Wpływy czy manipulacje?

Dwóch moich czytelników zmusiło mnie do napisania tej notki. Stwierdzili, że może i mnie trochę lubią, ale kompletnie się ze mną nie zgadzają. Uwielbiam takie sytuacje. Spór jest zaczynem doskonałej dyskusji. Emocje, które w sporze się pojawiają, są alarmem bojowym dla Twoich synaps. Zakładają hełmy na głowy i w trybie alarmowym atakują nerwy palców, które śmigają po klawiaturze.

kotarbinski-com-blog-o-marketingu-rynkologia-ekonomia-marka-brand-jacek

Czytaj dalej „Wpływy czy manipulacje?”

Kaczka faszerowana kontentem

Dzień był słotny, nic się nie działo, Polsat nadawał kolejny mecz, w TVN24 Kempa z Palikotem przekrzykiwała się ponownie, TVP1 zapewniało, że aura się nie poprawi. Nudy.

20141029-120418.jpg
Odebrałem SMS, byl to tajny kod od znajomego ambasadora, oznaczał, że mam 12 godzin na opuszczenie miejsca, w którym jestem. Zabrałem przygotowany plecaczek, ale nie dojechałem dalej niż do Orłowa, okolice Klifu już blokowały transportery opancerzone.

Była 20:21, gdy najpierw TVN24 wyemitowało na żółtym pasku „militarny paraliż Trójmiasta”, Polsat nie przerwał meczu, TVP1 zaprosiło na relację do TVP Info. Pomiędzy 20:20, a 20:25 czołowi dziennikarze informacyjni otrzymali SMS i maile, z adresem strony www, na której o 20:30 będzie emitowane oświadczenie. Media oszalały i zawyły z radości, słupki oglądalności gwałtownie skoczyły. Pomorze oddzielało się od Polski. Ciąg dalszy historii znajdziesz tutaj.

Reklama natywna jest stara jak kryptoreklama, ale młodsza od public relations. Tyle tylko, że dziś w przesycie wszelkich treści reklamowych, bywa jeszcze jakimś narzędziem skutecznego dotarcia. Skoro 86% Polaków nie cierpi reklam, trudno się dziwić. Natywność treści staje się faktem, ale to dość niebezpieczna gra dla wszystkich. Polak-szarak ma dość specyficzne podejscie do pojęcia „niebezpieczeństwa”. Polega ono na tym, że dopóki nie ma zimnego trupa, to wszystko jest w porządku.
Treści płatne od bezpłatnych były rozdzielane w klasycznych mediach prawie od początku. Z oczywistych powodów – musiały być obiektywne i niezależne. W praktyce wyglądało to różnie, ich wpływ na masy był niebagatelny – wystarczy odpowiedni news, a już za chwilę brak kasy w bankomatach albo towarów w sklepach. A panika jest zaraźliwa i doskonale to widać w historii słuchowiska „Wojna Światów

Ludzie dają się nabierać i będą dawać, to kwestia wiarygodności nadawcy. Jeśli nie będą mu wierzyć, nie będą reagować. Kiedyś zrobiłem eksperyment z myśliwym stojacym ze strzelbą przed wejściem do ciemnej jaskini. Znacie to. Wrzucasz fotkę na fejsa oraz tekst „napisz bam i zobacz co się stanie”. Masa ludzi wpisywała „bam” długo po tym, jak trzykrotnie zakomunikowałem, że to taki żarcik.

Wprowadzanie w błąd, staje sie ostatnio modne na fali pranku i wszelkiej maści wkrętek. Niektóre z nich bywają kosztowne [ Apple w mikrofalowce ].
Bawi to pewnie wszystkich, poza właścicielami telefonów. Wszyscy śmieją się do rozpuku, jacy to idioci. Prawda? Ale wkręcić można każdego, to kwestia metody, a nie inteligencji. Możecie mi uwierzyć na słowo, w naszych warunkach jak mniemam, dopóki nie ma zimnego trupa, można wszystko i śmiać się z idiotów smażących iphona w mikrofalówce?

Poruszamy się po materii manipulacji ludzkimi emocjami, czystej, najwyższej klasy, bo medialnej. A media wpływają błyskawicznie na zachowania mas. Wystarczy, że będą mówić na kogo głosować w wyborach lub nie. Jeśli nadawca informacji jest wiarygodny, ulegamy bardzo szybko. Nie trzeba tego specjalnie udowadniać, wystarczy się zastanowić komu wierzymy w najbliższym otoczeniu. B(v)loger w zależności od własnej kreacji, wpływa na swoich odbiorców, ale nimi nie manipuluje, za wyjątkiem prowokacji artystycznej. To kwestia konwencji. Lubimy dawać się nabierać, jeśli podejrzewamy, że jesteśmy nabierani. Fakt, że najśmieszniejsze jest totalne zaskoczenie. Tylko, że krwawa jatka na scenach teatru, to nie to samo co udająca real, ustawka w centrum miasta.

Treści publikowane w klasycznych mediach, podlegają swoistemu nadzorowi. Zasady oznaczania treści promocyjnych są ustalone. Dziennikarze starają sie rozdzielać treści redakcyjne od marketingowych. Oczywiście praktyka bywa różna, o lobbowaniu nie wspominając. Jak nam się jakaś reklama nie podoba, możemy ja zgłosić do Komisji Etyki Reklamy [ 4,4tys. skarg na polskie reklamy ]. Coraz częściej reagujemy, jeśli czujemy się przekazem manipulowani, obrażani czy zniesmaczani. Różnicę pomiędzy manipulacją, a wywieraniem wpływu opisywałem niejednokrotnie.

W internecie nie ma tych barier. B(v)loger nie podlega prawu medialnemu i może robić co chce i jak chce. Jeśli nie łamie prawa karnego i regulaminu platformy, na której tworzy treść, wszystko mu wolno. Dla marketera, który chce wyróżnić się bardziej, to prawdziwa gratka. Może tworzyć z b(v)logerem dowolne story – szokować, prowokować, manipulować, kłamać, przeklinać czy przedrzeźniać. Nieistotne, czy akcja zakończy sie hejtem, czy cmokaniem z zachwytu – buzz wyniesie świadomość nazwy całkiem wysoko. Mam nadzieję, że przy okazji bada się stosunek emocjonalny do marki. Ale kto najwięcej ryzykuje? Oczywiście – b(v)loger. Czy za kasę zrobi wszystko?

Pierwszym polskim praknsterem był „Dedektyw Inwektyw„. Program trwa od 1996r. czyli cieszy się powodzeniem. Mnie osobiście Tomasz Łysiak początkowo śmieszył, potem intrygował, aż stał się obojętny. Dziś przełączam stację. Podobnie program „Kuba Wojewódzki”, Jestem na etapie obojętności, ale tak to bywa, każdy format medialny kiedyś powszednieje. Z wyłączeniem „Stawki większej niż życie” i „Czterech pancernych”.

Marketer współpracując z b(v)logerem może pozwolić sobie na wyjście poza ramy obowiązującego prawa medialnego, zasad z zakresu kryptoreklamy czy etyki dziennikarskiej. Ale czysta manipulacja jest zawsze niebezpieczna, ponieważ rodzi chęć masowego naśladownictwa w przypadku powodzenia i degraduje najczęściej wiarygodność nadawcy (a nie marki). To bowiem b(v)loger pełni rolę influencera dla swoich odbiorców.

Faszerowanie swoich czytelników lub widzów wyłącznie faktoidami ma sens w jednym przypadku: kiedy Twoim idolem formatu jest „Asz Dziennik”. Wtedy hulaj dusza! Sam kocham być wkręcany przez nich szczególnie, gdy w leadach widać, że to Natemat.pl. Mają chlopaki patent na genialną konwersję nagłówków. Ostatnio z biskupami zakazującymi karmienia piersią, ze względu na podtekst erotyczny.

Tylko to jest tak, że jak idę do teatru na kabaret, to chcę się pośmiać, nawet z siebie. Ale jeśli ktoś po wyjściu z wydarzenia, będzie próbował porwać matce małe dziecko, to w trybie zmechola mogę być grzeczny bardzo skutecznie inaczej. Na tym polega różnica.

Jeżeli manipulujesz swoimi czytelnikami czy widzami, wielu ma prawo to się nie podobać. Zasada Metki – oni czują sie oszukani (nie znaczy, że są oszukiwani naprawdę). B(v)loger może w sytuacjach współpracy z marką, analizować co jest ważniejsze: kasa czy jego wiarygodność? Ma wybór, ale twarz jedną. Sieć nie zapomina i wyciągnie za 10 lat z zakurzonego archiwum. Najczęściej przez przeciwników.

Julio, raczej pilnuj swojego telefonu 😉

Wrabiani w mango

Dziewczyna wzięła szklany pucharek i wrzuciła do środka cztery kostki lodu.

20140507-003544.jpgDopełniła mlekiem i organicznym kefirem z discountu.

Następnie urządzeniem przypominającym pipetę tudzież kroplomierz dodała pięć kropli starannie odmierzonego syropu z mango. Aptekarsko. Pięć kropli. Ni mniej ni więcej. Ozdobiła na koniec szklanicę smętnie wiszącym frędzlem owocu z puszki i podała na tacy. Procedura taka. Osiem złotych. Ni mniej ni więcej. Lód, woda i piana – przyjaciel barmana.

Jesteśmy wrabiani. Na każdym kroku i o każdej porze. Do soku pomarańczowego dodają nam wody. Zamiast oryginalnej wody dają inną wodę. A moje ulubione Martini (nie zawiera lokowania produktu) to nie to samo Martini co z Niemiec. O chemii nawet nie wspomnę. Robią nas w mango w pubach, knajpach, restauracjach i wszelkiej maści przybytkach. Dlaczego? Bo się nie znamy. Ot, zagwozdka.

Kiedyś w eleganckiej knajpie w Zakopanem zamówiłem stek z rekina. Tak, sytuacja była iście absurdalna. Stek? Z rekina? W Zakopcu? Nie pamiętam już powodów owej abberacji. Niemniej rozmowę z kelnerem owszem
– Niech Pan mi powie, jak mam poznać, że jest to stek z rekina? Nigdy w życiu go nie jadłem i nie mam pojęcia jak on smakuje.
– Ależ proszę mi wierzyć na słowo!
– Wie Pan, słowo fajna sprawa, ale czy jakiś rekinologiczny dowód jest dostępny?

I tak w koło Macieju. Jakiż bowiem dowód oryginalności steku z rekina mógłbym dostać w Tatrach? Do dziś wierzę, że jadłem stek z ryby. Rekina nie udowodniono.
Kiedyś w Poznaniu kelner wmawiał mi, że do tatara spożywa się wyłącznie ocet balsamiczny [ Smakiem wzięty z półobrotu] i tylko ostatnie rednecki zamawiają do niego maggi.

Takich sytuacji mamy setki, tysiące, może nawet miliony. Zarabianie pieniędzy bazujących na niewiedzy, nieświadomości klienta, swoiste „cwaniaczenie” na wszelkiej maści sposoby. Wtłaczanie biznesu w ramy kombinacji, manipulacji, a nie wartości dobrego rzemiosła, jakościowego produktu i adekwatnej do tego ceny. „Dobrym” przedsiębiorcą staje się zarabiający na wrabianiu w mango swoich klientów, a nie biznesowej solidności. Dzięki właśnie takim kombinacjom czy gwiazdkach w umowach, dyskusje o marketingu bywają trudne, ponieważ wielu przedsiębiorców oczekuje dostarczania socjotechnicznych narzędzi do typowego wciskania małpie kitu lub maskowania. A jest to dziś wybitnie krótkowzroczne.

Kiedy 27 kwietnia rozmawialiśmy z Pawłem Sito na antenie TOK FM [ posłuchaj ], wróciliśmy do międzywojennej zasady JEEN sformułowanej przez inż. Kazimierza Szpotańskiego – założyciela i dyrektora Fabryki Aparatów Elektrycznych w Warszawie. Skrót oznaczał Jakość – Estetykę – Ekonomiczność – Nowoczesność. Szpotański wprowadzał tę zasadę w życie – opisuję go w Sztuce Rynkologii. Z warsztatu w 1918r. rozwinęła się firma zatrudniająca 1.500 osób po 21 latach. Kupiecka czy rzemieślnicza rzetelność po 1945r. nabrała innych barw. Dziś może warto wracać do podstaw budowania swoistego „gospodarczego szlachectwa” – istoty przedsiębiorczości opierającej się o realne wartości, a nie klasyczne „krojenie naiwnych”.

Szukajmy dobrych wzorców. Punktów odniesienia. Również smakowych. Pierwsze w życiu ślimaki jadłem w uroczej knajpce na Montmarte dzięki zaproszeniu Piotra Moszyńskiego. Wiedział po prostu gdzie są dobre. A jak się robi koktajl z mango? Wrzuca się i miksuje świeże i dojrzałe owoce. Pomijając, że u nas one nie rosną. Może warto wykorzystać inne? Prawdziwe mango widziałem raz w życiu. W Lubljanie na lokalnym targu. Wielkości sporego melona. 10 euro. Sztuka. Wzorzec. Jak metr. Smaku nie zapomina się do końca życia.

Róbmy poduchy

[long note] Melbantka pół nocy siedziała. Płakała. W końcu się wściekła i wymyśliła. Dość wstrętnych jaśków. Zagłówków. Wałków pod głowę. Dzieciom potrzebna jest porządna poduszka. – Róbmy poduchy! – wykrzyknęła o trzeciej nad ranem.

AnimePillowFight7

Lecz odpowiedziało jej wyłącznie echo ścian. Nie zrezygnowała. Z zapałem, chrzęstem, mozołem i bazarowym tupetem poruszyła hasłem „Róbmy Poduchy” połowę mieściny. Któż bowiem całe życie dobrze spał? A to róg poduszki uwierał, kot środek łózka okupował, pies chrapał albo sąsiadka za głośno spuszczała wodę. Na listach kiepsko sypiających, niezadowolonych i wyczulonych na chrapanie – pojawiały się pierwsze autografy. Łapmy na korytarzach zataczających się z niewyspania. Polujmy po kawiarniach. Niech każdy kto spał źle – niech się podpisze. Udało się! I zaczęło dziać! Autografy, wywiady, wizyty w zakładach pracy. Fame, fame, fame. „Róbmy Poduchy” w domu i zagrodzie – tak Melbantka stała się równa wojewodzie. Poducha w każdym domu – jak nie masz poduchy, to kara, punkty karne lub zamiana na areszt. Muszą być poduchy i trzeba to przegłosować. Ale jak ostatecznie wpłynąć na decyzję? Wystarczy wejść na salę głosowań ze słodkim, gaworzącym dzieckiem położonym na wielkiej, różowej podusi.  Bez czapeczki. Któż śmie odmówić takiej małej słodyczy praw do własnej poduchy?

Najbardziej osobliwą córką na Olimpie Marketingu – jest Komunikacja. Piękna, urocza. Ale może być groźna i zła. Poruszać społeczeństwa. Rozwścieczać tłumy. Obalać rządy. Być orędziem pokoju. Ale i wyniszczającej wojny. Złe nastroje  Komunikacji – Socjotechnika i Manipulacja, połączona ze Ściemą – to mieszanka wybuchowa. Zawsze i wszędzie.

Komunikacja działa na emocje. One są jej składnikiem. Kiedy sterujemy nimi na zimno, celowo, kierując się wyłącznie własnym interesem, ukrywając swoje intencje – dochodzimy do Manipulacji. Podejmujemy decyzje ufając drugiej stronie, budujemy obraz jakiegoś stanu rzeczy – nie weryfikując go, a jedynie polegając na czystej wierze, że jest tak a nie inaczej. Dla socjotechników, świadomość przyjmowania czegoś „na wiarę” przez odbiorców – jest sytuacją idealną. Przez kilkadziesiąt lat Polak-szarak miał przyjmować „na wiarę”, że socjalizm jest najlepszym systemem pod słońcem. A kto się z tym nie zgadzał – wiadomo.

Są miliony sposobów wywierania wpływu na nasze emocje. Jednak ludzka dojrzałość, będąca syntezą wiedzy i doświadczenia polega na umiejętności oddzielenia ich od elementów racjonalnych. Ów racjonalizm to akceptacja faktów, z którymi się nie dyskutuje. Fakty są bowiem takie – jakie są. Wystarczy spojrzeć na termometr mierzący temperaturę za oknem. Minus pięć, to minus pięć – choć dla Egipcjanina jest zimno, Eskimos coś powie o upale. To jak postrzegamy jakieś fakty jest czymś zupełnie innym niż nimi samymi. [patrz notki : Kutas frędzlowany, Wtrąbieni w balon]. Jeśli brakuje akceptacji faktów – do rozmawiajmy o metodach ich weryfikacji. Jeśli nie ma akceptacji metod, to albo nie ma o czym rozmawiać, albo należy uzupełnić wiedzę elementarną na ich temat. Inaczej wzajemna komunikacja przypominać będzie naukę latania żab-megalomanów na kursach wieczorowych.

Ostatni tydzień to wyjątkowe lekcje komunikacji społecznej. W pierwszej – reklama środków piorących ukrywana jest natywnie w przekazie społecznym. Nie ma znaczenia, czy był to zabieg celowy czy też nie. Problem w tym, że komentatorzy i krytycy skoncentrowali się na fatalne konstrukcji hasła i samej koszuli. A nie na samej istocie przekazu. Reakcję twórców trafnie i dosadnie podsumowała Kira Ewka Cz.: „- To już taka tradycja polskiego marketingu – jak da się dupy, to się wmawia, że po prostu czytający są za głupi żeby światłą ideę zrozumieć ;))”. Trudno się z tym nie zgodzić. Tajemnicą pozostaje nadal teza, czy wywołanie tego zamieszania było przypadkowe czy całkowicie celowe i zamierzone. Wszak dziś wielu nie przebiera w środkach by zaistnieć medialnie, czego chociażby dowodzą strategie bezpardonowego atakowania osób publicznych, byle wypłynąć na fali powstałego zainteresowania. Stare, że aż nudne.

Trucizną dla społecznej debaty publicznej – jest jej upolitycznienie. Działa jak czad. Niby nic, ale łeb pęka, człowiek jest skołowany lub odchodzi ze świata całkiem nieświadomy. Komunikacja zmienia wtedy swój obraz – przestaje koncentrować się na problemie. Skupia wyłącznie na doraźnym, politycznym interesie. I jest przeraźliwie agresywna.

„Dziecko” w Polsce jest jednym z najsilniejszych archetypów emocjonalnych. Polak-szarak na fioła na punkcie dzieci. Równie  silnymi, emocjonalnymi archetypami były i są nadal pojęcia: „agenta”, „ubeka”, „komucha”, „zdrajcy narodu” czy „kolaboranta władzy”. Używanie ich w debacie publicznej zawsze wywoływało silne emocje. Przypięcie ‚łatki” niszczyło ludziom życie.

Posługiwanie się słowem „dziecko” w kontekście „biedne”, „krzywdzone”, „głodne”, „bite”, „molestowane” – przyciągało zainteresowanie, przyciąga i zapewne przyciągać będzie długo. To całkowicie naturalne. Jednak sprawdza się doskonale jako narzędzie socjotechniki – wejście na sejmową mównicę rodzica z małym, słodkim dzieckiem leżącym i gaworzącym na podusi w celu podkreślenia znaczenia Robienia Poduch, może być postrzegane jak słodki, anielski i wzruszający obrazek rodzinny. Ale również może być starannie zaplanowanym, na zimno i twardo – bezpośrednim instrumentem manipulacji naszymi emocjami.  Nazywa się to Robieniem Wrażenia. Warto pamiętać.

Kiedy potrzeba obiektywnego spojrzenia na jakieś zagadnienie – to zawsze pojawia się jakiś problem. Emocjonalny. Mamy bowiem dziesiątki instytucji spod znaku szkiełka i oka – nazywające się firmami czy instytutami badawczymi. Mamy również setki szacownych gmachów z mądrymi, gadającymi głowami, może czasem przeteoretyzowanymi, ale o bardzo dobrych umiejętnościach analizowania rzeczywistości – wiszą na nich szyldy „uczelnia wyższa”. To są jednostki i organizacje, których nadrzędnym celem jest stawianie hipotez, weryfikacja ich, zgodnie z współczesną wiedzą metodyczną. Kiedy emocjom potrzeba wiedzy – często nie zabierają głosu. Inna sprawa, że kiedy już zabiorą – to dla niektórych liczy się wyłącznie wiara we własny punkt widzenia. A to już jest arogancka megalomania.

Brak akceptacji dla uznanych faktów, pogarda i arogancja wobec nich, manipulacja faktami i emocjami – zyskały dziś określenie „pornografii intelektualnej”. Wymyślony przez @Polityka_pl na TT w wyniku naszej ciekawej konwersacji. Pasuje jak ulał to coraz bardziej irytującej Domowej Wojny Emocjonalnej – tak genialnie sportretowanej w „Dniu Świra”.

W każdym społeczeństwie są najróżniejsze problemy, scysje, wojny, nieporozumienia czy różne koncepcje i rozwiązania. Prawdziwy rozwój polega na tym, że społeczeństwo potrafi o tym rozmawiać i iść dalej – korzystając z dobrodziejstw społecznej Komunikacji. Dziś dzięki narzędziom internetowym – szybkiej, prawie bezpłatnej i powszechnej. Ale brak akceptacji dla faktów, brak uznania dla własnych błędów, buta i mentalność bazarowej przekupki – im głośniej tym lepiej – nigdy do niczego nie doprowadziła.

Znawców problematyki społecznej, zachęcam do analizy jak łatwo dzięki emocjonalnej socjotechnice – znaleźć się w Polsce w centrum zainteresowania mediów. Jak łatwo pozyskać fame, używając wyłącznie prymitywnie prostych sformułowań i treści.  Jak łatwo poprowadzić Polaka-szaraka na barykady, do walki, na szańce – w imię idei pozbawionych racjonalnych podstaw i negatywnie zweryfikowanych naukowo. Hominis est errare, insipientis in errore perseverare.

Nakręcanie emocjonalnego bębenka to sprzyjanie społecznej agresji – bezcelowej, bo nie rozwiązującej niczego. W wielu krajach doskonale o tym wiedzą. To rozwój „pornografii intelektualnej” ogłupiającej ludzi. Kreowanie demonów, które potrafią niszczyć i degradować społeczeństwo. Jednym z filmów opartych na faktach, który o tym opowiada – jest „Hotel Ruanda”. Bardzo polecam.

PS. Celem powyższego wpisu jest przedstawienie wyłącznie mechanizmów manipulacji. Jakiekolwiek sugestie związane z jego upolitycznieniem, będą przeze mnie odrzucane z zasady. Jako doktorant mam obowiązek zachowania obiektywizmu w prezentacji tez naukowych i posiadanej wiedzy, jednocześnie zachowując pełną prywatność własnych, osobistych poglądów.

Kutas frędzlowany

Obowiązkiem każdego porządnego, polskiego szlachcica, była duma ze swego kutasa. Ów bibelot stanowił element naszego stroju narodowego, który ukształtował się w XVI wieku i nosił nazwę żupana. Strój szyto z wełny lub wzorzystego jedwabiu, z szeregiem małych guziczków. Jednym ze ze zdobień był kutas czyli pompon, chwost, coś, co może się huśtać, dyndać, zwisać. Nazwa pochodziła od słowa tureckiego, oznaczającego wisiorek, pędzelek z nici czy frędzel. Nasz narodowy wieszcz pisał „ Woźny pas mu odwiązał, pas słucki, pas lity, przy którym świecą gęste kutasy jak kity ” (Adam Mickiewicz, Pan Tadeusz).

Ale dziś ów frędzlowany kutas nabrał zupełnie innego znaczenia. Zdecydowanie pejoratywnego. I nikt nie wie dlaczego ten drobiazg stał się jednym z silniejszych wulgaryzmów.

Bywają słowa, które z czasem zmieniają swe znaczenie. Język bowiem giętkim jest, a i kultura niestała. Jednym z silnie pejoratywnych używanych w kontekście marketingu jest określenie „manipulacja”. Słowo wywodzące się z łacińskiego „manipulatio” oznaczało „podstęp, fortel”. Czyli wywołanie interakcji drugiej osoby, w sposób przez nas świadomie zaprogramowany, ale równocześnie sprzeczny z jej podstawowym interesem. To tak jak nakłanianie kogoś do przechodzenia na czerwonym świetle oraz wmawianie, że jest to całkiem poprawne i typowe zachowanie.

Obejrzałem chyba wszystkie polskie filmy wojenne wyprodukowane po 1945. Mają jedną, wspólną cechę – są całkowicie nierealistyczne. Nie wierzysz? Obejrzyj „Czterech Pancernych”. Pierwszy obraz wojenny, adekwatny do pewnego realizmu pola walki, wyprodukował Steven Spielberg (1998, Szeregowiec Ryan). Od tego momentu twórcy filmów wojennych starają się trzymać ten poziom. I to już nie są miłe, przygodowe obrazki. Ale czyż cały przemysł filmowy, nie jest wielką manipulacją naszymi emocjami?

Jeden z autorów The Economist napisał kiedyś „każdy żyje ze sprzedawania czegoś„. To istota kapitalizmu, którego polskie dylematy genialnie sportretowano w „Lalce” i „Ziemi obiecanej”. Gdyby tak dobrze się rozejrzeć, to wszyscy próbują nam coś sprzedać. Usługę, produkt, ale najbardziej …swoje idee, przekonania czy poglądy. Każdego dnia, poprzez setki komentarzy, opinii, wpisów internetowych czy treści na blogach wywiera się wpływ na nasze umysły, przekonując do swoich racji. Czy to paranoja? Nie. Coś całkiem normalnego. Na tym polega cud demokracji – każdy z nas ma prawo własnego rozumienia, ukształtowania opinii i przekazywania jej innym. Dziś wiele zależy od tego w jaki sposób będziemy to robić. Mój blog nie jest obiektywny, tylko subiektywny – prezentuje moją perspektywę postrzegania świata. Czy to oznacza, że manipuluję Tobą? Jesteś tu i czytasz ten wpis z własnej woli. Czy jeśli używam różnorodnej argumentacji by bronić swoich tez, popełniam manipulację (pejoratywną)?

Często przy różnych okazjach słyszę czy czytam o „manipulacjach marketingowych”. Trickach i chwytach. Zawsze przypominam, że „trick” to sztuczka prestigitatora, a „chwyt” kojarzy się z zapasami. Ten pierwszy ma sugerować zmuszenie do zakupów podstępem, a ten drugi siłą. Czy próba sprzedawania nam czegoś jest manipulacją? Tak, pod warunkiem, że nie mamy świadomości intencji handlowej. Na przykład, ktoś nas „zaprasza na kawę”, a później każe nam za nią płacić. Ale są miejsca do których się udajemy sami, z własnej i nieprzymuszonej woli, gdzie poddajemy się sztuce wywierania wpływu na nasze portfele. Tym miejscem od zarania dziejów był targ, następnie sklep, a dziś zbiór sklepów czyli centra handlowe. Tutaj trwa mordercza walka producentów o Twoją uwagę, Twoje emocje i Twój portfel. Ta walka, nazywana dziś „shopper marketingiem” dąży do wyboru przez Ciebie konkretnych marek. Jest prowadzona z otwartą przyłbicą. Próba sprzedawania towaru w sklepie, nie jest manipulacją. W przeciwieństwie do próby zawoalowanego handlowania w szkole, kościele czy urzędzie. Natomiast najgorszą formą manipulacji jest uproduktawianie i komercjalizacja relacji międzyludzkich. Coś co jest główną bronią tzw. „marketingu wielopoziomowego”. Pojęcie „sprzedaż” ma również diametralnie odmienne znaczenie. Dla kogoś może oznaczać zestaw oszukańczych działań by wcisnąć towar za wszelką cenę. Ale powiedzcie to drobnemu sprzedawcy detalicznemu obok wielkiego supermarketu, który musi utrzymać rodzinę, Dla którego każdy klient oznacza bochenek chleba …

Czy próba sprzedawania nam czegoś jest manipulacją? A czy próba poderwania dziewczyny nią jest? W sklepie wymiana wartości następuje w relacji towar-pieniądz. Przy podrywaniu dziewczyn, wymiana następuje na poziomie emocjonalnym. Jest też swoistą „transakcją emocji”. Zauważ, gdy mężczyzna w firmie stara się o względy kobiety, to jeśli jej się to nie podoba, może zawsze być posądzony o molestowanie. Ale jeśli jest odwrotnie uznaje się takie zachowanie za typową adorację. Takie same zjawiska, mogą mieć całkowicie odmienne postrzegania. Jak w życiu. Czasem facet dostaje buzi. Albo po buzi.

Wyobraź sobie, że jesteś super-hiper-atrakcyjną dziewczyną na plaży. Chcą Cię poderwać dziesiątki facetów. Mają na dodatek bardzo niewiele czasu. Jak się zachowujesz? Co Cię pociąga? Zainspiruje? Dasz się uwieść? Któremu w końcu ulegniesz? Jeśli to zrozumiesz, to masz świetny potencjał do kreacji i zarządzania markami.

PS. Jeśli jesteś profesjonalistą marketingu i chcesz dowiedzieć się więcej o zachowaniach zakupowych, zapraszam na V edycję Shopper Marketing Congress w czerwcu 2013r. w Warszawie.