dla CMO praca do 16 w piątek już nie istnieje. Chyba, że jest się Apple, które posiada prawie 9 mln fanów, nie prowadząc … żadnej aktywności. Za to stron „anty” Apple, doliczyłem się 18. Największa ma … 7tys. fanów. Ale, tak jak napisałem w przypadku NC+ : liczba fanów nie ma znaczenia. Liczy się umiejętność wywołania zamieszania.

PR to opium dla ludu

Dziś w porannym paśmie „Zetki”, dowiedziałem się, że pewien samorząd wpadł na rewelacyjny pomysł. Ponieważ w wyniku remontu lokalnej drogi, mieszkańcy nie byli zadowoleni – wynajęto firmę PR. Powierzono jej zadanie rozwiązania sytuacji kryzysowej. Wspomniana firma (coś w stylu Kozak PR …) zorganizowała event z balonikami, na którym rozdawano mieszkańcom bezpłatne kubki (termiczne ;). Kubki wywołaly podobno furorę, ponieważ zaproszeni goście prześcigali się z informowaniem organizatorów gdzie i w jaki sposób wspomniane kubki mogą sobie umieścić. Niektórzy nawet pozwalali sobie na odrobinę demonstracji.

„Testosteron” wysiada …

(notka 5 maja 2009) – Tutaj jest artykuł o tych nieszczęsnych kubkach 🙂

Słowo komentarza ( po burzy na internet.PR 🙂

Nie przypuszczałem, ze taki drobny i niewinny wpis na blogu zamieni się w lekka burzę. Wszak nie o te kubki tu chodzi… Firma PR wymyśliła i wykonała to, do czego ją wynajęto ( = proszę wymyślić projekt, w którym uspokoimy mieszkańców). Nie jestem pewien czy dodano „górali” – wszak to specyficzna grupa społeczna. Niektórzy o tym zapominają, planując akcje komunikacji z lokalną społecznością.
Moim skromnym zdaniem, nie można redukować całej akcji do poziomu tego nieszczęsnego kubka. Został od tutaj użyty trochę niezgodnie z przeznaczeniem (od czasów wypraw Kolumba, koralików i początków przyjaźni (sic!) z Indianami, wiadomo, że gadżety słuzą przede wszystkim zaprzyjaźnieniu się w ramach pierwszego kontaktu, a nie uprzejmej wymianie prezentów podczas oblężenia … Fajkę pokoju też wypala się PO zakończeniu bitwy, a nie w jej TRAKCIE).

Głównym „winowajcą” sprawy jest chyba ZDW w Katowicach, który nie do końca wziął pod uwagę skutki społeczne swoich działań. Kiedyś, wszystko załatwiano decyzją administracyjną – dziś, ludzie doceniający rolę demokracji – chcą walczyć o swoje. I trudno im się dziwić. Skoro na 100 spolegliwych górali, 5 było krzykaczami – może trzeba było wymyślić coś na tych 5, a nie na pozostałych :))

Dla mnie puenta z tego jest oczywista. Jeśli ktos policzy koszty związane z opoznieniami w wyniku protestow i zestawi to z planowanymi działaniami komunikacji społecznej (przede wszystkim normalnego dialogu) i ich skutków, będzie w stanie stwierdzić co jest bardziej efektywne. Wspomniany przykład, jest kolejna historia „piromanska” (czytaj: „mamy pozar w gaciach, trzeba wezwac firme PR to jego ugaszenia” ). Przecietny strazak zawsze zapyta ” a gdzie była wczesniej ochrona przeciwpozarowa? „….
Chetnym do drazenia tematu socjologicznie – polecam lekture i film „Konopielka”. Tamze, we wspaniałym watku elektryczności w Taplarach mamy przykład trudnych dialogow społecznych :)))

Mnie osobiście, redukowanie roli firmy PR do roli rozdawawaczy kubkow i bezpłatnej kiełbasy na tego rodzaju imprezach po prostu mierzi. Tym bardziej, ze to firma PR będzie rozliczana za efekt takiej imprezy, a nie jej glowny „sprawca”. Telefonowanie po straż pożarną, wtedy gdy cala stodoła płonie zawsze niesie ryzyko jej nieugaszenia.

PS. Na marginesie – dedykuje ten material wszystkim firmom PR, które zaczynaja być bardziej firmami „eventowymi” niż „piarowskimi” :))

Jak tak dalej pójdzie, to wszystkie nobliwe podręczniki komunikacji społecznej, będzie trzeba spalić ze względu na szerzenie herezji.

„Pijarowanie” kiełbasy

W czwartek  TVN-ie pokazali :)) w Uwadze – nową serię programów z cyklu „FMCG Horror” :))) czyli odświeżanie wędlin przy pomocy oleju oraz GOŁE kurczaki w toalecie.

GOŁE kurczaki ! Przed 22 !! Dociekliwym, na okrasę mogę dodać, ze komentarz do tych gołych kurczaków dodał ni mniej ni więcej a sam Marcin Meller …Strach pomyśleć, cóż by to było przed świętami Wielkanocnymi i we wspomnianej toalecie leżałyby ni mniej ni więcej a nagie KRÓLIKI … 

Ale nie o tym chcialem …

W reportazu pojawil się pewien Pan Profesor (etyk biznesu !), który uzyl sformulowania „pijarowanie kurczaka” w wiadomym kontekscie – czyzby nowy synonim dbania o wizerunek ???

Kto dobiera tych komentatorow do programow interwencyjnych ? Jola Rutowicz ??? (sic!)

PS. Komentarz mojej szacownej malzonki był nastepujacy ” ty się ciesz stary, ze nie uzyli slowa [marketing]” … :)))

PS2. Przeciętny, zwykły człowiek, zaczyna sie zastanawiać po kilku takich programach, co w zasadzie może jeść. Po pierwszym reportażu o „rasowanych wędlinach”, dzieci szerokim łukiem omijają mięsne stoisko. Po reportażu o „rasowaniu” nabiału oraz degradującym wpływie mleka na młody organizm – jeszcze nie ( nie pokazałem im tego materiału ;). Jestem pełen szacunku dla zespołu „Uwagi” (wystawienie ekranu LCD i publikacja tego reportażu na ulicy to mistrzostwo świata oraz kamień milowy w „reportażu interwencyjnym”), ale … chętnie obejrzałbym program gdzie normalnie zjeść i co po ludzku wypić …

 

Paradoks PR

Komunikacja jednostek i grup spolecznych istnieje od zarania cywilizacji – i wszedzie tam, gdzie nie żądziła ślepa furia, siła, seks, pieniądze, religia czy władza – stawała się polem do polemik, ścierania poglądów, przekonywania się, ale również manipulacji czy budowania fałszywych tez w oparciu o prawdziwe przesłanki.

Do czasu rozwoju internetu – ta komunikacja spoleczna, miała wymiar bardziej monologu – niż dialogu. Koncerny medialne, politycy, grupy zawodowe czy spoleczne – poprzez srodki przekazu wskazywaly normy, zasady czy prawidlowy ( w ich przekonaniu) obraz widzenia swiata. Najczesciej wierzono nie tyle tym, którzy mieli te poglady MADRE, ale potrafili je w odpowiedni sposób PRZEKAZAC. Historia pelna jest osobowosci, które czynily to w sposób wielce efektywny … Niektorzym wystarczyla wylacznie sztuka epistolograficzna lub retoryka – inni, wspomagali się .. hm …”dostepnymi srodkami przymusu bezposredniego” :)))) Dzis walka idzie o to aby MADRE, TRUDNE poglady komunikatywnie i przekonujaco PRZEKAZAC. I walczyc rownoczesnie z komunikatywnym przekazywaniem tresci, które nie maja nic wspolnego z wartosciami 🙂

Jednostronny przekaz sprzyjal tworzeniu mitow – które dzis wywoluja zaskoczenie chyba calego swiata. Okazalo się bowiem, ze Papiez nie musi siedziec w Watykanie, amerykanski prezydent nie musi być bialy, amerykanska wiedza o finansach nie musi się do konca sprawdzac, Azjaci nie sa „glupimi zoltkami i tania sila robocza”, a Arabowie – bezmyslna masa mieszkajaca na pustyni lub bogatymi glupcami, zostawiajacymi auto na srodku oazy, kiedy skonczy się plyn do spryskiwaczy … A prawda o Westerplatte walczy z wykreowanym mitem, dalekim od historycznej prawdy 🙂

Dzis – po internetowej rewolucji, okazuje się ze każdy ma mozliwosc dowolnego ksztaltowania swoich pogladow i „sprzedawania” otoczeniu. Inna sprawa, ze niejednokrotnie za tymi pogladami – nie kryje się innowacyjna czy wartosciowa mysl postrzegania swiata, ale czyjs konkretny, jasno zdefiniowany i policzalny interes.

Jeśli media prowadza polemike spoleczna na temat energii jadrowej – to można realizowac tym cele poparcia spolecznego dla tych inicjatyw. To normalne. W taki sam sposób dyskutuje się o nowych sposobach zapobiegania chorobom czy metodach leczenia. Niestety – najczesciej jest to „polemika sluzaca zdefiniowanym interesom”, a nie sluzaca np. wzrostowi swiadomosci spolecznej ( ten wzrost powstaje niejako „przy okazji”, ale często z dolaczona „teza”).

Ciekaw jestem – czy ktos z szacownego grona PR – pokusi się kiedys o prace magisterska, a może nawet doktorska 🙂 – i zbada, jaki % informacji, który do nas dociera w serwisach informacyjnych jest tak naprawde materialem PR, za którym kryja się mniejsze lub wieksze interesy komercyjne, polityczne czy … wylacznie medialne – sluzace wlaczeniu odpowiedniego guzika na pilocie i paru punktom ogladalnosci wiecej. Czy wierzymy dzis mediom, które maja najwieksza ogladalnosc/poczytnosc ???? :)))) za którymi stoja wskazniki nie majace nic wspolnego z JAKOSCIA informacji 🙂 = („ONI czytaj DUZI to napisali – to na pewno TAKA JEST PRAWDA” ; czasami to niestety trzecia postac prawdy wedlug słynnych „Trzech Prawd …” ;)))

 

Coraz wieksze grono moich znajomych, zaczna przyznawac się do tego – ze nie oglada w ogole tv i swoja wiedze o swiecie czerpie wylacznie z internetu.

Jeśli już, to oglada filmy – kasujac starannie reklamy. Trudno im się dziwic

– poziom publicystyki telewizyjnej siegnal bruku, a czasami sledzac TVN24 czy inne stacje newsowe – ma się wrazenie, ze ONI tylko czekaja na „ustawke” w sejmie :))) Bo reszta już była 😉

 

Bardzo trudno probowac być obiektywnym, gdy jestesmy otaczani zmanipulowanymi informacjami, w których kryterium obiektywizmu jest jednym z ostatnich (w rzeczywistosci). Ale koniecznie na pierwszym miejscu naglasnianym …. (proszę zarzucic jakiemukolwiek powaznemu dziennikarzowi brak obiektywizmu :))) Public relations – jako koncepcja komunikacji, zawsze sluzyla czemus albo komus. Dlatego, ze zawsze ktos albo „cos” (firma) chce przedstawic swój obraz w jak najkorzystniejszym swietle – dysponujac gama DOWODOW na udowodnienie swojej tezy … I tu jest pies podgrzewany 😉 Koncern OPOWIADAJACY o swojej aktywnosci proekologicznej – bedacy w rzeczywistosci trucicielem, bardzo szybko „straci twarz” i jego jakiekolwiek komunikaty będą odbierane jako czcza propaganda … (niech komus jezyk uschnie, jak sprobuje tu wstawic slowo „marketing” …. :)))))))))) Może warto w takim razie zadac inne pytania ? „Na ile PR jest mowieniem prawdy ? ” albo „Czy rola PR jest mowienie prawdy w sposób najbardziej korzystny dla zleceniodawcy? ”

A może po prostu zaczac od „wtloczenia” dziennikarzom do glowy rozroznienie czym rozni się propaganda, reklama i  public relations ?