Warto jeździć pod prądem.

Zielony SAM wygląda sympatycznie. Łypie zielonymi oczkami, przypomina zabawkę i jest przeraźliwie mały. Zastanawiam się, jakby wyglądało bliskie spotkanie z tirem na słynnej „siódemce” Warszawa-Gdańsk. I jestem pełen obaw.

Jarosław Olechowski w bardzo ciekawy sposób opisuje rozwój rynku aut elektrycznych [Newsweek 26.7.2009 str. 44 „Jazda pod prądem”].

O ile wizja wartego miliardy dolarów rynku jest fantastyczna, o tyle trochę niewiele w niej tzw.” marketingowegu punktu widzenia”. Czytaj: punktu widzenia klienta. Autor z wyjątkową rzetelnością opisuje ten rynek ze strony dostawcy oraz organizacji wspierających finansowanie badań. Ale czy potrafił odpowiedzieć na podstawowe pytanie: kto będzie klientem tego rynku i w jakim stopniu się zaangażuje.

Spróbuję odnieść się do kilku prezentowanych tez:

Teza 1
„Podróż z Warszawy do Gdańska za 10 zł.”

Jeśli autem jadącym z prędkością max. 90 km/h ( czytaj – średnia prędkość 40-50 km/h) – pokonam 400 km przez 9 godzin z kawałkiem … . Zasięg 100km oznacza czterokrotne ładowanie. Niezbyt miła perspektywa. Przy aucie za 60 tys. zł. moje uwarunkowania ekologiczne mogą runąć z kretesem, szczególnie podczas wyprzedania przez co leciwsze maluchy i wozy konne. Poprawienie osiągów ? To wszystko oczywiście oznacza wzrost zużycia źródeł zasilania, zmniejszanie wagi itp. Wspomagające systemy fotowoltaiczne ? Jest to jakieś rozwiązanie – pytanie o sprawność, koszty itp.

Konkluzja: nie jestem pewny na ile istniejące rozwiązanie ma szansę wyjść poza istotę ciekawostki technologicznej i gadżetu dla fanatyków.

Teza 2
Pomysł w Szwajcarii nie chwycił.

Próba implementacji SAMa w Szwajcarii nie powiodła się. Według autora artykułu, przegrał ze skuterami i rowerami. Jednak mnie osobiście nie daje spokoju dręcząca myśl o złym pozycjonowaniu… Nie znam żadnych wyników badań ani danych dotyczących tego przypadku. Jednakże moim skromnym zdaniem, jeśli pozycjonowano SAMa jako KONKURENCJĘ dla powyższych środków transportu – to o porażkę wcale nie było trudno. Budowanie w związku z tym tezy, iż „pomysł nie chwycił” wydaje się zbyt daleko idącym uproszczeniem. SAM jest rewelacyjnym konceptem auta. Podkreślam AUTA, a nie roweru czy motoroweru. W umyśle potencjalnych klientów powinno się tym samym pojawić odpowiednie skojarzenie.

Konkluzja: być może klienci nie odrzucili pomysłu tylko został on źle sprzedany ?

Teza 3
Oryginalny design (SAMa) ma skusić młodych, zamożnych konsumentów.

Eksperci twierdzą (jacy ? ), że „pomysł może chwycić. cyt. „młodzi Polacy jak mało kto w Europie złaknieni są takich gadżetów”. Pięknie powiedziane. Ale jakoś mam dziwne przeczucie, że „gadżet za 60tys.” nie będzie artykułem pierwszej potrzeby młodych i zamożnych konsumentów. Podobnym „gadżetem” miał być Smart. Miał … Warto może podyskutować o FUNKCJONALNOŚCI auta, a nie gadżetomanii. Mody młodzieżowe jeżdżą na niezmiernie pstrych koniach. Gdyby SAM był elektrycznym quadem albo motocyklem – to kto wie … Ale obawiam się, że we wspomnianym segmencie cenowym, ilość alternatyw dla zamożnego konsumenta jest na tyle duża, że można mieć pewne wątpliwości.

Design jest fajną rzeczą. Ale chciałbym jeszcze zobaczyć testy zderzeniowe tego autka ( chyba, że nie będzie przeznaczone do użytku na drogach publicznych).

Konkluzja: design, ekonomia i ekologia to fajna rzecz, ale bezpieczeństwo jazdy jest ważniejsze

Teza 4
Lubimy się chwalić technologicznymi nowinkami. Szpanuje prawie co czwarty z nas.

Trochę mnie to rozbawiło. Opisywane w artykule badania, dotyczą raczej ogólnodostępnych gadżetów dla tzw. klasy średniej. A nie aut – nawet traktowanych jak gadżet. Motocykle Harley Davidson, nowa wersja Garbusa – to przede wszystkim „legendy”, a nie gadżety.

Dla niektórych szpan to ważna rzecz, ale wyłącznie wtedy gdy dotyczy nowej komórki, laptopa czy kreacji. Autko – jakkolwiek kultowe by nie było, ocenia się jeszcze w kontekście bezpieczeństwa, komfortu, stabilności jazdy i paru innych czynników. Porównanie iPhona z SAMem uważam za pewne nieporozumienie.

Konkluzja: iPhone to jednak nie samochód

Teza 5
Można skłonić młodych ludzi do zakupu, poprzez model formę finansowania źródła zasilania.

Pomysł jest bardzo ciekawy. Nie ukrywam, że ciekaw jestem jak rozwiązują sprawę prawnicy firm ubezpieczeniowych ( np. z auta ginie wyłącznie akumulator). Ale nawet jeśli relacja finansowania będzie 50/50, to podobne formuły stosują normalne firmy samochodowe i nie jest to niczym unikatowym. Najprostszy leasing dotyczy relacji 80/20 (20% opłaty wstępnej, 80% finansowania). A czy firma leasinguje akumulator, karoserie czy opony nie ma istotniejszego znaczenia. Bez względu na formułę, ktoś i tak musi pokryć koszty wytwarzania i tutaj cudów nie ma. Wydaje się, że koszty będą i tak zbliżone do klasycznych kosztów leasingu. Chyba, że producent akumulatorów ma wyjątkowo płynne aktywa 🙂

Konkluzja: to inwestycja jak każda inna – bez względu na formułę finansowania, inwestorzy i tak muszą osiągnąć swoje zyski, a producent pokryć koszty wytwarzania. Sztuk nie ma 🙂 Mamienie „autkiem za złotówkę” niczym telefony komórkowe, jest pewną przesadą. Chyba, że mówimy o ok. 1.700 zł. miesięcznej autoraty + odsetki od kapitału w okolicach 20% 🙂

Teza 6
W Polsce powstaną pierwsze stacje ładowania.

To miłe, że Unia dotuje takie przedsięwzięcia :)) Pozostaje wiara, że będzie rzeczywiście CO do nich podłączyć. 23 mln zł. na 140 punktów ładowania to już coś. Jednak ciekaw jestem ile samochodów rocznie będzie obsługiwana we wspomnianych punktach ? W tekście nie ma informacji ile dziś jeździ elektrycznych aut po naszych drogach. Wyłączając auta hybrydowe. Ile BYDe6 planuje sprzedaż w Polsce importer ? I czy na pewno w Warszawie, Krakowie, Katowicach, Sopocie i Mielcu. BYDe6 ma kosztować prawie 90tys. Porównywanie go z Toyotą Prius … hm … Może najpierw wróćmy do tych testów :). Nie umniejszając chińskiemu koncernowi BYD, ale to że posiada on olbrzymie doświadczenie w produkcji akumulatorów, nie oznacza olbrzymiego doświadczenia w produkcji samochodów … To jednak drobna różnica. Poza tym, „szybkie ładowanie” w przypadku mazdy 2 (20 minut) trochę odbiega od czasu przeciętnego tankowania (2 minuty).

Z kolei przerabianie aut spalinowych na elektryczne to naprawdę rewelacyjny pomysł. Podobnie jak rozwój hybryd czy poszukiwanie formuły lekkich i wydajnych ogniw.

Konkluzja: oby pierwsze autka nie były wyposażane w dodatkowe przyczepki na baterie 🙂

Resume:

– auta elektryczne to fajna sprawa. Jednak przy parametrach zasięgu (100km) i prędkości (90km) mogą być idealne jako auta miejskie. Świetne dla wypożyczalni. Standardowo wyposażane w GPS. Być może wspomagane ogniwami fotowoltaicznymi. Mogą się sprawdzić w branży turystycznej, szczególnie tam, gdzie ważna jest ekologia. Egipt, Kreta, Tunezja, Włochy, Hiszpania … Dodajmy do tego jakichś prosty system wymiany źródła zasilania typu „click-click” :)) A może nawet systemy typu „Park & Ride by Electric Car” ?

– ładowanie akumulatorów nie może trwać dłużej niż … tankowanie paliwa czyli … chwilę. Co to oznacza ? Wymianę – tak jak wymienia się toner czy baterię. To z kolei wymaga standaryzacji, a to z kolei międzynarodowego porozumienia producentów itp. Chyba, że znów wygra jakichś standard, który zaakceptują wszyscy. Jeżeli auta całkowicie elektryczne mają się sprawdzić na dłuższych trasach – to jest to jeden z istotnych kierunków. Pomijając zwiększanie wydajności ogniw, skracanie czasu ładowania czy inne rozwiązania alternatywne. Najciekawsze byłoby ładowanie bezprzewodowe korzystając z doświadczeń Tesli :)) Kto wie, może kiedyś :))

– klient auta elektrycznego, nie różni się niczym od klienta auta zasilanego innym rodzajem paliwa. Jeżeli auto elektryczne zapewni mu podobne zaspokojenie oczekiwań to na pewno odniesie spektakularny sukces ( ze względu na niezaprzeczalne plusy ekonomiczności czy ekologii).

– rozwój osobowych aut elektrycznych budzi tak wiele emocji. Tymczasem rozwój tej technologii mógłby się też sprawdzić w napędach transportu miejskiego ( renesans trolejbusów), hybrydowych ciężarówkach i półciężarówkach, elektrycznych motocyklach czy wspomnianych quadach.

– nie mam pewności, czy budowa alternatywnego dla stacji benzynowych, systemu ładowania akumulatorów, będzie optymalnym rozwiązaniem. Dla istniejących stacji benzynowych, może być to dodatkowy element infrastruktury (przykład: poszerzenie sprzedaży o gaz). Zrozumiałe jest, że prąd jest tu konkurencją, ale jestem przekonany, że będą decydować … klienci. Rachunek ekonomiczny stacji ładowania w skali mikro, która ma się utrzymać z bardzo nielicznych jeszcze aut elektrycznych, może być początkowo mocno ujemny. Chyba, że będą to stacje bezobsługowe, z minimalną infrastrukturą .

– zwolennicy aut elektrycznych konkurują z badaniami innych źródeł zasilania. I wszyscy pod hasłem „zielonej energii” sporo inwestują.

Chciałbym jeszcze dziś przesiąść się do elektrycznego samochodu. Pod warunkiem, że zapewni mi co najmniej dotychczasowe możliwości PLUS ekonomia i ekologia. Albo przynajmniej nie będę musiał rezygnować ze zbyt wielu oczekiwań. Dlatego trzymam mocno kciuki za SAMa i bardzo mu kibicuję ! Choć wydaje się, że najpierw wymyślono produkt, a następnie zaczęto się zastanawiać jak go pozycjonować. A to trochę ryzykowna i wyboista ścieżka. .

Reklamy

Jak kochać konkurencję !

Jeden z moich ulubionych sloganów brzmi ” nic tak firmy nie rozkręca, jak rosnąca konkurencja”. Wszak normalny, kreatywny konkurent – to same pozytywy. Po pierwsze – uderza w Twoje słabe strony ( dzięki czemu, łatwo je identyfikujesz). Po drugie – chce być lepszy od Ciebie ( dzięki czemu, przygotowując swoją odpowiedź, wiesz jakie są trendy na rynku i w jakim kierunku podążyć). Po trzecie – próbuje pozyskać Twoich klientów ( dzięki czemu sprawdzasz na ile Twoje dotychczasowe działania służące ich utrzymaniu są skuteczne i kto jest lojalny jak też próbujesz temu zapobiegać).I oczywiście po czwarte: jak wdepnie bosą nogą w… to wiesz, co omijać.

W sumie same pozytywy. Oczywiście, zadowolenie z nauki okupione jest sporą dozą emocji, ale czegóż nie robi się dla rozwoju …

Jakkolwiek by na to nie patrzeć, historia monopoli pełna jest błędów, wypaczeń i spektakularnych upadków. (Za wyjątkiem monopoli naturalnych – one miewać się będą zawsze dobrze 🙂

Irytujące jest jednak coś innego. Otóż wyobraź sobie, że jesteś hydraulikiem, a Twój sąsiad elektrykiem. Nie jesteście konkurentami, wasze żony chodzą razem na zakupy, a wy obaj biegacie do trzepaka raczyć się tajniaczonym piwem. Wspólnie wyprowadzacie psy, obchodzicie święta, robicie grille i polecacie sobie klientów. Nic szczególnego – ostatecznie grzebanie w rurach różni się w swej istocie od grzebania w kablach. I napięcia również nie takie same.

Bywa jednak tak, że nagle elektrykowi się pogarsza, a hydraulikowi nie. Już nie da rady robić tak często grilla, trzeba kupić tańsze piwko, a może nawet psa wymienić na bardziej ekonomicznego. Elektryk zaczyna patrzeć zawistnie na hydraulika i gdzieś podświadomie pojawia się chęć zawłaszczenia wypracowanego przez niego kapitału.

Nagle elektryk zaczyna odwiedzać klientów hydraulika. I snuć opowieści z mchu i paproci, że on nie tylko grzebie w kablach. Nie tylko jest specem od napięcia i natężenia. Nie tylko z woltomierzem urodził się pod poduszką. On klucz francuski zawsze dzierżył w ręce prawej ! Jest mistrzem rur od urodzenia, a kranik zamontować oraz podpiąć go bezpośrednio pod siłę, to dla niego „małe piwko przed śniadaniem” cytując Edzia Prokopa 🙂

Jak łatwo się domyślić, są tacy, którzy traktują takiego „elektrohydraulika” z rozbawieniem, obawą, pobłażaniem – rzadziej z poważaniem. Efektem jest zawieszenie grilli, trzaskanie drzwiami przed nosem, obgadywanie do Pani Zosi w pobliskim warzywniaku i wzajemne poszczekiwanie latorośli z balkonu. A miało być tak pięknie …

Cóż, pozostałoby wynająć WUJKA STASZKA – MISTRZA CIĘTEJ RIPOSTY.

Kotarbiński do Kotlera i Kiszluka

Ad vocem: http://www.brief.pl/gdzie-jest-marketing/

Peter Drucker powiedział ” najlepszym sposobem przepowiadania przyszłości jest jej tworzenie. Największą nadzieję stanowi więc myślenie innowacyjne” ( za Kotlerem). Cytując Henrykę Bochniarz ” najpiękniejsze w biznesie jest tworzenie”.

Grzegorzu, gratuluję Ci pomysłu i bardzo ciekawego doświadczenia medialnego. Im więcej tego typu projektów , tym dyskusja publiczna o marketingu stanie się ciekawsza. Osobiście jestem pełen nadziei ( ale nie przy :), że po 19 latach coś drgnie.

Trudno jest dyskutować z całością dorobku prof. Philipa Kotlera. Warto jednak przypomnieć, że I edycja jego „biblii marketingu” ukazała się w 1967r., a średnio kolejne edycje ukazywały się co 2-3 lata. „Marketing Management” stał się tym samym historycznym zapisem rozwoju dziedziny marketingu, od czasów początków współpracy uczelni amerykańskich i brytyjskich, boomu konsumpcyjnego w USA i Europie Zachodniej oraz powstania szeregu kluczowych tez istotnych dla współczesnej ekonomii, a obowiązujących do dnia dzisiejszego. Lata 50 i 60 w USA i Europie Zachodniej były czasami kształtowania się najważniejszych tez wiedzy menedżerskiej na świecie. Późniejsze „kamienie milowe” to oczywiście rozwój internetu. Czy obecny kryzys wpłynie na weryfikację tez związanych z wiedzą o zarządzaniu ( w tym koncepcją marketingu ? ). W moim przekonaniu – tak. Rozumiany między innymi jako pewną rewizję lansowanych na świecie amerykańskich modeli zarządzania. Modeli, przynoszących ich twórcom i propagatorom konkretne przychody w postaci wpływów z książek, seminariów, konferencji czy kongresów. Pozytywny artykuł w „Harvard Business Review” przekłada się natychmiast na wymiar globalnego biznesu autora artykułu. Sprzedaż wiedzy (w kontekście modelu amerykańskiego) jest nadal potężnym biznesem – i warto o tym pamiętać. Tutaj nie sposób nie zgodzić się z tezą Grzegorza Kiszluka, w której postuluje on bezkrytyczne przyjmowanie wiedzy made in USA, czego prof. Philip Kotler nie komentuje. Moim z kolei niedościgłym marzeniem, jest konferencja w USA, którą poprowadzą polscy menedżerowie i np. będą opowiadać jak radzili sobie podbijaniem rynków europejskich :)) Może kiedyś uda się przeprowadzić taki projekt 🙂 Choćby eksperymentalnie.

Dezawuacja słowa „marketing” jest faktem i potwierdzają to Panowie obaj. Dezawuacja rozumiana jako swoisty „dysonans poznawczy”: wszelkie komentarze dotyczące rozwoju mikroekonomicznego, na pierwszy plan wysuwają dwa kluczowe elementy: marketing i innowację. Niestety, ten pierwszy kojarzony jest nadal wyłącznie z komunikacją lub typowymi technikami socjotechnicznymi. Innowacja – pięknie wygląda jako hasło we wnioskach o finansowanie ze środków unijnych czy folderach reklamowych, a w rzeczywistości strategia wykorzystywania pomysłów, eksperymentowania z nimi czy ponoszenia ryzyka w firmach pozostawia bardzo wiele do życzenia.

Znamienny przykład: pewien polski przedsiębiorca, który opatentował metodę utylizacji odpadów niebezpiecznych, zwrócił się do Banku Gospodarstwa Krajowego o dofinansowanie innowacji – specjalną formę państwowego wsparcia nowych technologii. Uzyskał odpowiedź odmowną, którą uzasadniono tym, iż wniosek nie dotyczy nowej technologii. „Nowa technologia” bowiem została zdefiniowana jako taka, która jest stosowana w Europie Zachodniej nie dłużej niż 3 lata. A ponieważ wspomniane rozwiązanie, nie jest jeszcze stosowane na zachodzie – to nie jest innowacją… (sic!) (1). W Polsce funkcjonuje nadal anegdota, że jak coś jest dobre, to trzeba to zawieźć do USA. I jak tam powiedzą, że to jest dobre – to to wtedy dopiero będzie dobre ….

Profesor Kotler ( oby żył wiecznie 🙂 27 maja skończył 78 lat. Jest nie tylko profesorem honorowym, ale z powodzeniem można nazwać go „flying Professor” 🙂 Jednakże, niektórzy zastanawiają się jak będzie wyglądał rozwój wiedzy o marketingu za jakichś czas ? Gdzie błyszczą wschodzące gwiazdki marketingu ? Gdzie są autorytety ? Gdzie uczniowie mistrza ? Czy znajdziemy ich wśród akademików ? A może praktyków i wizjonerów biznesu ? Wiedza o marketingu jest interdyscyplinarna, zbudowana w oparciu o doświadczenie tysięcy firm. Nie od dziś prof. Kotlera nazywa się „Koszałkiem Opałkiem Marketingu”, ze względu na mistrzowskie opracowanie materiałów, wyciąganie wniosków oraz – co najważniejsze – nadanie marketingowi wspólnego, międzynarodowego języka tej dziedziny (którym posługują się dziś wszyscy specjaliści). I to jest chyba jedna z najistotniejszych wartości – tutaj Kotler bardzo przypomina mi Tolkiena 🙂

Kilkukrotnie udało mi się spotkać jak i korespondować z prof. Kotlerem. Niejednokrotnie podkreślał, że jest autorem podręcznika marketingu. A podręczniki – jak wiadomo, są pisane przez profesorów. Praktycy, koncentrują się na poradnikach. O ile od podręczników wymaga się najwyższej jakości ( i seria „Marketing Management” zdaje się ją potwierdzać) o tyle z poradnikami bywa różnie. Na półce znajdziemy zarówno rewelacyjnego Setha Godina czy Ala i Laurę Riesów, jak i tytuły w stylu ” Jak zarobić milion w tydzień i się nie spocić”. Przypomnę ( jak niektórzy nie pamiętają) – wiele polskich podręczników marketingu z początku lat 90-tych było hm… „wzorowane” na „Marketing Management”. I parafrazując Marka Twaina ” spuśćmy zasłonę milczenia na koniec tej sceny”. Absolutnie nie umniejszając dorobku polskiej „kadrze seniorów marketingu” czyli ok. 50 akademikom, którzy zajmowali się rozwojem tej dziedziny wiedzy przed 1989r.

W moim osobistym przekonaniu, studenci powinni otrzymywać książkę Kotlera na II roku studiów. Wcześniej – powinni oberwać tą cegłą w głowę, z radą, aby nie zaglądali do niej ZANIM nie poznają istoty mikromarketingu. Zanim nie zrozumieją podstawowych relacji zarządzania rynkiem i procesów w małych i średnich firmach. Zanim wręcz namacalnie – nie doświadczą wpływu cen na sprzedaż, roli klienta, wagi rozpoznania rynku czy istoty efektywnej dystrybucji. Profesor Kotler proponował kiedyś, aby marketerzy zaczynali karierę w działach zaopatrzenia. Moim zdaniem, studenci marketingu powinni popracować kilka dni na straganie warzywnym z pełną możliwością kształtowania cen. Z kolei strategom, przydałaby się odrobina historii wojskowości.

Kotler wspomina o efektach marketingu. Tak, to prawda. Dla mnie „Marketing Wartości” prof. Petera Doyla (nieżyjącego już niestety) to latarnia morska na tym wzburzonym oceanie. W Polsce – prace dr Roberta Kozielskiego czy prof. Grzegorza Karasiewicza, są również inspirującymi ognikami. Dziś marketerzy i handlowcy powinni współdziałać, a nie konkurować. Dla mnie osobiście, dyskusja na temat konkurowania marketingu i sprzedaży, jest poważnym nieporozumieniem (które mogę zrzucić chyba na karb niedoskonałości kształcenia).

O kształceniu marketerów nie chcę się rozpisywać.. O jakości kadry. O tym, że z marketingiem ma do czynienia moja nastoletnia córka na lekcjach przedsiębiorczości w swoim liceum w dużym mieście. Nie będę o tym pisać – musiałbym ponownie parafrazować Marka Twaina …

Profesor Kotler posługuje się zawsze przykładami wspaniałych, wielkich firm. Najczęściej korporacji. Firmami, które działają często na rynkach masowych, operując olbrzymimi budżetami marketingowymi. Lub firmach przemysłowych, o zasięgu globalnym lub północnoamerykańskim. Tego typu przykłady mają swoje wady i zalety. Czy ta wiedza przyda się specjaliście ds. marketingu w regionalnej hurtowni lub małemu producentowi soków ? Polska nie jest rajem korporacji … Lubię tutaj podawać przykład Setha Godina, który zdefiniował pojęcie „konglomeratu medialno-reklamowego”. Firma wymyśla produkt, dostarcza wagon pieniędzy na reklamę co skutkuje masowym atakiem promocyjnym w mediach, sprzedażą w sklepach oraz zarobieniem fury pieniędzy, która … służy finansowaniu kolejnego „konglomeratu”. Coś w tym niestety jest. Zapominamy przy okazji o roli dużych, małych i średnich agencji reklamowych, kształtujących świadomość marketera. Według badań Grzegorza Kiszluka prezentowanych na pewnej konferencji, aż 80% firm czerpie swoją wiedzę o marketingu od firm reklamowych. Czy w związku z tym może nas dziwić fakt powszechnych skojarzeń z funkcjami agencyjnymi ? Niejednokrotnie przekonuję się, że niedouczony, niedoświadczony marketer, bywa „obłaskawiany” przez fajną, sympatyczną firmę reklamową. Kolejna parafraza: „Ketchup Schroedera” (2) Domana Nowakowskiego – „będziemy rżnąć tego klienta przez całe życie”.

Tak – nie obawiam się tego powiedzieć. Są agencje reklamowe, które po prostu „rżną swoich klientów na dużą kasę”. Wykorzystując w pełni ich niewiedzę, brak świadomości, totalną, reklamową indolencję czy po prostu naiwność. U iluż agencji tego typu podejście jest podwaliną prowadzonego biznesu ? Kto jest winny ? Niestety – marketer i właściciele firmy… A w zasadzie ich głowy.

Trudno wieszczyć koniec masowej komunikacji. Nadal to bardzo efektywny kanał. Ale mam nadzieję, że w Polsce rozwiną się efektywne narzędzia w wymiarze lokalnym czy specyficzne rozwiązania niszowe. Firmy, coraz większą uwagę będą musiały poświęcać segmentom rynku i rozwojowi projektów marketingowych wewnątrz nich. Idea „myślenia globalnego – działania lokalnego” będzie miała swój praktyczny wymiar. Mam nadzieję również, że rozpaczliwe praktyki nadawców polskich mediów ( np. TVN – zmniejszenie natężenia dźwięku filmu, aby blok reklamowy „zaszokował” widza głośnością) będą piętnowane przez branżę jako nieetyczne. A dane są twarde – oglądalność filmu czy programu, ZNACZNIE różni się od oglądalności bloków reklamowych. I warto, aby ci, którzy decydują o produkcji i emisji kolejnych, reklamowych gniotów – wzięli ten fakt pod uwagę. Podobnie, zafascynowanych siłą internetu, warto przypomnieć, że „oglądalność” czy „wyświetlenie” banera to nie to samo co „klikalność”. Również to, że ktoś wysłał milion newsletterów, jest wyłącznie miarą statystyczną … Jak też daleki jest tego związek z ostatecznym zainteresowaniem treścią czy skorzystaniem z oferty.

Problemem zbyt wielu firm, jest powielanie takich samych lub łudząco podobnych modeli działań na rynku.Skutkiem są wkurzeni klienci, rzucający słuchawką (telemarketing), traktujący każdą informację mailową jako spam czy hurtowo wysyłający korespondencję firmową do Koszalina … Oczywiście – każdy kij ma dwa końce. Dla mnie jest to również dowód na brak umiejętności zarządzania informacją wewnątrz organizacji i dbałości o rozwój oparty o wiedzę. Ileż firm ma zbudowany wewnętrzny system informacji rynkowej, oparty choćby o takie narzędzia jak Wiki czy One Note ?

Z mojego punktu widzenia, marketer zbyt rzadko jest menedżerem projektów. Zbyt często administratorem tego, co wymyśli właściciel, prezes, agencja czy firma PR. Zbyt mało od niego zależy i zbyt wiele czasu poświęca na zagadnienia nie związane z istotą rynku.

Są firmy, w których poprzez wewnętrzne systemy szkoleń, motywacji czy coachingu – „hoduje” się „fighterów” – odpowiedzialnych za marketing czy sprzedaż. O ile „fighterzy handlowi” mogą nierzadko się wykazać ( przedsiębiorca w przypadku procesów sprzedaży, jest skłonny ponieść określone ryzyko), o tyle „fighterzy marketingowi” powinni realizować projekty najmniej kosztowne, najmniej ryzykowne, a najlepiej takie jak konkurencja tylko lepsze ( czytaj: tańsze i bardziej efektywne). Podobna sytuacja jest w przypadku rekrutacji: szuka się fighterów, a zakres obowiązków w praktyce (czytaj: odpowiedzialności i kompetencji) dotyczy „urzędnika marketingu i sprzedaży” ….

Współczesny marketer, to kreator rynku – wizjoner, który łączy w sobie olbrzymią wiedzę o kliencie, trendach i procesach ekonomicznych. I potrafi zamienić je w wykreowaną markę, przygotować, wprowadzić i zarządzać.

Dziś również ( ze względu na znaczenie narzędzi marketingu, jako kształtujących postawy społeczne), można mówić o czymś, co nazwałem „roboczo” – „marketingiem zrównoważonym”. Marketingiem, który nie wyniszcza klientów poprzez bezmyślny drenaż ich portfeli czy typowo oszukańcze czy socjotechniczne metody. Mówmy raczej o marketingu, który rozwija dialog klienta i firmy. Angażuje w proces rozwoju, innowacji. Czego efektem są zyski jednej i drugiej strony.

PS. Nie narzekajmy- zacznijmy się cieszyć z tego, że … narzekamy. Narzekając – identyfikujemy to co należy zmienić. Poddajemy pod wątpliwość tezy, które do tej pory wydawały się słuszne. Obalamy lub potwierdzamy ich znaczenie. Zaczynamy myśleć. I działać – i o to chodzi …W świecie, dominowanym coraz częściej przez bezmyślnych golemów, ogłupionych konsumpcjonizmem – myślenie ma przed sobą świetlaną przyszłość :))

PS2. Wiem, że to truizm, ale tak jak adept historii sztuki, powinien znać Estreichera, tak adept sztuki marketingu, nie powinien opuszczać murów uczelni bez znajomości Kotlera. Chyba, że uznamy że solidne podręczniki nie są już przydatne do niczego :)))).

(1) Źródło: A.Grzeszak, Polityka 27 z 4-07-2009 ” Głową do przodu” str. 41
(2) http://www.filmpolski.pl/fp/index.php/52978

O Lechu, co Komety … nie wykorzystał ;)

Jak wieść gminna niesie, nadciąga „noc komety”. „Ognistych … itd.”. Z gazety się człowiek nie dowie, ale z internetu i owszem. Do zwykłych komet, człek już w zasadzie przywykł. Ot, śmignie toto przed nosem, nawet zdrowaśki nie zdąży się odmówić – proza życia. Ale komety kolorowe, o to już zupełnie inna sprawa. A już zielone to w szczególności.Dziś

Onet na głównej stronie informuje o nomen omen – zielonej komecie

wariant1

Szkoda, że takiej szansy nie wykorzystał LECH. Mógł być piękny projekt marketingowy, połączony z wieczorną obserwacją nieba (lub videopołączeniem z obserwatoriami na świecie – w przypadku zimowego zachmurzenia). Poprowadzone w większych ośrodkach miejskich, przez paru zaproszonych celebrytów. Do tego piwko na rozgrzanie, kiełbaski, jakieś nocne wejścia w TVN, Polsacie czy TVP – i event gotowy. Efektem mogła być masa pozytywnych relacji medialnych. I piwko gdzieś tam w tle 🙂

A można było tak :)))

wariant2

Ech, Kompanijni Marketerzy, przespaliście tę kometę … :))))

Kotler przez szybkę ;)

Studenci I roku marketingu – Kotlera powinni oglądać przez szybkę :))

Pierwszy  rok mogliby spędzić jako wolontariusze w mikrofirmach – kwiaciarniach, pubach czy firmach usługowych – jako „doradcy ds. rynku” , obserwujący procesy budowania relacji z klientami, próbujący je ZROZUMIEĆ. Jednocześnie wykorzystać swoja inteligencje, kreatywność, spryt – do intelektualnej pomocy w tym zakresie. Główne zadanie ? Obserwować, poznawać, pracować z dostawcami marketing services, robić mini -projekty.

POCZUĆ BLUESA – o co w tym wszystkim chodzi.

I dopiero zacząć …. STUDIOWANIE  MARKETINGU

Paradoks PR

Komunikacja jednostek i grup spolecznych istnieje od zarania cywilizacji – i wszedzie tam, gdzie nie żądziła ślepa furia, siła, seks, pieniądze, religia czy władza – stawała się polem do polemik, ścierania poglądów, przekonywania się, ale również manipulacji czy budowania fałszywych tez w oparciu o prawdziwe przesłanki.

Do czasu rozwoju internetu – ta komunikacja spoleczna, miała wymiar bardziej monologu – niż dialogu. Koncerny medialne, politycy, grupy zawodowe czy spoleczne – poprzez srodki przekazu wskazywaly normy, zasady czy prawidlowy ( w ich przekonaniu) obraz widzenia swiata. Najczesciej wierzono nie tyle tym, którzy mieli te poglady MADRE, ale potrafili je w odpowiedni sposób PRZEKAZAC. Historia pelna jest osobowosci, które czynily to w sposób wielce efektywny … Niektorzym wystarczyla wylacznie sztuka epistolograficzna lub retoryka – inni, wspomagali się .. hm …”dostepnymi srodkami przymusu bezposredniego” :)))) Dzis walka idzie o to aby MADRE, TRUDNE poglady komunikatywnie i przekonujaco PRZEKAZAC. I walczyc rownoczesnie z komunikatywnym przekazywaniem tresci, które nie maja nic wspolnego z wartosciami 🙂

Jednostronny przekaz sprzyjal tworzeniu mitow – które dzis wywoluja zaskoczenie chyba calego swiata. Okazalo się bowiem, ze Papiez nie musi siedziec w Watykanie, amerykanski prezydent nie musi być bialy, amerykanska wiedza o finansach nie musi się do konca sprawdzac, Azjaci nie sa „glupimi zoltkami i tania sila robocza”, a Arabowie – bezmyslna masa mieszkajaca na pustyni lub bogatymi glupcami, zostawiajacymi auto na srodku oazy, kiedy skonczy się plyn do spryskiwaczy … A prawda o Westerplatte walczy z wykreowanym mitem, dalekim od historycznej prawdy 🙂

Dzis – po internetowej rewolucji, okazuje się ze każdy ma mozliwosc dowolnego ksztaltowania swoich pogladow i „sprzedawania” otoczeniu. Inna sprawa, ze niejednokrotnie za tymi pogladami – nie kryje się innowacyjna czy wartosciowa mysl postrzegania swiata, ale czyjs konkretny, jasno zdefiniowany i policzalny interes.

Jeśli media prowadza polemike spoleczna na temat energii jadrowej – to można realizowac tym cele poparcia spolecznego dla tych inicjatyw. To normalne. W taki sam sposób dyskutuje się o nowych sposobach zapobiegania chorobom czy metodach leczenia. Niestety – najczesciej jest to „polemika sluzaca zdefiniowanym interesom”, a nie sluzaca np. wzrostowi swiadomosci spolecznej ( ten wzrost powstaje niejako „przy okazji”, ale często z dolaczona „teza”).

Ciekaw jestem – czy ktos z szacownego grona PR – pokusi się kiedys o prace magisterska, a może nawet doktorska 🙂 – i zbada, jaki % informacji, który do nas dociera w serwisach informacyjnych jest tak naprawde materialem PR, za którym kryja się mniejsze lub wieksze interesy komercyjne, polityczne czy … wylacznie medialne – sluzace wlaczeniu odpowiedniego guzika na pilocie i paru punktom ogladalnosci wiecej. Czy wierzymy dzis mediom, które maja najwieksza ogladalnosc/poczytnosc ???? :)))) za którymi stoja wskazniki nie majace nic wspolnego z JAKOSCIA informacji 🙂 = („ONI czytaj DUZI to napisali – to na pewno TAKA JEST PRAWDA” ; czasami to niestety trzecia postac prawdy wedlug słynnych „Trzech Prawd …” ;)))

 

Coraz wieksze grono moich znajomych, zaczna przyznawac się do tego – ze nie oglada w ogole tv i swoja wiedze o swiecie czerpie wylacznie z internetu.

Jeśli już, to oglada filmy – kasujac starannie reklamy. Trudno im się dziwic

– poziom publicystyki telewizyjnej siegnal bruku, a czasami sledzac TVN24 czy inne stacje newsowe – ma się wrazenie, ze ONI tylko czekaja na „ustawke” w sejmie :))) Bo reszta już była 😉

 

Bardzo trudno probowac być obiektywnym, gdy jestesmy otaczani zmanipulowanymi informacjami, w których kryterium obiektywizmu jest jednym z ostatnich (w rzeczywistosci). Ale koniecznie na pierwszym miejscu naglasnianym …. (proszę zarzucic jakiemukolwiek powaznemu dziennikarzowi brak obiektywizmu :))) Public relations – jako koncepcja komunikacji, zawsze sluzyla czemus albo komus. Dlatego, ze zawsze ktos albo „cos” (firma) chce przedstawic swój obraz w jak najkorzystniejszym swietle – dysponujac gama DOWODOW na udowodnienie swojej tezy … I tu jest pies podgrzewany 😉 Koncern OPOWIADAJACY o swojej aktywnosci proekologicznej – bedacy w rzeczywistosci trucicielem, bardzo szybko „straci twarz” i jego jakiekolwiek komunikaty będą odbierane jako czcza propaganda … (niech komus jezyk uschnie, jak sprobuje tu wstawic slowo „marketing” …. :)))))))))) Może warto w takim razie zadac inne pytania ? „Na ile PR jest mowieniem prawdy ? ” albo „Czy rola PR jest mowienie prawdy w sposób najbardziej korzystny dla zleceniodawcy? ”

A może po prostu zaczac od „wtloczenia” dziennikarzom do glowy rozroznienie czym rozni się propaganda, reklama i  public relations ?

Charaktery", nr 10/2002

” O podprogowym, medialnym modyfikowaniu postaw konsumenckich było głośno
już w latach 50. ubiegłego stulecia. Niejaki James Vicary ogłosił, iż
potrafi skutecznie zwiększyć sprzedaż prażonej kukurydzy i coca-coli,
wysyłając w trakcie emisji kinowego filmu milisekundowe – niewidoczne dla
gołego oka (poniżej progu świadomości) – komunikaty: „eat popcorn” oraz
„drink coke”. Ówczesne media rozpisywały się o nastaniu nowej ery w
reklamie, o „podprogowym uwodzeniu”. Zastępy naukowców, tych poważanych i
tych weekendowych, bezskutecznie starały się owe wyniki zreplikować
(ostatnio miało to miejsce w trakcie jednej z ogólnopolskich imprez
reklamowych). Okrutna prawda jest taka, że ów słynny eksperyment NIGDY nie
miał miejsca. Była to prawdziwie „niewidoczna reklama” – reklama, tyle że
nie popcornu i coli, lecz pana o nazwisku Vicary i jego agencji. Tylko w tym
sensie była to reklama skuteczna. I tak jak najpierw Vicary tropiony był
przez tłumy dziennikarzy, producentów, a nawet zaciekawione amerykańskie
służby specjalne, tak potem poszukiwały go hordy wierzycieli.”

Dr Rafał Krzysztof Ohme

Stereotypy

Przez wiele lat zwyklo sie patrzec na marketing w kontekscie kosztowym. W zasadzie od samego poczatku – glownym celem marketingu bylo „wpierac sprzedaz” . Temu sluzyly poczatkowe narzedzia (reklama, sprzedaz osobista ect.) Dzis – to juz sie zmienilo. Dzis na marketing patrzy sie jak na kazda inna inwestycje, ktora ma zapewnic zwrot i korzysc dla inwestora. Cele marketingu rowniez zostaly zweryfikowane – sprzedaz stala sie wynikiem, skutkiem. Jednak obszar marketingu rozumiany jest dzis jako obszar zarzadzania rynkiem – w kontekscie rynkow istniejacych i potencjalnych. Rynki potencjalne, staja sie w swiecie hiperkonkurencji najbardziej lakomym kaskiem. To nas nieuchronnie zbliza do dywergencji, zarzadzania innowacjami oraz strategii dzialania a la BO.

Ten diabelski "marketingowiec"

Słówko „marketingowiec” zawitało niestety do annałów Słownika Języka Polskiego.
Potocznie – „osoba zajmująca się marketingiem”. Źródło znajduje się tutaj
Czy mam zapalić żałobną świeczkę ? Pojęcia „marketer” w annałach językowych – jak nie było, tak nie ma. Ile osób ma używać danego słowa, aby zostały uznane jako potoczne ?

Wieszanie psów na Kotlerze :)

Czasami spotykam się ze zjawiskiem wieszania psów na biednym profesorze Kotlerze 🙂 A to przecież przemiły, starszy Pan. Nie wdając się w polemikę (długo by pisać) – użyję istotnego argumentu – moim zdaniem. Prof. Philip Kotler jest przede wszystkim autorem PODRĘCZNIKÓW, a nie PORADNIKÓW. Podręczniki z zasady opracowują akademicy, a poradniki – praktycy. Teoretyk buduje model, który sprawdza się (lub nie 🙂 – w praktyce. Pomijam fazę „laboratoryjną”. W marketingu – model budowany jest w oparciu o wynik doświadczeń. Podręczniki dostarczają naukowego opisu narzędzi i możliwości ich zastosowania, a poradniki weryfikują to w praktyce. W przeciwieństwie do wielu dziedzin naukowych – wiedza o marketingu ( a tym samym jej podwaliny teoretyczne – biorą się z PRAKTYKI, a nie TEORII). To doświadczenia handlowe naszej cywilizacji, rewolucja przemysłowa XIX/XX wieku, rozwój kolonii, a następnie rozkwit USA i globalizacja gospodarki, wpłynęła na tę dziedzinę. Naukowcy na podstawie obserwacji empirycznych doświadczeń firm, budowali podwaliny teorii marketingu. Najsilniejszym determinantem był i jest – rozwój konkurencyjności przedsiębiorstw. Im konkurencja w danym sektorze silniejsza – tym ważniejsze stają się strategie identyfikujące i zaspokajające potrzeby grupy docelowej. Albo kreacja przestrzeni rynkowej i blue ocean w czystej postaci.
„Odtrąbianie” końca czy początku ery „kotlerowskiego” marketingu przez ludzi po paru kursach i roczną praktyką – wywołuje jedynie wzruszenie ramion lub uśmiech politowania. Oczywiście, a ramach „automarketingu” można probować dokonywać zamachu na światowe autorytety, ale albo trzeba mieć naprawdę RZECZOWE i UZASADNIONE argumenty, albo być również autorytetem, albo … dać sobie spokój 🙂 Inaczej zamach przypominać będzie „zamachiwanie się kiełbikiem”, tak wspaniale przedstawione w „Człowieku z marmuru” 🙂