Jacek Kotarbiński: Przestajemy widzieć reklamy rozumiane w wymiarze tradycyjnym [NOWY MARKETING]

[NOWY MARKETING] – Już 19  października kolejny Marketer Day – jaka jest w tym roku myśl przewodnia konferencji?

[JACEK KOTARBIŃSK] – Zaangażowanie klientów. To dziś zdecydowanie dominujący trend, w poszukiwaniach zarówno szefów marketingu, a przede wszystkim brand managerów. Chcemy podyskutować o tym, w jaki sposób zachęcać klientów do wzajemnej komunikacji, jakie narzędzia sprzyjają zaangażowaniu, poszukiwaniu ciekawych sposobów czy dzieleniu się najlepszymi praktykami.

CZYTAJ DALEJ >>

Reklamy

Startupy łowią z kanapy

Dawno temu, kiedy nie było jeszcze internetu, wybraliśmy się z ojcem na ryby. Ponieważ miałem niewiele więcej niż dziewięć lat posiadałem najnowocześniejszą wędkę na świecie – zrobioną z żyłki, haczyka, prostego spławika i leszczynowego kija. Zajęliśmy miejsce na pomoście, a po jego przeciwnej stronie pojawiła się grupka zachodnich Niemców czyli z RFN a nie farbowanych z DDR. Jakiż oni mieli sprzęt! Setka spławików, pięć różnych wędek, dwadzieścia typów żyłek, cztery rodzaje siatek, kamizelki w milionem kieszonek i obowiązkowe czapeczki na głowach.

Patrzyli na nas ze swoją erefenowską wyższością i wydymali usta na moją wędkę. Ryba wzięła. Nam, nie im. Potem druga, piąta … dziesiąta. Przy trzeciej erefenowcy poczuli podniecenie. Przy siódmej – wkurzenie, a przy dziesiątej prawdziwa … ich wzięła. Jakoś poprosili ojca, żebyśmy zamienili się miejscami na pomoście. A że Polak rasa gościnna to ulegliśmy. Po kilku minutach złowiliśmy kolejną rybę. W przeciągu 30 minut mieliśmy ich jeszcze 15. Niemcy zagotowali się. Dym szedł im uszami. Pohukując coś o przeklętych Mazurach, oddali się z całym sprzętem z pomostu. Dziś, kiedy wpadła mi do głowy metafora o jeziorach, przypomniała mi się ta historia.

O startupach ostatnio głośno. Organizowana jest spora liczba mniej lub bardziej udanych konferencji, seminariów czy szkoleń. Zakładanie firm nowych technologii zaczyna być wręcz wyznacznikiem mody czy trendu. Dyskusje startupowe oscylują wokół nowych, internetowych narzędzi, wymyślanych rozwiązaniach informatycznych, grach czy oprogramowaniu mobilnym, wykorzystywaniu najnowszych aplikacji itd. Niewiele miejsca przeznacza się na tworzenie rynku, modele biznesowe i marketingowe, potencjał sprzedaży czy budowanie relacji i lojalności. Podobnie jak na początku XX wieku, firmy koncentrowały się przede wszystkim na własnych produktach, a nie tworzeniu rynku lub rozwiązywaniu określonych problemów klientów poprzez dostarczaniem im określonych korzyści. Tak, to typowa „orientacja produkcyjna”.

Jeśli przyjąć semantykę wędkarską – to wędki i całe wyposażenie jest właśnie owym startupowym produktem informatycznym. A jezioro, rynkiem w którym pływają mniejsze lub większe ryby – klienci.

Przyjmując tę metaforę można pokusić się o kilka konkluzji:

  • Jeżeli nie będziesz dbać o jezioro (małe lub duże) to szybko zamuleje i zarośnie. Nie ma biznesów, które będą nakręcać się „same z siebie”.
  • Sztuka łowienia ryb, to sztuka ich zanęcania – wie to każdy wedkarz. Taką „koncepcją zanęty” jest rozwijający się tzw. inbound marketing – tworzysz rynki świadomych klientów, którzy mają świadomość jaka potrzebe zaspokajają. Nie uprawiasz hard sellingu, bo coraz więcej firm jest na to odpornych.
  • Nie poławiaj na chama młodego narybku. Pozwój mu dorosnąć. Nie wciskaj klientowi produktu, jeśli on (klient) nie jest jeszcze na to gotowy. Edukuj, wyjaśniaj, okaż cierpliwość. To będzie procentować. Ale uważaj – wyrośnięta rybka, to łakomy kąsek dla konkurencji. Może Ci zabrać tego klienta szybciej niż się obejrzysz.
  • Nie łów ryby na truskawki, które Ty uwielbiasz. Ryby łowi się na coś innego i nie zawsze jest to to, za czym przepadasz. Nie opowiadaj jak nawiedzony godzinami o swoim oprogramowaniu czy aplikacji. Opowiedz o korzyściach, jakie będzie miał z tego Twój klient.
  • Czasami leszczynowy kij wystarczy niż cały pęk wypasionych wędek. Prostota, użyteczność czy wręcz skromność rozwiązań przy naturalnej prostocie, może być dla Twojego biznesu optymalna. Ludzie nie chcą wodotrysków, przynajmniej na początku.
  • To, że macie dziesięć wędek, piętnaście podbieraków i kamizelkę z milionem kieszonek – nie interesuje żadnych ryb. Twój produkt i firma nie interesuje nikogo. Rybę interesuje wyłącznie tłusty robak dyndający na haczyku. Twoi klienci chcą przede wszystkim rozwiązać swój problem lub zaspokoić konkretną potrzebę.
  • Nie próbuj przekonywać na siłę, że każda ryba kocha truskawki. Żadna ryba w to nie uwierzy. Jeśli chcesz się przekonać – zrób film z rybami pałaszującymi truskawki i wrzuć go na YT.
  • Wielu właścicieli jezior czyli posiadaczy swoich rynków i grup klientów, często robią wzajemne alianse. Ale co zrobić, jeśli tego jeziora jeszcze nie masz ? Stwórz wartość, która będzie je równoważyć.
  • Brudne i zamulone jeziora nie są dobrym polem dla ryb. Najszlachetniejsze gatunki kochają przejrzysta wodę. Jakkolwiek to zabawnie zabrzmi w Twoich uszach – etyka biznesu jest jedną z ważnych składowych wartości Twojej marki. Nawet jeśli to słowo głośno nie pada.
  • Żyjesz i płacisz rachunki z biznesu jeziornego, a nie z oglądania pięknych widoczków. Twoja działalność musi się monetyzować i zarabiac na siebie. Chyba, że masz zamożnych sponsorów, finansujących Twoje hobby hodowli ryb i wolą oglądać piękne widoczki. Wtedy gratuluję, tez bym tak chciał 🙂

Drogie startupy, kreujcie własne rynki i twórzcie jeziora.

Z dedykacją dla studentów Uniwersytetu Gdańskiego, z którymi miałem przyjemność dziś mieć zajęcia.

I na deser, czyli skąd wziął się tytuł tego wpisu.

Mokra robota na wizji

Finał America`s Got Talent (AGT). Walka o million dolarów. Studio wypełnione po brzegi. Szalejący tłum. Na scenę wchodzi nieduża postać. Ubrana w czarny surdut, duże buty. Na głowie czarny melonik. W ręku drewniana laska. Artysta daje wspaniałe show pantomimiczne. Porusza się po scenie specyficznym, kaczym chodem. Koniec ! Kurtyna!

Publiczność szaleje i wstaje z miejsc. Sharon Osbourne spada z krzesła. Howie Mandel wyje z zachwytu. Howard Stern płacze jak bóbr. Nick Cannon nie może wyjść z wrażenia i lekko rapując pyta: – Świetny występ! Jestem pod wrażeniem. Skąd ten pomysł? – Ach, sama wpadłam na niego dwa tygodnie temu – odpowiada artystka trzepocząc rzęsami. – Pomyślałam, że postać w czarnym meloniku, z laseczką i krocząca kaczym chodem będzie zabawna. Cieszę się, że spowodował wam się moja postać. Publika milknie. Zapada idealna cisza. Troje par oczu wszystkich członków jury przyjmuje kształt latających spodków. Gdzieś z tyłu w absolutnej ciszy dobiega piskliwe słowo zaczynające się na „f”.

Lubisz jak ktoś kradnie Twoje pomysły? Na dodatek podając je potem jako własne? Ja również nie. Inspiracja bowiem inspiracją – warto podkreślać czym się inspirujesz. Ale ściąganie i swoiste „Rżnięcie Mistrzów” to drugie. Przykłady? Jest ich aż nadto. Apple od dawna procesuje się z Samsungiem kto, kogo i gdzie. Promowany w mediach konkurs „Zwykły Bohater”, którego mecenasem jest Bank BPH, to kopia konkursu „Cichy Bohater” , wymyślonego przez Echo Miasta w 2006r., po tragicznym zawaleniu się hal targowych w Katowicach. W tym kontekście, hasło „Zwykłego Bohatera” brzmiące „po prostu fair” jest odrobinę kontrowersyjne. Kiedy mój autorski pomysł na Bareizmy wiecznie żywe, przekroczył 20tys. lajków, pojawiło się kilku „przedsiębiorczych” tworząc własne, bliźniaczo brzmiące strony, rozpoczynając je od kradzionych z serwisu zdjęć. Ktoś powie, że dziś to normalne. Niezupełnie i nie do końca. Każdy pomysł to ryzyko. Naśladowcy czy kopiści nie interesują się projektami-porażkami, tylko sukcesami. Niestety w Polsce skala żerowania na kapitale intelektualnym innych jest bardzo duża. Szczególnie w sferze polskiego marketing services, zjawisko przybrało wręcz formę ostrej dżumy.

Programy typu talent shows na świecie, mają jedną zasadniczą regułę – prezentujesz swój talent w sensie pomysłu i jego wykonania. Możesz oczywiście adaptować czyjś pomysł, aranżować utwór muzyczny, piosenkę czy występ, ale wtedy podkreślasz kto jest autorem. Z szacunku do tego kto to wymyślił. Wykonawców mogą być setki. Ale pomysł ma najczęściej jedną matkę lub ojca. Inaczej ryzykujesz posądzeniem o plagiat. Szczególnie, gdy wykonujesz utwór spektakularny, uznany za jakieś wydarzenie. W mojej ocenie kopiści pomysłów to przede wszystkim intelektualne pasożyty. A z wszelkiej maści pasożytami można robić tylko jedno.

W jednej z polskich edycji Mam Talent pojawił się „patenciarz”. Trafił do finału. Sugerując, że idea jest jego pomysłem. Też tak uważałem. Do momentu, gdy w okolicach Duomo w Mediolanie, zobaczyłem kilkunastu najróżniejszych „patenciarzy” wykorzystujących tę ideę. Przypadek? Nie sądzę. Z drugiej strony jestem w stanie zrozumieć człowieka, który widzi gdzieś ciekawy występ i próbuje na jego podstawie zrobić własny show. Zrozumieć tak, ale nie akceptować. Niech o tym powie – zobaczyłem, zainspirowałem się. Skąd biorą często swoje pomysły genialni showmani? Z głowy? Chciałbym w to wierzyć. Najprawdopodobniej biorą je z przepastnych otchłani You Tube.

Wczoraj w programie Mam Talent w programie TVN, występ półfinałowy oraz rozmowa z prowadzącymi (początek: 1:05) wyglądała w następujący sposób:

MT vs. CdS from Jacek Kotarbiński on Vimeo.

Wydawało mi się, że producenci programu rozrywkowego, mają świadomość istnienia światowych ikon rozrywki, a do takich należy Cirques du Soleil. W Polsce znajomość CdS jest marna (co w sensie rozpoznawalności wartościowych marek niestety nie jest niczym szczególnym). Pisałem o tym w kontekście występów w naszym kraju – „Wyprane słońce”.

Jeśli do finału jednego z największych programów rozrywkowych w Polsce, wchodzi osoba kopiująca jedną ze światowych ikon rozrywki, sugerując że jest to jej pomysł – to coś tu nie gra. Jury MT nie musi znać CdS. Ale wypadałoby, aby producent miał tego świadomość. Wydaje się że TVN jest zbyt wartościową marką, by pozwalać sobie – parafrazując Bogdana Łazukę (Chłopaki nie płaczą) – „puszczać brzydkie bąki”. Potencjalna wygrana kopii występu CdS i prezentowanie jej w mediach jako autorski pomysł byłoby dość żenującym skandalem. Kompromitacją zarówno stacji TVN jak i samej uczestniczki.

Na razie TVN pozwoliła sobie na nie zamieszczenie na stronach programu, mojego komentarza z uwagą iż ten występ jest swoistym plagiatem. Pozostawiam bez komentarza.

Ciekaw jestem, czy w finale konkursu Mam Talent w Polsce będziemy mieli do czynienia z Wielką Artystką czy po prostu Pospolitą Manierystką.

Poniżej występ CdS i innych wykonawców z konceptem Water Ball. Indywidualną ocenę i porównanie pozostawiam czytelnikom.

Przyłożyć „ryj” do produktu */

Utytłany w błocie i psich odchodach, przekonywał energicznie właściciela hodowli o zbawieniu wszystkich psów i kotów tego świata dzięki jego karmie. Hodowca nie słysząc szumu anielskich skrzydeł, przyglądał się z niedowierzaniem, ponieważ nigdy jego biznes nie miał choćby pierwiastka boskości. Ów brak wiary wyrażany był poprzez ręce w kieszeniach, teksańską postawę szeryfa i przeżuwanie zapałki w ustach, która zresztą po chwili z nich wypadła. Gdy tylko sprzedawca wymienił cenę. Trzykrotnie wyższą od rynkowej. W chwili gdy gospodarz  rozglądał się za pożegnalnymi widłami, z zaparkowanego nieopodal auta wybiegły dwa psy. Ich wygląd wstrząsnął, choć nie zmieszał hodowcą. – Nazywam się Iams – powiedział sprzedawca, wręczając swoją wizytówkę – Paul Iams.

W połowie lat osiemdziesiątych, większość właścicieli psów zadowalała się kupowaniem supermarketowego jedzenia dla swoich pupili. Ale to Paul Iams przekonał ich, żeby zapłacili trzykrotnie więcej za torbę marki Iams lub Eukanuba. Iams miał prostą filozofię – ludzie zapłacą więcej za lepszy produkt jeśli uwierzą, że podnosi on poziom życia ulubionych zwierząt. I zrobił to. Dzięki badaniom i eksperymentom z bogatym w tłuszcz i białko pożywieniem tysiącom spotkań z hodowcami, stworzył markę wysokiej półki. Stal się prekursorem segregacji pokarmu w zależności od stylu i etapu życia zwierzęcia. Dziś marki Iams i Eukanuba należą do najbardziej szanowanych w tej kategorii produktów. Tom MacLeod mawiał: „znacznie łatwiej jest zaangażować paru absolwentów MBA z Harvardu lub chłopaków z Proctera, dać im budżet w wysokości 50mln dolarów, iść do Saatchi&Saatchi i już mieć gotową strategię marketingową. Każdy może to zrobić. Nie każdego natomiast stać, żeby pójść do hodowcy, utytłać się po kostki w odchodach i rozmawiać z ich właścicielem o nawracaniu jego klientów na Iams. To ciężki kawałek chleba”.

Inna historia. Podobno słynne rogaliki croissant, zostały wymyślone przez polskiego szlachcica, Jerzego Franciszka Kulczyckiego. Namówił on właściciela wiedeńskiej piekarni, Petera Wendela, do wypieku bułeczek w kształcie półksiężyca, by upamiętnić  zwycięstwo nad wojskiem tureckim w 1683r., a pierwszy oficjalny przepis na ich wypiek pochodzi z 1839r. Ale któż o tym pamięta? Pałaszujemy na śniadanie croissanty, nie mając nawet świadomości ich niezwykłej historii. Przyrównując je pewnie do bawarskich bułeczek, które przed Euro 2012 zostały nazwane w sieci Lidl „bułkami piłkarskimi”, a po zakończeniu imprezy, wróciły do starej nazwy. A które też mają swoją opowieść.

Tego typu historii powstawania marek spotkać można mnóstwo. Te prawdziwe, cieszące się dziś wielką estymą i szacunkiem, powstawały najczęściej z pasji i zapału ich właścicieli.  Potrzebowały również czasu, by zdobyć zaufanie klientów. Dzięki połączeniu czasem całkowicie odmiennych idei, innowacji, inspiracji. Coco Chanel, James Dyson, Steve Jobes, Paul Iams, Richard Teerlink, Jeff Bezos, Herb Kelleher.  Clyde Fessler z Harley-Davidson mawiał:  „skręćmy w lewo, kiedy konkurencja idzie w prawo. Bądźmy inni i róbmy to, czego inni nie będą mogli robić”. Ta reguła stała się ich strategią.

Pasja jak i wartość marki nie może być pozorna. W marketingu, jak w sprawach damsko-męskich, nie da się udawać namiętności. Prawo #15.

Rozwój globalizacji, uruchomienie Wielkiej Chińskiej Fabryki wywołał między innymi przyrost w postępie geometrycznym znaków towarowych (trademarks), szumnie nazywanych przez wielu markami. Nie niosącymi za sobą absolutnie nic – z punktu widzenia wartości, filozofii biznesu czy konceptu właściciela. Pomysłem na markę, miał być „produkt + ryj” czyli przyłożona, znana twarz celebryty. I cała sprzedaż oraz oczywiście wyższa marża, miała być realizowana wyłącznie w oparciu o niego.

Chciałbym być dobrze zrozumiany. Nie chodzi o pojęcie „ambasadora marki”, który wynajmuje własną twarz do promowania firmy. Ani o gwiazdy ubierające się w ciuchy znanych projektantów, które następnie kopiują masowo sieci odzieżowe. Chodzi o przykładanie swojej twarzy do przeciętnej klasy produktów, które absolutnie niczym nie wyróżniają się spośród innych. Nie mają ani unikatowego designu, ani specjalnych właściwości. Uzasadnieniem dla wyższej niż przeciętna ceny, ma być wyłącznie „przyspawane” do nich  imię i nazwisko znanej osoby. To swoisty, brandingowy prymitywizm, graniczący z redneck marketingiem. Bazujący na bardzo prostym mechanizmie manipulacji – skoro „ryj” używa, to znaczy, że jest to dobre i wartościowe. Przypomina to jedną z moich ulubionych metafor, że w Polsce wyłącznie dobre jest to, co zostanie wywiezione do USA. Jeśli wróci i będzie dobre, to znaczy że to wtedy jest naprawdę dobre…

Brand to jednak coś więcej niż zwykły trademark.  Marka osobista z kolei jest czymś więcej ( a może nawet wręcz czymś innym) niż prosty, nachalny autolans, wypływający ze wszystkich kanałów komunikacji, a który wiadrami wylewa się z mediów społecznościowych, niszcząc podstawy merytorycznych dyskusji. Rynek przeraźliwie głośno gdakających kur się kończy. Wydaje się, że zaczyna mieć znaczenie gdakanie umiejętne (bo wszystko dookoła jest jednym, wielkim kurzym jazgotem) oraz składanie odpowiedniej wielkości jaj.

Prawdziwa marka to unikatowa wartość niematerialna. Wyrażona nie tyle sygnowaniem jej wyłącznie przez znaną z telewizji buźkę, ale indywidualnymi, charakterystycznymi cechami. W zasadzie prawie każdy produkt da się dziś łatwo skopiować. Z realną wartością marki, nie jest to już takie proste. Dziś pospolite, sezonowe trademarki podobne do Hannah Montana czy Justina Biebera, zalewają kosze wyprzedaży. Ale Diddl trzyma się mocno.

*/ ryj – to pogardliwe określenie celebryty, wyrażane przez paparazzi i dziennikarzy tabloidów. Źródło: Wyznania paparata, Polityka, 2009

Wzlot nielota Felixa

Tommy Fox przez wiele lat miał świetnie oglądany talk show. Ale ten czas minął. Kiedy oglądalność spadła na łeb i szyję, producent programu wezwał go do siebie, milczącym gestem pokazał kilka cyfr. – Nie ma zmiłuj stary – powiedział – albo coś robisz, albo wypadasz. Takie życie. Tommy wieczorem w wejściu na żywo zaapelował do swoich widzów.  –Kochani. Dziś po południu zobaczyłem cyfry. Nie mam żalu do was, bo akurat mnie oglądacie. Ale dziś, na żywo, pokażę wam się na końcu programu w samych skarpetkach. Tweetujcie, wrzucajcie na walle, pinterestujcie, dzwońcie i mailujcie wszędzie. To jedyna taka okazja. Internetowo-telewizyjny lud drgnął.

W poniedziałek wysłuchałem z uwagą ciekawej debaty o tabloidyzacji telewizji oraz poszukiwaniu sposobów na jej ograniczenie. Wiele w niej było prawdy, choć zabrakło wśród gości przedstawicieli marketerów czyli nomen omen – finansujących media prywatne oraz w dużej mierze media publiczne. Być może głos odpowiedzialnych za miliony złotych inwestowanych w ATL byłby również w tej dyskusji ważny. Zaskoczyło mnie myślenie kategoriami „misja” (dobre) i „komercja” (złe). Tak to przynajmniej odebrałem. Zaskakujące jest, jak bardzo po 22 latach gospodarki wolnorynkowej wciąż w wielu tkwi przeświadczenie, że „komercja” czyli zarabianie pieniędzy na programach, może być czymś hm … niewygodnym, nieetycznym. Wydaje się, że wielu w tym słowie widzi nadal opasłego kapitalistę w czarnym meloniku, który z cynicznym uśmieszkiem i cygarem w ustach, pogania pejczem uręczonych niewolników. Są i tacy. Jest ich wielu. Ale osobiście wolę widzieć miliony małych i średnich przedsiębiorców zarabiających na codzienny chleb, czy korporacje rozwijające ludzi i dające zatrudnienie, o coraz częstszym dzieleniu się swoim bogactwem nie wspominając. To ostatnie na świecie zaczyna należeć do dobrego tonu.

Jednym z kluczy napędzających media czy komercyjne czy też nie – jest wzajemna konkurencja. W rodzimym grajdołku przypomina to często sytuację zakupu formatu przez stację X i jej twórczą adaptację przez stację Y. Jakoś się kręci.

Format to taki diabelski wynalazek, który dzięki doświadczeniom innych krajów, ma napędzać oglądalność. Pytanie brzmi, gdzie są polskie pomysły godne Europy? Polskim formatem unowocześnionego „Zwierzyńca” z osobowością godną ś.p. Michała Sumińskiego, moglibyśmy próbować pobić te wszystkie HD produkcje klasy BBC. A programy popularnonaukowe? Każdy Galileo zbladłby przy dyskusjach duetu Kurek i Kamiński, jeśli ktoś jeszcze pamięta Sondę. Ci ostatni niejednokrotnie powtarzali, jak niskim kosztem tworzone są ich programy. Resentymenty? Być może, ale wymyśleć Masterchefa czy Taniec z Gwiazdami? To banał. Wymyślcie sposób na komercyjny projekt z misją. Niski koszt stworzenia ? Wysoka wartość (misja)? Atrakcyjność dla widza (komercja, oglądalność)? Przypomina to podstawową kanwę wartości w strategii błękitnego oceanu. Zainteresowanych odsyłam po Wiedzę.

Kanwę wartości, trzeba również wypromować. Sztuka „Boska” transmitowana z teatru przez Telewizję Polską, przyciągnęła 2,7 mln widzów. Wynik iście boski. Zamiast ściągać ze świata formaty na tony, może czas zacząć eksperymentować ? Nie chodzi o teatr. Tworząc programy, które będą miały charakter dobrej jakości show,  broniły wartością, a z drugiej nie nadawały się typowo na kanał tematyczny.

Za wszystkim stoją sponsorzy czyli marketer z firmowymi pieniędzmi. Oto mamy wczorajszą transmisję projektu Stratos. TVN24 nadaje relację od godziny 14:00. Oglądalność rośnie dwukrotnie. Chwile pełne napięcia. Nawet premier się cieszy, bo więcej ludzi ogląda jego wystąpienie. Widzowie czekają, czekają, czekają. TVN24 utrzymuje wciąż widza w napięciu. Dyskusje popularnonaukowe, infografiki, goście, wejścia na żywo. I co ? Nawet jednej reklamy Red Bulla. Nawet żadnego Turbodymomana, żartującego sobie z tego skoku. O Jacku Norrisie, który z półobrotu wykopałby bohaterskiego Austriaka na orbitę nie wspomnę. Nawet Król Julian, Mały Głód czy choćby Henio się nie pojawił. Żaden, podkreślam – żaden z szefów marketingu nie wykorzystał tego wydarzenia, żeby dookoła stworzyć swój własny content.  Marketerze! Gdyby to był event Wyborowej, to obowiązkowo w aliansie z sokiem Tymbark i Krakowską Suchą. Tak działa mózg. Akceptuje powiązanie treści przekazu, z oglądanym przekazem reklamowym. To abecadło komunikacji.

Naród czekał do 19:20 (na 19:30 zaplanowano start). Oglądalność poszybowała …CZTEROKROTNIE. By naturalnie, po odwołaniu startu, w przeciągu godziny, spaść do typowego w tym paśmie poziomu. Był event? Był. Komercyjno-misyjny? W pewnym sensie tak. Czy którykolwiek z marketerów go wykorzystał? Nie. Coś sobie spłoszyli – parafrazując frazę z pewnego filmu.

Ten wzlot nielota Felixa, miał w sobie wszystkie cechy widowiska na żywo, ale nikt z marketerów nie użył szarych komórek, by twórczo przekuć je na interakcję z widzem.  Był jak odpowiedź na poniedziałkową debatę w telewizji. Pokazywał: przyszłością wydarzeń live, jest właśnie taka formuła przekazu. Telewizje informacyjne, streaming, social media, komentarze i wszędzie kamery HD transmitujące obraz. I prawie (podkreślam: prawie) każdy dźwięk z wnętrza kabiny.

Dziś coraz więcej wydarzeń to wydarzenia medialne. Nawet jeśli tworzone są przez trzy włączone iphony. Wszystko jest kwestią zainteresowania widzów i wartości przekazu.  Zapatrzonym w słupki brakuje podejścia  jakościowego, a nie ilościowego na kwestię oglądalności. Dziś inny widz, to również inna siła nabywcza. Telemetria wskazuje ilość i demografię tyle że coraz częściej marketer szuka odpowiedzi na pytanie, czy jego reklamę lub sponsoring ogląda rzeczywiście jego potencjalny klient. Segmenting-Targeting-Positioning kłania się państwu w całej okazałości.

Masowy, telewizyjny widz skończył się w momencie rozkwitu stacji tematycznych i internetu. To problem dla mainstreamowych stacji, bo muszą szukać sposobów na przetrwanie. Patrzcie na widza jakościowo, a nie ilościowo. Rozmawiajcie z marketerami i wspólnie planujcie pozaschematyczne projekty. Felix wczoraj nie skoczył. Ale może udać mu się jutro.

I jeszcze drobiazg. Kiedy piszę tę notkę, TVP2 emituje genialny film „Mammamia”. Nowoczesna formuła musicalu. Świetna obsada, piosenki. Kinowy hit. Ktoś, kto decydował o jego emisji, zapomniał o skali rozumienia języka angielskiego przez Polaków. Teksty Abby są kluczowym uzupełnieniem tego co się dzieje na ekranie. Drobiazg? Niezupełnie. Choć wskazuje na pewne zjawisko. Przeciętny, polski widz nie doceni w pełni wartości tego filmu. Ktoś po prostu bardzo wielu ludziom, dla których język Szekspira nie jest ojczystym, zrobił tu przykrego psikusa.

Ach, byłbym zapomniał co z Tommym Foxem. Oczywiście nie wystąpił w samych skarpetkach. Producent się nie zgodził. Ale podobno oglądalność skoczyła razy dziesięć. Nie zakończyło się to żadnymi retorsjami, bo emisję programu zakończono. Dziś Tommy ma spokojną i świetnie opłacaną posadę szefa public relations w obrzydliwie bogatym koncernie farmaceutycznym. I nadal rozdaje autografy na gołych pośladkach piszczących fanek.

PS. Dobrym Duchom dziękuję. One wiedzą za co:)