Czy mediaworkerzy pochłoną dziennikarzy?

Jest 22 maja 1960 roku. Na izraelskim lotnisku ląduje samolot linii El Al Israel Airlines z dyplomatami na pokładzie. Ale nie tylko. Nadbagaż stanowi otumaniony narkotykami Adolf Eichmann – nazista brawurowo porwany 11 maja wieczorem z Argentyny, przez agentów Mosadu. Izrael ma sądzić jego zbrodnie na oczach całego świata.

Czytaj dalej „Czy mediaworkerzy pochłoną dziennikarzy?”

Reklamy

Herostratesi YouTuba

Jednym z najsłynniejszych ofiar chorobliwego parcia na szkło był pewien joński szewc z Efezu. Jego nieodpartym marzeniem było zostać sławnym. Trudno było mu zaspokoić swoją żądzę poprzez rzemieślnicze wytwarzanie obuwia czy jego naprawę. Miał lepszy pomysł.

Czytaj dalej „Herostratesi YouTuba”

Irytujące reklamy 2014

Dlaczego reklamy nas irytują? Najczęściej dlatego, że po prostu są.

Wprawdzie akceptujemy fakt, że dzięki nim finansowana jest działalność mediów, a żadna impreza sportowa czy kulturalna nie istnieje dziś bez sponsorów, to wciąż traktujemy ją jak denerwujący dopust boży. 86% Polaków nie lubi reklam, a 48% czuje się przymuszanych do ich oglądania lub słuchania (CBOS, 2011), w Internecie unikamy jej jak ognia – coraz częściej szukamy wyłącznie tego, co nas interesuje, starannie eliminując przekaz natarczywy i nachalny.

Dlaczego tak nie lubimy reklam w Polsce? Moim zdaniem są trzy główne powody:

  • agresywna natarczywość

Mediaplanerzy są czasem jak sowieccy politrucy – nadają komunikaty, aż do zmęczenia materiału. Koncentrują się bowiem wyłącznie na cyfrach. To stara szkoła bezsensownej propagandy czyli powtarzać ten sam komunikat, aż do skutku czyli wbicia nam w mózg określonego przekazu. Tyle tylko, że coraz częściej obojętniejemy na taki przekaz, aż zaczyna nas irytować. Im bardziej jesteśmy świadomym konsumentem, tym natarczywość reklamy bardziej nas drażni. Podobnie dzieje się z przekazem mało logicznym, przesadzonym i urągającym inteligencji Polaka-szaraka.

  • beznadziejny scenariusz

Spoty reklamowe w sensie scenariusza są nadal w XX wieku. Wiele nawet w XIX. Efektem jest kreacja, nastawiona przede wszystkim na agresywną demonstrację produktu i dość nachalną sprzedaż, a nawet wciśnięcie nam za wszelką cenę (czytaj: niską). Owa dosłowność dotyka nas szczególnie w reklamach specyfików na wszelkie świądy, wycieki czy odpływy. Syndrom niespokojnych nóg, każe nam uciekać od takiej komunikacji, gdzie pieprz rośnie. Te metody, w połączeniu z natarczywością, są zapewne skuteczne w doraźnym wymiarze, czysto handlowym, ale bardzo łatwe do zniwelowania przez konkurenta, którego komunikacja będzie jedynie jakościowo lepsza i nastawiona na długofalowe budowanie marki, a nie jedynie chwilowe opróżnienie magazynów. Tutaj ewidentnie kłania się myślenie marketingowe versus myślenie sprzedażowe. Niestety, strategię bardzo wielu marek można zaklasyfikować jako strategię żabich skoków, skoncentrowaną wyłącznie na najbliższym, kwartalnym planie sprzedaży.

  • brak transmedialności

Przenikanie się wzajemnej komunikacji offline i online, gra z odbiorcami, budowanie zróżnicowanych, ale spójnych historii marek, pokazywanie reakcji klientów, twórcze angażowanie influencerów, innowacje. Ktoś widział w reklamie telewizyjnej hashtagi? Poza tureckimi liniami lotniczymi? Te cechy jeszcze w polskiej reklamie prawie nie istnieją, nie są czynnikami narzucającymi innym trend, formułę czy choćby pewien standard całości procesu komunikacji.

Odnoszę wrażenie, że narodowy świat zarządzania marką online i offline, to wciąż zupełnie inne byty. Transmedia branding, poza akcjami z kilkoma brand heroes, w zasadzie nie jest wykorzystywanyw kraju nad Wisłą. CMOs najprawdopodobniej wychodzą z założenia, że skoro dwa powyższe elementy (nachalność + demonstracja produktu) nadal działają i walenie natarczywie w czerep klienta wciąż się opłaca, to po co wymyślać coś innego? Czy takie myślenie jest typowe dla agencji, dla której jakakolwiek zmiana i różnorodność oznacza dodatkową pracę, za te same pieniądze? A może to prezes, który uważa, że to po prostu wyrzucanie kasy, a efekt marketingu ocenia się wyłącznie dynamiką sprzedaży? Kto to wie? Efekt? Spadające wskaźniki skuteczności, niwelowane są kolejnymi, zwiększanymi budżetami na media. Czym to się kończy? Bezsensownym wypalaniem całkiem dużych pieniędzy. Agencjom to zupełnie nie przeszkadza, mediom też nie, ale zyskowność firmy jest po prostu niższa. Kto się okazuje frajerem? Niestety, płatnik. Zarządzie, pokaż cojones i rusz głową!

Wybrałem 5 najbardziej irytujących reklam roku 2014.

Razem z moimi fanami (dzięki za Wasze zaangażowanie), żeby nie było tylko na mnie:). Postarałem się też napisać co wpłynęło na ten wybór.

Mediaexpert z Eweliną Lisowską

Zdecydowany lider. Rzadko się zdarza, by fani niezadowoleni z jakiejś reklamy, zakładali jej antyfanpage. W przypadku reklamy Mediaexpert tak się właśnie stało. Zapewne dostarczając sieci … dodatkowych klientów. W przypadku nagłośnienia negatywnego, efekt poznawczy jest niestety nadal osiągany, nawet szybciej. Moja propozycja dla Mediaexpert: zróbcie coś z tą Eweliną: ubierzcie ją jakoś, rozbierzcie, wsadźcie do łodzi podwodnej, nawet na konia. Granie „niskimi cenami” w kampanii, to najbardziej ograny slogan w polskiej reklamie ever. Tak, wiem, że działa. Wasze niskie ceny będą błyskawicznie weryfikowane w porównywarkach. Auć … A próbowaliście, czy zadziała lepiej coś innego? Efektu crocsów z Lidla raczej nie osiągniecie, że o karpiu nie wspomnę. Ciekawostką jest fakt, że marka komunikuje się z fanami w sprawie własnej, natarczywej reklamy. Cóż za piękna transmedialność 🙂 O memach i parodiach nie wspominając.

Agito.pl – Uosobienie Przyjemności

Pomijając aspekt artystyczny (sic! + facepalming hard), to „potwierdzenie przyjemności zakupów przez 97% klientów” brzmi po prostu rubasznie. Nawet najstarsi Indianie po prostu dziś w to nie uwierzą. Szukają twardych dowodów, a ich nie widać, w związku z czym claimuosobienie przyjemności” jest pozbawiony logicznego sensu. Coś jak „inteligentne granulki” rozpoznające rodzaj zanieczyszczeń, choroba filipińska i takie takie. Moja propozycja dla Agito: szkoda eksploatować Rysia w zaświatach, benchmarkujcie lepiej mobilne Allegro.pl. Robią naprawdę fajne spoty.

Link 4 i Payback

Każdy z nas ma przebój, który został „przegrany” przez jakąś stację radiową na maksa. To zbytnia nadinterpretacja frazy inżyniera Mamonia, że Polak lubi tylko te przeboje, które dobrze zna. Powinno być „zna i lubi”, ale piosenka Link4 taka nie jest. Przeciętny widz nie ma raczej pojęcia o czym ona jest (dykcja), skoczna melodia zagłusza tekst, a dopiero przy uważnym przesłuchaniu, wiadomo co podmiot liryczny miał na myśli. Tylko kto dziś uważnie słucha piosenek reklamowych? Moja propozycja dla Link4: jak już koniecznie chcecie orać przebojami, to zainwestujcie w Jacka Cygana lub porządną muzę. Sztuką jest stworzyć (a nie adaptować) taki utwór muzyczny, który nucić będzie pół Polski, nie mając świadomości, że to reklama. To jest dopiero prawdziwe wyzwanie. Przykład? Coca-cola i „Coraz bliżej święta„.

Kalendarz Dżentelmeni: Mariolka i Kryspin

To dwie, szczególne reklamy. Spowodowały, że kreacji avatara Mariolki i Kryspina mam po prostu serdecznie dosyć na dłuższy czas. Przestałem oglądać Paranienormalnych. Sorry. Twórcy chcieli osiągnąć efekt wyróżnienia i na pewno to się udało, ale tak jak bardzo byłem zmotywowany do zakupu tego kalendarza, tak bardzo dziś podchodzę do niego niechętnie. Zapewne cały rok 2015 przypominałby mi te reklamy, których chętnie więcej bym nie oglądał. Helouuuu! Jest tam kto? To nie ta kreacja i nie do tego targetu. Ale zapewne „w badaniach wyszło inaczej i projekt zakończył się wielkim sukcesem”.

Bank Millenium – Radek Kotarski

Zostałem zmęczony tą komunikacją. Jednak ta kampania irytuje mnie w zupełnie inny sposób niż powyższe cztery. To irytacja niewykorzystanego potencjału Radka, którego prywatnie naprawdę lubię. Radek to jedna z pierwszych, internetowych „znanych twarzy” trafiających do telewizyjnej reklamy na dużą skalę. Przyjętej zapewne ciepło, bo jest grzeczna, zjadliwa, lekka, łatwa i przyjemna, ale … jednocześnie pozycjonowana boleśnie przeciętnie, mocno produktowo, słabo kreatywnie i wyprasowana na kant. Moja propozycja dla Millenium: wsadźcie Radka na konia zamiast na wielbłąda i zróbcie parodię Old Spice, Pana Wołodyjowskiego, Azji Tuhajbejowicza czy nawet Ulricha von Jungingena. Wszystko co połączy znane, polskie elementy kulturowe z bankiem i Radkiem Kotarskim będzie ciekawym eksperymentem. W sferze nowych twarzy bankowych kampanii, dojrzewa też inna postać b(v)logerska: Michał Szafrański. Jestem przekonany, że jeśli dostanie dobrą, agencyjną propozycję, pokaże kreatywny pazur. Ostatecznie przynależność do b(v)logerskiego, elitarnego Klubu Łysych do czegoś zobowiązuje 🙂

Czas na konkluzję

Wszystkie wymienione kampanie łączy jeden element. Oto nagraliśmy wielki, drogi spot ze znanym pysiem. Czytaj, musimy go eksploatować na maksa, ile fabryka w modelu ekonometrycznym dała. Tylko, że zmienne zasysane do modeli mediaplanerskich bazują na historii offline, a nie off/online …

Może lepiej zrealizować w tej samej cenie dobre story i pięć spotów w starej, dobrej szkole skandynawskiej? Bez udziału gwiazd (tak, zaraz usłyszę, frazes, że „one przyciągają”), ale z prostym, świetnym pomysłem. Tak, wiem, zatrudnianie „znanej twarzy z telewizji” za dużą kasę jest o wiele prostsze dla agencji niż dobry pomysł kreatywny. Jeszcze inni powiedzą, że „nie chcą reklam na konkurs”. A polska reklama jest potentatem jakichkolwiek konkursów reklamy? Uwierzcie w końcu, że dobra komunikacja nie tylko sprzedaje – przede wszystkim rozwija potencjał wartości marki.

Dziś, kiedy wszyscy odbiorcy, robią cuda na kiju, byle tylko unikać nachalnego lansu – wartością długofalową staje się inspirowanie i angażowanie. Żadna z powyższych reklam nie miała najmniejszych szans by taką się stać.

Jeśli chcesz coś zmienić i szukasz pomysłu na firmowy workshop z zakresu transmedialnej komunikacji marki, po prostu napisz do mnie.

Foto z szopy

Dorota Zawadzka wybrała się na basen. Ludzka rzecz.

20140830-111050.jpg Okazało się, że są ludzie, którzy chodzą tamże również z komórkami. To podobno też ludzka rzecz. Pani wyciągnęła to co trzeba i zaczęła filmować. Jak gdyby nigdy nic. Bo tak. A co? Nie wolno? Kto bogatemu zabroni filmować Zawadzką pluszczącą się prywatnie w basenie? Ona publiczna jest, basen też to i każdemu wolno!

Dorota, która nie odmawia robienia zdjęć ze sobą, wyciągnęła swoją komórkę i zaczęła filmować Panią. Pani w krzyk, że jak to tak można? Ona tu prywatna jest, nigdzie nogami nie fikała i żadnych dzieci nie sadzała na karnym jeżyku. Tak doszliśmy do klasycznej moralności Kalego, która w Polsce jest ponadczasowa.

W Kołobrzegu podczas programu Wstajesz i Wakacje, za prowadzącym program Jarosławem Kuźniarem sunął niemy tłum. Bohaterowie drugiego planu pchali się przed kamerę, rozbrykane dzieci robiły pajacyki, a stateczne panie i panowie wydzwaniali do rodziny mizdrząc się obowiązkowo do oka obiektywu. Przy próbie nawiązania jakiegoś kontaktu z nimi przez dziennikarza, wszyscy zachowywali jak słynni, rzymscy legioniści z opowieści o Asterixie, gdy poszukiwano ochotników do ataku na Galów.

Każdy może być dziś paparazzi. Wsadzić Ci obiektyw w talerz. Wepchnąć komórkę między wódkę, a zakąskę. Robić sobie białego misia na Krupówkach z każdą osobą, której pyś jest choćby minimalnie znany z telewizji. Bez zgody, wiedzy, minimum akceptacji. Wielu ludziom owa możliwość wręcz namacalnego kontaktu jest niczym doświadczenie znane z cyrków. Tyle, że twarze znane z tivi to są nadal zwykli ludzie, a nie publiczna własność, którą można obrabiać na wszelkie sposoby. Kiedyś proszono jeszcze o zgodę, dziś robi się awantury, że ktoś nie pozwala.

Kiedy pojawiły się na rynku pierwsze telefony komórkowe, szefowie teatrów, oper czy niektórych restauracji kupowali specjalne zagłuszacze. Okazywało się, że łatwiej ludziom narzucić jakieś zachowanie techniczną siłą perswazji niż zaapelować do zdrowego rozsądku i podstawowych zasad kultury. Dziś choć pod tym względem sporo się zmieniło, nadal technologicznie rozwinięci inaczej, bywają społecznymi prymitywami wrzeszcząc do słuchawki o „brodawkach na dupie” w przedziale pełnym ludzi.

W dzisiejszym wywiadzie w programie „Wstajesz i Wiesz” TVN24 Jerzy Stuhr powiedział: „- Moim problemem jest to, żeby się nie dać upokorzyć. Młodym”.

Kiedy telefony komórkowe wyposażono w kamery, a media społecznościowe umożliwiły błyskawiczną dystrybucję treści, ludzie zaczęli zamieniać się czasem w puste golemy. Pozbawione jakichkolwiek zasad, ciągnące za sobą zapaszek cebuli i mających problem z podstawową, ludzką wartością – zwykłego szacunku do drugiego człowieka.

Łyżka nie istnieje

W jednej z kultowych scen filmu „Matrix” padają słowa podważające naszą rzeczywistość.

20140715-143001.jpg
Podobnie jak w „Incepcji” padają fundamentalne pytania o ludzki los na ziemskim padole. I choć są celne, wielowątkowe i poruszające to dzieją się w obszarze hollywoodzkiej iluzji i abstrakcji. Kiedy jednak owa iluzja i abstrakcja trafia do realnego życia, może być naprawdę niebezpiecznie.

Konflikt nauki i wiary wydaje się mieć swój symboliczny początek od zetknięcia ptolemejskiej teorii geocentrycznej czyli Ziemia w środku wszechświata i heliocentrycznej, udowodnionej przez Mikołaja Kopernika. Indoktrynacja religijna kontra indoktrynacja naukowa, była doskonale widoczna już w czasach Inkwizycji, gdy w 1616 roku uznała ona za herezję poglądy Galileusza akceptujące badania Kopernika. Dziś, gdy obserwuje się wyjątkowo duże przyspieszenie badań naukowych oraz skokowy rozwój narzędzi wpływających na rozwój medycyny, po raz kolejny barierą poznania stają się ludzkie mentalności.

Sytuacja, w której zwykli ludzie podważają naukę i jej odkrycia, ponieważ subiektywnie uważają inaczej, jest wyjątkowo niebezpieczna. Kiedyś był problem z nagłaśnianiem najbardziej fantastycznych tez. Dziś wystarczy odpalić stronę czy fanpage i sumiennie zbierać zwolenników. A ludziom zdarza się wierzyć w najbardziej karkołomne koncepcje i teorie, jeśli wydają się im wystarczająco zgodne z ich światopoglądem. Oznacza to swoiste cofnięcie się w rozwoju. Dziś gdy wiedza popularna czerpana jest na dodatek z internetu ma to jeszcze większe znaczenie. Zarówno zwolennik jak i przeciwnik jakiejś hipotezy, znajdzie w sieci stosy cytatów na potwierdzenie swojego punktu widzenia. Tyle tylko, że wiarygodność źródeł może być kolosalnie różna.

Jeżeli nauka nie jest w stanie wytłumaczyć prostym ludziom na czym polega współczesny postęp, jest to jej swoista porażka marketingowa. W pierwszym przypadku ryzykujemy budowę mostów, samolotów czy budynków na „słowo honoru” i wiarę bez mędrców szkiełka i oka. W drugim, brak społecznego zrozumienia dla tego jak szybko zmienia się świat. A to od zawsze budziło demony stereotypów jak i aktywizowało stada cwaniaczków, którzy potrafili świetnie żerować na ludzkiej niewiedzy i nieświadomości.

W „Sztuce Rynkologii” poruszam kwestię ważnego problemu spadku zaufania społecznego do wyników badań naukowych czy spektakularnych technologii, których powodzenie komercyjne zależne jest nie tyle od ich unikalnej użyteczności, ale reklamowej skuteczności. Ludzka nieufność wobec dużych wyzwań cywilizacyjnych wynika nierzadko z częstego robienia nas w konia przez tabloidalne media czy zapatrzone bezrefleksyjnie w cyferki międzynarodowe korporacje. Na samym końcu tej pochylni stoi matka śmiertelnie poszkodowanego w wypadku nastolatka, niczym bohaterka antycznej tragedii.

Współczesna medycyna nie powinna mieć wątpliwości co do granicy ludzkiej śmierci. Bez względu na wyznawaną wiarę, nie chcemy mieć w tej kwestii najmniejszych wątpliwości. Każde, nawet najmniejsze drgnięcie ciała będziemy odbierać jako iskrę nadziei, co w obliczu śmierci własnego dziecka wydaje się czymś naturalnym. Ale tutaj również objawia się postęp medycyny, tym razem w zakresie psychologii i traumy. Najbliższa rodzina w obliczu tragedii będzie w stanie uwierzyć nieomalże we wszystko co pozwoli podtrzymać ogień powstały w wyniku owej iskry.

Dziś bohaterów konfliktu nauki i wiary mamy co najmniej kilku. O ile czysta wiara w głoszone tezy opiera się wyłącznie na autorytecie i zaufaniu do nadawcy przekazu, o tyle nauka wymaga twardych dowodów i powtarzalności wyników eksperymentów. Ludzka wiara w swej istocie, w przeciwieństwie do nauki nie podlega racjonalnej weryfikacji.

Społeczny problem transplantacji narządów znany jest w Polsce od lat. Nadal około 20% rodzin zmarłych nie wyraża zgody na przeszczep. Nie znalazłem danych wskazujących na świadomość tego problemu, szczególnie w kontekście mitów o handlu organami czy braku akceptacji przez kościół katolicki. Wręcz przeciwnie: Jan Paweł II mówił podczas spotkań z lekarzami, że „każdy przeszczep organu ma swoje źródło w decyzji o wielkiej wartości etycznej. Szlachetność takiego gestu polega na tym, że jest on prawdziwym aktem miłosierdzia dla drugiego człowieka”. Odmowy transplantologiczne nie mają najczęściej racjonalnych, twardych powodów. Są po prostu zlepkiem uprzedzeń i fobii zwielokrotnionych w obliczu rodzinnej tragedii.

Kiedy się robi niebezpiecznie? Kiedy antyczna tragedia staje się publiczna, angażuje wiele osób, staje się atrakcyjnym produktem medialnym i zaczyna podbijać bębenek oglądalności. Dla polskiej transplantologii dniem sądu stała się sprawa Mirosława G. i konferencja prasowa ówczesnego Ministra Sprawiedliwości w 2007r. Dziś podobną narrację uzyskała tragedia Kamila, wokół której powstał kilkudziesięciotysięczny fanpage, odbywały się demonstracje pod szpitalem, a atmosfera podsycana jest media różnorakiego, najczęściej marnego autoramentu. Argumenty przeciwników transplantacji i pseudonaukowych „mędrców” ponownie przebijają się do społecznej świadomości. Odbierając tym samym ponownie wielu ludziom szansę na nowe lub zupełnie inne życie.

Nowoczesna medycyna związana z ludzką ofiarnością i współpracą: transplantologia czy choćby honorowe krwiodawstwo wymaga mądrego, długofalowego i odpowiedzialnego marketingu skoncentrowanego na edukacji czy promocji dobrych postaw społecznych. Dalekiego od nadętej propagandy, hurraoptymistycznych akcji czy szokowania obrazem. Kiedy ludzkie fobie i fałszywe stereotypy zaczynają mieć charakter masowej inkwizycji, można zacząć się bać.

PS. BBC dopisuje dobry kierunek 🙂
„Autorzy raportu dotyczącego zmian w BBC zauważają, że dobre dziennikarstwo naukowe nie polega tylko na odzwierciedlaniu szerokiego wachlarza poglądów, ale na różnym ich prezentowaniu w zależności od znaczenia, jakie mają. Manipulacją jest więc raczej tworzenie sensacji przez zapraszanie efektownych, ale merytorycznie bezwartościowych gości”.

[ BBC przestanie zapraszać pseudonaukowych dziwaków ]

Aż tu nagle!

Hugh Laurie, dla przyjaciół Dr House kręcił kiedyś w RPA scenę z lwem. Ze względów bezpieczeństwa lwa profilaktycznie nakarmiono do syta, żeby nic mu się nie chciało.

20140619-213531.jpgZadbano też by zwierzę było odpowiednio stare, a przy tym niemrawe, aby jeszcze bardziej mu się nie chciało. Następnym krokiem było wpuszczenie Hugh do klatki. Lew przeraźliwie zaryczał. Niby nic dziwnego, ale wbudził powszechne i wyjątkowe poruszenie ekipy filmującej jak i samego aktora, czyli wszyscy zastygli w chwili przerażenia. Pojawił się treser i wziął Hugh na bok. – Słuchaj – mówi – jeśli jednak lew mimo wszystko będzie chciał Cię zaatakować, to musisz rzucić mu w pysk kupą. Hugh mów – Hm, okej, ale skąd wziąć kupę? Treser znowu objął go ramieniem i szepnął – Ty się nie martw. Pojawi się.

Tę historię opowiedział na konferencji Tomasz Kammel, a mnie ów ryczący lew w świetle ostatnich wydarzeń wydaje się kwintesencją mediów, wzbudzających coraz częściej powszechny strach i zaniepokojenie. Przez ostatnie lata z chłodnego analityka i rejestratora faktów ewoluowały w stronę wulkanu eksplodującego emocjami. Nakręcające się nimi przede wszystkim, straszące nimi ludzi. Why? For money. A zagrożenie może być fałszywe – strach jest zawsze prawdziwy.

Każda dziecięca bajka ma swoją ulubioną frazę. Jest nią „aż tu nagle”. Na tę chwilę uwaga każdego szkraba natychmiast wzrośnie. Media metodą „aż tu nagle” zajeżdżają oglądalność ile tylko się da, przy okazji uniemożliwiając sensowny ogląd jakiejkolwiek sytuacji. Koniec świata, wojna, spisek, zamach, upadek – te wszystkie słowa budowane w schemacie „aż tu nagle” mają zapewnić wysoką oglądalność, klikalność i poziom czytelnictwa. Wolnym mediom w każdym demokratycznym kraju wolno więcej. Mają być narodowym sumieniem i weryfikatorem władzy. Ale jednocześnie mają zarabiać pieniądze dla swoich właścicieli. Czy jedno nie wyklucza drugiego? Jeśli nie, to jakie elementy zapewniają połączenie wiarygodności i rzetelności opinii oraz wyników finansowych właściciela? Czy dziennikarz tworzący przekaz w modelu „aż tu nagle” zapewniając wysoką oglądalność robi wszystko by być wiarygodnym? Rzetelnym i przyzwoitym? A może staje się zwykłym „sensatem” jak określił to Jacek Żakowski. Okładanie ludu pracującego miast i wsi, co godzinę żółtym paskiem, kończy się tym, że na naprawdę ważne informacje potrzebny będzie w końcu pasek czerwony – na żółty bowiem nikt już nie będzie zwracać uwagi.

Wolne media potrafią w wyjątkowy sposób żonglować emocjami społeczeństwa. Mają do tego olbrzymie możliwości – tworzą treść i mają narzędzia do szybkiego i masowego przekazu. Są w stanie wyprowadzać ludzi na ulice. Podburzać i uspokajać. Kiedy wolne media, różne codziennie w swych opiniach, zaczynają mówić jednym głosem, to znaczy że coś się dzieje. Ale media potrafią również w wyjątkowy sposób straszyć i niszczyć społeczeństwo. Tak jak słynne radio RTLM w Rwandzie.

Dziś, podobnie jak Stefan Bratkowski chciałbym wierzyć w możliwość uprawiania dziennikarstwa w sposób przyzwoity. [ Studio Opinii: W co się bawimy ]. Dziennikarze mogą różnić się w swych opiniach, ocenach czy analizach oraz mieć całkowicie różne wnioski z pojawiających się faktów. Jak też potrafią to mądrze, logicznie i sensownie uzasadnić. To czytelnik, widz czy słuchacz decyduje jaką stację czy gazetę wybierze. Ale media nie mogą żonglować emocjami społecznymi bez ograniczeń. Huśtać ludźmi ciągłymi „aż tu nagle” w imię wyłącznie własnych, partykularnych interesów. Dlaczego? To proste. Media niczym wspomniany lew potrafią przeraźliwie zaryczeć. I nic nie pozostanie wystraszonemu, zdeterminowanemu ludowi jak rzucić w nie ową kupą. Która pojawi się niechybnie.

Pysiem w lud

Nie wiem czy uzdrowiciele pomagają.

20140508-081330.jpg Ale gdybym nieuleczalnie zachorował i łapał się każdej nadziei, kto wie czy jak tonący nie chwytałbym się brzytwy. Wiadomo jak jest z naszą służbą zdrowia. Już Jurand skrzywdzony w „Krzyżakach” pokazywał kto mu to zrobił. Polak-szarak przy swoim szpitalnym łóżku prędzej spotka roszczeniową i nafoszoną salową niż uroczą Magdalenę Różdżkę z „Lekarzy” bawiącą się w szpitalnego detektywo-psychologa czy choćby poczciwego Doktora House’a.

Kaszpirowski ze swoim telewizyjnym odin, dwa tri … Świecące butelki Nowaka. Dwa a może nawet trzy kanały wróżbiarskie trzepiące kasę na ludzkich nadziejach i naiwności. Skala zagrywek pod tym względem jest naprawdę kolosalna. U ich podstaw weryfikacji stoi zawsze solidna wiedza i doświadczenie odbiorcy. Dziś to coraz trudniejsze. Jak bowiem mam zweryfikować swoją wiedzę na temat GMO skoro co chwilę widzę dwóch szacownych profesorów kłócących się hermetycznym językiem naukowym? Wierzyć mediom? Spotykałem się setki razy z nierzetelnością w opisywaniu sfery marketingu, którą co nieco ogarniam. Ale jak wtedy wierzyć w treści na temat dziedziny o której nie mam pojęcia? Jak wyrobić sobie pogląd? Skąd mam czerpać rzetelną wiedzę o świecie, drogi Jarku K.? A teraz zgadujcie o którego chodzi :))

Na samym szczycie masowego lansu informacji stoją celebryci. Znane twarze i osobowości słuchane przez miliony ludzi. Dookoła siebie tworzą rynek pozwalający im zarabiać określone pieniądze. Czar znanej, telewizyjnej twarzy nadal działa, czym doskonale potrafią grać np. politycy. Dla wielu chorobliwa metoda „parcia na szkło” jest najważniejszym narzędziem marketingowym. Bez względu na to co mówią i czy z jakimkolwiek sensem. Zjawisko dobrze opisał w „Polityce” Marcin Rotkiewicz [ Wróżenie gwiazd ]

Postacie takie jak Mariusz Max Kolonko, Beata Pawlikowska czy Wojciech Cejrowski są przede wszystkim swoistymi instytucjami i mistrzami własnych marek osobistych. Jak każda marka zarabiają pysiem na swoją miskę ryżu. Nic w tym oczywiście zdrożnego, na takiej fali pojawiają się choćby coraz liczniejsi blogerzy, naukowcy czy charyzmatyczni inspiratorzy. Jest ich coraz więcej. Pytanie brzmi na ile to co mówią, piszą i w jaki sposób wpływają na ludzi jest weryfikowalne oraz choćby społecznie użyteczne. Czy na pewno bezpieczne czy chociażby nieszkodliwe?

Niezaprzeczalnym faktem jest, że na przykład na fali chemii w przemyśle spożywczym pojawił się również ruch mu przeciwny. Fast food stworzył slow food. Kiedy jest białe, jest i czarne. Są mechanokraci i ekoterroryści. U Nienackiego byli żeglarze i motorowodniacy. Jedno i drugie tworzy swoisty rynek relacji.

Czy tekst dotyczący Beaty Pawlikowskiej [ Blondynka w dżungli nonsensów ] jest chęcią autolansu autora czy zwróceniem uwagi na rzeczywisty problem? Znanych mi jest bowiem co najmniej kilka przypadków, w których celowo atakuje się celebrytę by przebić się do masowej wyobraźni. Niektórzy nawet piszą książki według tego schematu, które niestety stają się bestsellerami. Lud masowy łyka to bezrefleksyjnie jak pelikan – parafrazując moją kuzynkę. Pôżniej na podstawie steku bredni buduje się obraz otaczającego świata. A Polak-szarak mózg ma przeorany i przeprany rzekłbym koncertowo i wzorcowo. Na dodatek pralka wciąż nieustannie wiruje niczym wiatrak w upalny dzień. Tak rodzą się demony stereotypów i uprzedzeń.

Porządne media pełniłą rolę solidnego filtru i weryfikatora treści, dziś zapominają, że właśnie solidność i wiarygodność może być poważnym punktem przewagi konkurencyjnej z treściami elektronicznymi, które każdy może pisać jak chce i kiedy chce. Może nawet nie zapominają. Gorzej się sprzedają.

Lubię Beatę Pawlikowską, jej żółte karteczki, audycje radiowe i pop-filozofię życia. Ale nie śledzę jej profilu jakoś szczególnie i nie sprawdzam pisarskiej wiarygodności. Mariusza Max Kolonkę lubię słuchać czasami, ale o wiele bardziej wiarygodny jest dla mnie Radek Kotarski. Wojciech Cejrowski jest świetnym opowiadaczem i narratorem, ale jego osobiste poglądy są jego sprawą. Choć artykułowane publicznie, mogą być niebezpieczne. Jednak separuję twórcę od tworzywa. Wydaje się, że oddzielanie ludzi od show jaki uprawiają jest dziś obowiązkowe. Show Kuby Wojewódzkiego już dawno mnie znużył, pewnie nie jestem już targetem, ale sama postać zawsze mnie intrygowała w kontekście „off record”.

Czytelnik, widz czy słuchacz zdecydowanie powinien starać się oddzielać kreację showmena czy celebryty od cech realnego człowieka. Dokładnie tak jak dzieje się to w kontekście aktora grającego swoją rolę. W przeciwieństwie do dziennikarza, który raczej pod tym względem nie powinien notować sprzeczności.

Jedną z największych manipulacji medialnych współczesnego świata, jest bezkrytyczna wiara w to, że przesympatyczny pyś na ekranie tivi, jest równie przesympatycznym pysiem w realu. A pysie postrzegane jako piękne, traktowane są też jako wiarygodne. Taka ludzka natura. Dr Jekyll i Mr. Hyde. Sympatia np. telewidzów to bardzo konkretna wartość przeliczana wysoko. Im większy masz wpływ na ludzi, tym czujesz narastający ciężar odpowiedzialności. Niektórzy podchodzą do tego lekko, a cytując klasyka „ciemny lud wszystko kupi”.

„Etyka w erze elektroniki. Nowy wymiar kłamstwa: list prywatny, jeżeli zawiera kłamstwa, może oszukać, może oszukać jedną względnie kilka osób. Fałszywy przekaz TV może oszukać miliard ludzi”
Ryszard Kapuściński

Gawaritie prawdu

– Ziemia jest płaska! – krzyczą w telewizji. – Ziemia jest płaska! – jazgoczą w radiu. – Ziemia jest płaska! – piszą w mediach społecznosciowych.

20140303-143222.jpg
– Ziemia jest płaska – szczeka Twój pies. Wychodzisz przed dom i widzisz, że ziemia jest płaska. Spotykasz kumpli, którzy uświadamiają Ci, że ziemia jest płaska bo wiedzą to z mediów, widzą za oknem i mają też psa. Jeśli uważasz inaczej to jesteś idiotą. W odpowiednich warunkach, idiotą podejrzanym, elementem wywrotowym, który bezpieczniej zdecydowanie potępić i izolować niż rozmawiać. Jakiż bowiem jest sens dyskusji z kimś, kto uważa że ziemia nie jest płaska?

Angela Merkel w rozmowie z Barackiem Obamą [ New York Times ] ocenia, że Wladymir Putin żyje w innym świecie. Świecie zdaje się nie pozwalającym racjonalnie oceniać sytuacji i przebiegu zdarzeń. Dziś bowiem każdy konflikt poprzedza wojna propagandowa, której celem zawsze jest wypranie umysłów zgodnie z określoną ideologią. Aby to sprawdzić wystarczy porównać charakter przekazów w mediach rosyjskich z pozostałymi mediami światowymi. Demagogiczny przekaz o „faszystach ze zgniłego zachodu finansowanych przez amerykańskich imperialistów” jest mową stalinowską znaną z lat pięćdziesiątych. Ten język już był i wszyscy zainteresowani go znają.

Propaganda jest siłą demolującą umysły z racji siły i kanałów komunikacji. Polacy nabrali uzasadnionej nieufności do mediów w latach osiemdziesiątych. Wydaje się, że owa nieufność przeradziła się w zniesmaczenie jakością niektórych newsów. Gra na emocjach, sztuczne dramatyzowanie treści – żołnierze z karabinami i przeloty myśliwców sprzyjają oglądalności. Zapomina się tylko, że tam gdzie jest jakikolwiek zbrojny konflikt nie ma wielu kamer, telefonów i internetu. Wojna nie jest telewizyjnym show ani pokazem grup rekonstrukcyjnych. Wiemy o tym tyle ile nam się powie. Jedynym środkiem jaki może zadziałać są relacje z mediów społecznościowych.

Rosyjski przekaz propagandowy wraca do języka Stalina. Odmraża mit Zachodu jako imperialistycznego zbója czychającego na miłujący pokój naród. To potężna broń w walce o umysły. Słynne goebbelsowskie „kłamstwo powtórzone 1000 razy staje się prawdą” jest stale aktualne. Dziś bowiem powielane jest w milionach komunikatów w social media czy zdjęć z odpowiednim komentarzem. Każdy z nas może stać się mniej lub bardziej skutecznym narzędziem propagandy dzięki swojej aktywności społecznościowej powielając memy, rysunki czy drastyczne zdjęcia pozbawione kontekstu lub komentarza.

Propaganda w walce politycznej jest klasycznym narzędziem manipulacji, w przeciwieństwie do public relations, które jest formą dialogu i budowania wizerunku. Te dwa pojęcia są kompletnie mylone i choć używają tych samych narzędzi ich cele są całkowicie inne. Wojna propagandowa polegajaca na „praniu” umysłów Rosjan w kontekście Majdanu i wolności Ukrainy, trwa od pewnego czasu. Podobna wojna trwa również w Polsce, gdzie linią frontu są klasyczne media mainstreamowe i media określane jako „prawicowe”. Te same fakty otrzymują całkowicie odmienne interpretacje. Natomiast najgrosze jest podważanie wiarygodności organizacji czy instytucji zbierających dane. To bowiem pierwszy krok do życia w innym świecie i całkowicie nowej rzeczywistości. Nagle przyjaciele okazują się być naszymi wrogami. Nagle interpretacja faktów nabiera całkowicie odwrotnych znaczeń. Opowiada o tym genialnie film „Memento” – uwaga, oglądać uważnie i zaakceptować inną narrację.

Obroną przed propagandą są zawsze zróżnicowane źródła, ich niezależność i wiarygodność. Zdecydowanie pomaga chłodna logika. Przeszkadzają emocje. Reportera TVN24 zdającego relację w Doniecku zaczepiają prorosyjscy obywatele z flagą. – Gawaricie prawdu! – wykrzykują, wymachując drzewcem. Przed oczami stoją mi obrazki z Majdanu sprzed kilkunastu dni i dziennikarz rosyjski w bardzo podobnej sytuacji. Padały dokładnie te same słowa.

Szczekacze

Dziennikarka znanej telewizji zaprasza do studia Szczekacza i Profesora. Pytanie jest proste – po co? Zaprośmy dwóch Szczekaczy.

20140109-193516.jpg
Można nawet urządzić ring z kisielem albo olejem i pozwolić widzom wysyłać SMS za 9,99 netto z opcją głosowania. Szczekacz wygra, jestem przekonany. Ale zaproszenie dwóch Profesorów będzie nudne. Jak dojdą do kontrowersji to potrwa to zapewne dłużej niż coelhowskie jedenaście minut, wejdą na poziom bontonów i przytyków na poziomie intelektualnej mezosfery. Popcorn widzowi wystygnie.

Najgorsi są Profesorowie, którzy się ze sobą zgadzają. Nuda, panie. Jak flaki z olejem. A szczekanie? Proste. Pokazujemy paluszek – hau, hau, hau. Dwa paluszki? Hauhauhauhauha! Możemy zabrać delikwentowi misia. Rrrrrrr…. Albo trochę poironizować. Szczekacz będzie ujadał, bo taka jego rola. Profesor przeżyje dziesięć facepalmów. Po wyjściu ze studia użyje słów których nigdy publicznie nie używał. Nie wpadłby nawet na to, że na używanie ich znajdzie powód.

Szczekacz nigdy nie będzie partnerem do rozmowy. Żadnej. Szczekacz nie słucha. Nigdy. Nie analizuje. Nie myśli. Nie zmienia zdania. Nie argumentuje. Szczekacz potrafi tylko jedno. Jest na niego jedyna metoda. Wyłączyć dźwięk i włączyć muzykę. Każdy bez przygotowania potrafi czytać z ust Szczekacza.

Media uwielbiają ostatnio pokazywać Intelektualnie Odmiennych. Albo Zaczadzonych [ patrz: Charakterologicznie Odmienni Zaczadzeni ]. To demoluje owe media. Rozwałkowuje z trudem tworzony wizerunek. Wypłaszcza synapsy. Promuje magiel. Czekam, kiedy na przykład w popularnym programie publistycznym ktoś zaprosi najciekawszych Meneli w Polsce. To może być fascynująca grupa, ze swoistym stylem i własną filozofią życia. Można posadzić Menela ze Szczekaczem. Menel przeżyje zapewne dziesięć facepalmów. Później zapije. Aby zapomnieć. Ale ujadanie zapomina się długo.

W tej konfiguracji chyba wolę słuchać Menela. Podobno czas antenowy w telewizji jest bardzo drogi. Ile kosztuje codzienny, darmowy lans Szczekaczy i Zaczadzonych?

Z dedykacją dla Pani Moniki i jej wspaniałego Bono.

Powyższy wpis jest wyrazem ironii i bezsilności autora wobec jakości komunikacji i narodowej publicystyki mediów szybkich.

Zabójczy jad

Media potrafią zapewnić sławę. Media potrafią zabić. Doprowadzając do wypadku w tunelu Alma w Paryżu w 1997. Robiąc dowcip pewnej pielęgniarce w londyńskim szpitalu. Sugerując stan upojenia alkoholowego na wizji.

20131231-113847.jpg

Doskonałą metaforą mediów jest tolkienowska postać Grimy Smoczego Języka.

Media uzyskując wyjątkową władzę nad kształtowaniem ludzkich poglądów i postrzegania świata, zatraciły w swej megalomanii poczucie odpowiedzialności za wpływ na ludzkie życie. „Dziennikarzami” nazywają się zarówno ci trzymający się podstawowych norm etycznych czy zasad jak i ci, którzy mają je w głębokim poważaniu.

Uprawianie rządu dusz drudzy traktują wyłącznie w wymiarze materialnym. Czytelników i widzów jako masowych przeżuwaczy tabloidalnej papki, dawców gazetowych wpływów i klikaczy newsów.

Jedni chcą swym autorskim stylem opowiadania o świecie – zarobić na miskę ryżu. Drudzy, widzą tylko wielkie miski ryżu i przekroczą wszelkie granice by je przepełnić. To zupełnie inne modele dziennikarstwa. Kreujące inne typy ludzi – odróżniajmy dziennikarzy od pornopismaków. Zacznijmy w końcu to robić.

Krzyczcie. Nie szeptajcie. Krzyczcie głośno. Zmieńcie w końcu prawo.