Rzeczpospolita Spotowa

Polskie agencje, produkujące spoty, to szlachta reklamy, święte krowy rzekłbym. Elita. Bez należnego szacunku i wiadra wazeliny nie podchodź. Tylko świat się zmienił i nasi kochani kreatywni, wracają z Cannes Lions w ostatnich latach, zdecydowanie pod tarczą niż na tarczy, że o z tarczą nie wspomnę.

megaphone-50092_640

Gdyby zapytać, dlaczego jest tak źle, odpowiedzą najczęściej : to przez tych wstrętnych klientów, którzy nie myślą odważniej i sensowniej o strategii komunikacji. Nic z tego kochani, wina leży po obu stronach.

Nie chcę zamieniać się w malkontenta polskich spotów reklamowych „bo taak!”. Ale wkurzają mnie reklamy zamawiane chyba przez szwagrów prezesów, na odwal, bez strategii, pomysłu i zwykłej wiedzy. Drugie wkurzenie, to nie inspiracja dokonaniami innych, ale po prostu ostra zrzynka z zagranicznych realizacji, dostępnych dziś na wyciągnięcie ręki.

Oglądam bloki reklamowe w naszej tv z coraz większym zażenowaniem. Z drugiej strony w social media ludzie cmokają, ochują i achują nad różnymi, fajnymi produkcjami. Raz, to Polacy reklam nie lubią, a dwa – te fajne i ciekawe zaraz szerują, lajkują i się zachwycają. To jak to jest? A tak, że fajny pomysł na reklamę dziś każdy obejrzy. Musi być niestety o wiele bardziej wyjątkowy niż kilka lat temu. Dlaczego? Z prostej przyczyny – jeszcze nigdy nie było w historii ludzkości takiej konkurencji treści czyli contentu. Minutę swojego cennego czasu możesz poświęcić na zupełnie inne czynności niż obejrzenie głupawej reklamy. Telewizja wykrwawia się w walce z internetem, robiąc minę do złej gry, radio szuka swojej niszy, a serwisy żądają unikatowych i klikalnych treści jak dżdżu.

Dziś mam wrażenie, że im mniej ludzie oglądają reklam, tym marketerzy atakują ich agresywniej. Po prostu w mediaplanerskim modelu ekonometrycznym, każą dosypywać więcej węgla pod kocioł, więcej i więcej. Tylko, że parowóz ciągle pędzi coraz wolniej. Niestety maszynista nie ma ochoty powiedzieć palaczowi (który płaci za węgiel), że parowozy już są zastąpione przez elektrowozy i inne szyny. Transmedia branding i growth hacking. [ patrz: 15 kluczowych pojęć najnowszego marketingu ]

Marketerzy i agencje reklamowe wpadły w jakiś zaklęty krąg XX wiecznej propagandy. Powtarzać do upadłego, aż się w końcu w pamięci wyryje. Niczym Dolores Umbridge. Tylko, że się nie wyrywa tak jak kiedyś. Polacy są w czołówce światowej w zakresie blokowania reklam internetowych, na bloki telewizyjne ponad 50% nie zwraca najmniejszej uwagi. Outbound marketing umiera, panie i panowie. I jest to szybka agonia. Kto o tym pierwszy o tym powie, płacącemu słone rachunki agencjom reklamowym i mediom? Mogę być pierwszy. Pionierów poznać po tym, że mają strzały w plecach.

W dyskusji internetowej na temat nowej reklamy InPost, usłyszałem bardzo popularną opinię: – celem reklamy jest sprzedać. Odpowiedziałem, – tak, ale to myślenie sprzed … 30 lat.

Dziś od komunikacji marketingowej oczekuje się czegoś zdecydowanie więcej: poza wzrostem sprzedaży, również dbałości o poprawę wizerunku marki, opowiedzenia historii – im bardziej inspirująca tym lepiej, potencjału wirusowości, dobrych cech wyróżnienia i pewnego aspektu społecznego.

Ten ostatni element stał się zresztą sporym polem dyskusji podczas tegorocznego Cannes Lions 2015.

Wszystkie powyższe elementy spełnia poniższa reklama:

Sądzicie, że trudna do nakręcenia w polskich warunkach? Skomplikowany pomysł? Kosztowna realizacja? Majątek na postprodukcję?

A może taki spot, sprzed paru lat?

Czy ktoś może i wytłumaczyć, dlaczego polskich agencji i marketerów nie stać dziś na taką narrację? Nie tyle w sensie finansowym, ile mentalnym?

Wziąłem na warsztat nową reklamę InPost. Potraktuj tę opinię jako konstruktywną krytykę, a nie hejt. Ostatnio wielu ludziom mylą się te dwa pojęcia. To kwestia po prostu myślenia o strategii komunikacji jako pewnej koncepcji całości zarządzania i pozycjonowania marki.

Z punktu widzenia technicznego, nie wypowiadam się, ponieważ nie jestem filmowcem. Film jednak skupia w sobie wszystkie istotne problemy polskich spotów. I w taki sposób chciałbym ją opisać, nie wnikając,  jaki przyniosło to ostateczny efekt. Podobne  kwestie były przy produkcji Millenium Banku i Radka Kotarskiego. Ktoś powie: nie czepiaj się, sprzedaliśmy 200% założonego planu. Świetnie, odpowiem – mogliście sprzedać 1.000%. Mogliście też nie chcieć, bo przerosłoby to możliwości operacyjne.

Moje wnioski podsumowujące spot InPost:

  1. KULTURA: mam wrażenie, że to spot obcy kulturowo. Jakbym widział film „Złap mnie jeśli potrafisz” z Leonardo di Caprio.  Przekaz i muzyka lat 50-tych średnio do mnie trafia. Może nie jestem targetem.  Klimat może fajny, ale dla Amerykanów.  Brak wartości lokalności.
  2. STORY: nie widzę tutaj jakiejś historii, banalne kadrowanie dziewczyn z przesyłkami przez długie minuty. Brakuje w tym akcji typu „trzęsienie ziemi, a potem jeszcze gorzej”. Brak te cechy pozbawia spot jakiegokolwiek potencjału wirusowości. Nikt nie będzie udostępniał reklam Mediaexpertu, że oferują niskie ceny. Chyba tylko, żeby je obśmiać. To się nie będzie klikało, innymi słowy. Chociaż ludzie oczywiście pójdą do sklepów.
  3. DZIEWCZYNY: nie mam pewności czy to spot reklamujący usługi poczty kurierskiej InPost, czy nowy program talent show. Naprawdę. Nie wiem.
  4. PARODIA POCZTY: uwielbiam, kiedy w spotach reklamowych nawiązuje się do konkurencji i robi im „wrzutki” z przymrużeniem oka. Nawiązanie do starszego, ciężko pracującego listonosza, próba obśmiania go – nie, to nie jest najlepszy pomysł.
  5. GDZIE JEST USP? czyli gdzie jest propozycja nowej funkcjonalności, korzyści, usługi?
  6. WYRAZISTOŚĆ: tak, ten spot jest wyrazisty i charakterystyczny. Tylko czy to wystarczy do budowania siły emocji wokół marki? Marka to nie znajomość logo – marka to emocje.

Dziś dobre spoty reklamowe, tworzy się według wzoru:

DOBRY SPOT (sprzedaje + kochają markę + viral) =

= story (transmedialne) + USP + wyróżnienie + aspekt społeczny.

Proszę, nie pierzcie mi głowy kolejnym spotem według schematu „ Kupuj & Spadaj”.

Reklamy

Wypalacze czaszek

Trwa dyskusja o dopalaczach. GIS podejmuje jakieś rozpaczliwe działania, produkując spoty urągające zasadom komunikacji, które poznaje student pierwszego roku marketingu. Później się mówi, że ta „chała i obciach to specjalnie było” by gawiedź gminna wieść hejterską niosła i sławiła, a statystyki rosły i tabelki puchnęły dostatniej. Terefere …

ghostrider

Taka to świecka tradycja urzędniczego marketingu. Ostatnimi czasy, kiedy jakiś urząd czy organizacja rządowa, próbuje się brać za komunikację społeczną, słychać rzeź niewiniątek, facepalm ekspertów i zgrzytanie zębów profesjonalnych agencji reklamowych.

Czytaj dalej „Wypalacze czaszek”

Przerażani

Matka z dzieckiem na spacerze w parku. Przechadza się niespiesznie. Nagle zostaje potrącona przez biegnącego. Odpycha ją. Wyrywa z wózka dziecko i ucieka. Kobieta zastyga na kilka milisekund. Po czym zaczyna przeraźliwie krzyczeć. Nadbiegają ludzie. Matka wybucha płaczem

20140115-130647.jpg
Pewne zjawiska nazwałem kiedyś we wpisie „happenerstwem„. Wpisuje się to idealnie w pojęcie „prank-vertisingu” czyli swoistego shockvertisingu, opartego na wywołaniu skrajnych emocji, przede wszystkim szoku, zaskoczenia czy przerażenia. Jest takich projektów coraz więcej. Jedne nas bawią bardziej, inne mniej, ale wiele nie bawi nas wcale. Dowcip bowiem dowcipowi nierówny.

Projekty prank-vertisingu realizowane są przede wszystkim na potrzeby wywołania internetowego viralu. Zasięg samego eventu jest oczywiście mały, stąd to jedyny logiczny powód. Czy wszyscy uczestnicy tych eventów to aktorzy? Wszak reakcje są bardzo naturalne. Odpowiedź brzmi – nie wiem. To może być tajemnicą kontraktu klienta i agencji. Czy agencja ryzykowałaby w opisanej historii na początku proces sądowy o wywołane emocje? Czy jeśli dziecku coś by się stało? Czy jeśli matka dostałaby ataku serca w wyniku silnego wzruszenia? I zasadnicze pytanie, czy agencja ma prawo dokonywać takich „eksperymentów” na zwykłych ludziach? Wydaje mi się, że nie – co pozwala przypuszczać, że są to po prostu zwykłe ustawki, a przerażenie świetnie zagrane przez wynajętych aktorów lub naturszczyków. A jeśli to ustawka, to atrakcyjność materiału jest żadna bo o niej decyduje …autentyczność. Czyli typowa kwadratura koła.

Filmy klasy prank-vertisingu nie sa zjawiskiem nowym. Rok temu w ciekawy sposób pisał o nich Jim Joseph w Huffington Prank-vertising: More Shock Than Awe? Ten model robienia dowcipów proponowały początkowo liczne kanały telewizyjne, realizując projekty zaskakujące widza. Ktoś wyskoczył z tortu, złapał za rękę ze skrzynki pocztowej czy zdjął biustonosz. Żart jak żart, choć w zależności od wieku, każde ze wspomnianych zdarzeń mogłoby się rôżnie zakończyć.

W jednym z „dowcipnych” filmów, w zatrzymanej windzie nagle pojawia się mała dziewczynka z lalką, pełniąca rolę upiora. Czy gdyby przerażona sytuacją kobieta udusiła własnoręcznie ową dziewczynkę, sąd uzna to za afekt i usprawiedliwioną samoobronę? Czy jeśli byłbym świadkiem porwania opisanego na początku i użył broni strzelając po prostu porywaczowi w głowę to przekroczyłbym granicę obrony koniecznej? Nie mam pojęcia, ciekaw jestem co na to prawnicy?

Dziś możliwości techniczne zbliżenia żartu do rzeczywistości są bardzo wysokie. Techniki scenograficzne, charakteryzacja, elektronika i mechanika czyli cała branża rynku FX jest doskonale rozwinięta. Przy odpowiednich budżetach przeciętnemu człowiekowi może wydać się, że przekracza granicę matrixa. Tyle, że tworzenie eksperymentów socjologicznych w celach komercyjnych jest tu totalnym nieporozumieniem. Pod warunkiem, podkreślam, że to nie jedna, wielka ustawka.

Moda na prank-vertising, tak jak wszystko co amerykańskie, dotrze w końcu do Polski. A może już dotarła i trwają prace nad wybranymi projektami? Nie mam pojęcia. Ale w Polsce lubią robić eventy sposobem gospodarczym, tanio czyli jak najtaniej oraz oczywiście dobrze, co jest ekonomiczną sprzecznością. Obawiam się, że niektóre projekty będą straszyć ludzi naprawdę z pełną premedytacją, bo na aktorów nie będzie budżetu. Jeśli coś komuś się stanie to będzie usprawiedliwieniem „żart”, „nie chcieliśmy”, „nie przewidzieliśmy”, „przecież za granicą już to robili i nikomu nic się nie stało” itp.

Lojalnie uprzedzam – jakakolwiek staruszka, która „zejdzie” pod wpływem filmiku jak poniżej, to wydarzenie typu katastrofa samolotu dla linii lotniczych. Jeśli polskie firmy czy agencje planują robić sobie takie virale, powinny mieć świadomość ryzyka jakie to ze sobą niesie dla marki. Nie przypominam sobie by w historii reklamy, ktoś miał zawał w wyniku obejrzenia spotu. Tutaj może zdarzyć się inaczej. I bardzo chciałbym się mylić.

Wzlot nielota Felixa

Tommy Fox przez wiele lat miał świetnie oglądany talk show. Ale ten czas minął. Kiedy oglądalność spadła na łeb i szyję, producent programu wezwał go do siebie, milczącym gestem pokazał kilka cyfr. – Nie ma zmiłuj stary – powiedział – albo coś robisz, albo wypadasz. Takie życie. Tommy wieczorem w wejściu na żywo zaapelował do swoich widzów.  –Kochani. Dziś po południu zobaczyłem cyfry. Nie mam żalu do was, bo akurat mnie oglądacie. Ale dziś, na żywo, pokażę wam się na końcu programu w samych skarpetkach. Tweetujcie, wrzucajcie na walle, pinterestujcie, dzwońcie i mailujcie wszędzie. To jedyna taka okazja. Internetowo-telewizyjny lud drgnął.

W poniedziałek wysłuchałem z uwagą ciekawej debaty o tabloidyzacji telewizji oraz poszukiwaniu sposobów na jej ograniczenie. Wiele w niej było prawdy, choć zabrakło wśród gości przedstawicieli marketerów czyli nomen omen – finansujących media prywatne oraz w dużej mierze media publiczne. Być może głos odpowiedzialnych za miliony złotych inwestowanych w ATL byłby również w tej dyskusji ważny. Zaskoczyło mnie myślenie kategoriami „misja” (dobre) i „komercja” (złe). Tak to przynajmniej odebrałem. Zaskakujące jest, jak bardzo po 22 latach gospodarki wolnorynkowej wciąż w wielu tkwi przeświadczenie, że „komercja” czyli zarabianie pieniędzy na programach, może być czymś hm … niewygodnym, nieetycznym. Wydaje się, że wielu w tym słowie widzi nadal opasłego kapitalistę w czarnym meloniku, który z cynicznym uśmieszkiem i cygarem w ustach, pogania pejczem uręczonych niewolników. Są i tacy. Jest ich wielu. Ale osobiście wolę widzieć miliony małych i średnich przedsiębiorców zarabiających na codzienny chleb, czy korporacje rozwijające ludzi i dające zatrudnienie, o coraz częstszym dzieleniu się swoim bogactwem nie wspominając. To ostatnie na świecie zaczyna należeć do dobrego tonu.

Jednym z kluczy napędzających media czy komercyjne czy też nie – jest wzajemna konkurencja. W rodzimym grajdołku przypomina to często sytuację zakupu formatu przez stację X i jej twórczą adaptację przez stację Y. Jakoś się kręci.

Format to taki diabelski wynalazek, który dzięki doświadczeniom innych krajów, ma napędzać oglądalność. Pytanie brzmi, gdzie są polskie pomysły godne Europy? Polskim formatem unowocześnionego „Zwierzyńca” z osobowością godną ś.p. Michała Sumińskiego, moglibyśmy próbować pobić te wszystkie HD produkcje klasy BBC. A programy popularnonaukowe? Każdy Galileo zbladłby przy dyskusjach duetu Kurek i Kamiński, jeśli ktoś jeszcze pamięta Sondę. Ci ostatni niejednokrotnie powtarzali, jak niskim kosztem tworzone są ich programy. Resentymenty? Być może, ale wymyśleć Masterchefa czy Taniec z Gwiazdami? To banał. Wymyślcie sposób na komercyjny projekt z misją. Niski koszt stworzenia ? Wysoka wartość (misja)? Atrakcyjność dla widza (komercja, oglądalność)? Przypomina to podstawową kanwę wartości w strategii błękitnego oceanu. Zainteresowanych odsyłam po Wiedzę.

Kanwę wartości, trzeba również wypromować. Sztuka „Boska” transmitowana z teatru przez Telewizję Polską, przyciągnęła 2,7 mln widzów. Wynik iście boski. Zamiast ściągać ze świata formaty na tony, może czas zacząć eksperymentować ? Nie chodzi o teatr. Tworząc programy, które będą miały charakter dobrej jakości show,  broniły wartością, a z drugiej nie nadawały się typowo na kanał tematyczny.

Za wszystkim stoją sponsorzy czyli marketer z firmowymi pieniędzmi. Oto mamy wczorajszą transmisję projektu Stratos. TVN24 nadaje relację od godziny 14:00. Oglądalność rośnie dwukrotnie. Chwile pełne napięcia. Nawet premier się cieszy, bo więcej ludzi ogląda jego wystąpienie. Widzowie czekają, czekają, czekają. TVN24 utrzymuje wciąż widza w napięciu. Dyskusje popularnonaukowe, infografiki, goście, wejścia na żywo. I co ? Nawet jednej reklamy Red Bulla. Nawet żadnego Turbodymomana, żartującego sobie z tego skoku. O Jacku Norrisie, który z półobrotu wykopałby bohaterskiego Austriaka na orbitę nie wspomnę. Nawet Król Julian, Mały Głód czy choćby Henio się nie pojawił. Żaden, podkreślam – żaden z szefów marketingu nie wykorzystał tego wydarzenia, żeby dookoła stworzyć swój własny content.  Marketerze! Gdyby to był event Wyborowej, to obowiązkowo w aliansie z sokiem Tymbark i Krakowską Suchą. Tak działa mózg. Akceptuje powiązanie treści przekazu, z oglądanym przekazem reklamowym. To abecadło komunikacji.

Naród czekał do 19:20 (na 19:30 zaplanowano start). Oglądalność poszybowała …CZTEROKROTNIE. By naturalnie, po odwołaniu startu, w przeciągu godziny, spaść do typowego w tym paśmie poziomu. Był event? Był. Komercyjno-misyjny? W pewnym sensie tak. Czy którykolwiek z marketerów go wykorzystał? Nie. Coś sobie spłoszyli – parafrazując frazę z pewnego filmu.

Ten wzlot nielota Felixa, miał w sobie wszystkie cechy widowiska na żywo, ale nikt z marketerów nie użył szarych komórek, by twórczo przekuć je na interakcję z widzem.  Był jak odpowiedź na poniedziałkową debatę w telewizji. Pokazywał: przyszłością wydarzeń live, jest właśnie taka formuła przekazu. Telewizje informacyjne, streaming, social media, komentarze i wszędzie kamery HD transmitujące obraz. I prawie (podkreślam: prawie) każdy dźwięk z wnętrza kabiny.

Dziś coraz więcej wydarzeń to wydarzenia medialne. Nawet jeśli tworzone są przez trzy włączone iphony. Wszystko jest kwestią zainteresowania widzów i wartości przekazu.  Zapatrzonym w słupki brakuje podejścia  jakościowego, a nie ilościowego na kwestię oglądalności. Dziś inny widz, to również inna siła nabywcza. Telemetria wskazuje ilość i demografię tyle że coraz częściej marketer szuka odpowiedzi na pytanie, czy jego reklamę lub sponsoring ogląda rzeczywiście jego potencjalny klient. Segmenting-Targeting-Positioning kłania się państwu w całej okazałości.

Masowy, telewizyjny widz skończył się w momencie rozkwitu stacji tematycznych i internetu. To problem dla mainstreamowych stacji, bo muszą szukać sposobów na przetrwanie. Patrzcie na widza jakościowo, a nie ilościowo. Rozmawiajcie z marketerami i wspólnie planujcie pozaschematyczne projekty. Felix wczoraj nie skoczył. Ale może udać mu się jutro.

I jeszcze drobiazg. Kiedy piszę tę notkę, TVP2 emituje genialny film „Mammamia”. Nowoczesna formuła musicalu. Świetna obsada, piosenki. Kinowy hit. Ktoś, kto decydował o jego emisji, zapomniał o skali rozumienia języka angielskiego przez Polaków. Teksty Abby są kluczowym uzupełnieniem tego co się dzieje na ekranie. Drobiazg? Niezupełnie. Choć wskazuje na pewne zjawisko. Przeciętny, polski widz nie doceni w pełni wartości tego filmu. Ktoś po prostu bardzo wielu ludziom, dla których język Szekspira nie jest ojczystym, zrobił tu przykrego psikusa.

Ach, byłbym zapomniał co z Tommym Foxem. Oczywiście nie wystąpił w samych skarpetkach. Producent się nie zgodził. Ale podobno oglądalność skoczyła razy dziesięć. Nie zakończyło się to żadnymi retorsjami, bo emisję programu zakończono. Dziś Tommy ma spokojną i świetnie opłacaną posadę szefa public relations w obrzydliwie bogatym koncernie farmaceutycznym. I nadal rozdaje autografy na gołych pośladkach piszczących fanek.

PS. Dobrym Duchom dziękuję. One wiedzą za co:) 

O Lechu, co Komety … nie wykorzystał ;)

Jak wieść gminna niesie, nadciąga „noc komety”. „Ognistych … itd.”. Z gazety się człowiek nie dowie, ale z internetu i owszem. Do zwykłych komet, człek już w zasadzie przywykł. Ot, śmignie toto przed nosem, nawet zdrowaśki nie zdąży się odmówić – proza życia. Ale komety kolorowe, o to już zupełnie inna sprawa. A już zielone to w szczególności.Dziś

Onet na głównej stronie informuje o nomen omen – zielonej komecie

wariant1

Szkoda, że takiej szansy nie wykorzystał LECH. Mógł być piękny projekt marketingowy, połączony z wieczorną obserwacją nieba (lub videopołączeniem z obserwatoriami na świecie – w przypadku zimowego zachmurzenia). Poprowadzone w większych ośrodkach miejskich, przez paru zaproszonych celebrytów. Do tego piwko na rozgrzanie, kiełbaski, jakieś nocne wejścia w TVN, Polsacie czy TVP – i event gotowy. Efektem mogła być masa pozytywnych relacji medialnych. I piwko gdzieś tam w tle 🙂

A można było tak :)))

wariant2

Ech, Kompanijni Marketerzy, przespaliście tę kometę … :))))

Koncerny są chore

Koncerny są chore. Pędzą dookoła własnego ogona i wpadają w coraz większą pułapkę procedur, rozporządzeń, regulaminów, zestawień. Nieustannej lawiny biurokracji. Microsoft. Koncern jak się patrzy. Problem. Cóż robimy najpierw ? Porządny i praworządny Obywatel, odnajduje w sieci telefon do centrum obsługi klienta. Najprostsza i najszybsza droga. Szybsza nawet niż e-mail – uzyskujemy odpowiedź natychmiast.
Na „dzień dobry” – zetknięcie z cudownym (sic!) automatem call center Microsoftu. Jeśli nie wybierzesz jakiejkolwiek opcji – automat płynną „jankesowszczyzną” poinformuje cię, że właśnie się rozłącza i … bye, bye. Kiedy w końcu dodzwonisz się do konsultanta (biznesowego, a jakże), masz gwarancję, że NIE POMOŻE CI W NICZYM. Najpierw, będziesz przeprowadzany po licznych niuansach regulaminowo-rozporządzeniowo-proceduralnych, aby po 10 minutach jałowej rozmowy przekonać się, że nikt w niczym Ci NIE CHCE pomóc. A jeśli już – to możesz zapłacić 132 (sic!) zł. przy pomocy karty kredytowej, a łaskawa Pani przełączy gdzie trzeba ( lub udzieli informacji o rozwiązaniu problemu). Po 15 minutach rozmowy – miałem dość firmy Microsoft … Będę w ramach protestu lekceważył ich wszelkie próby reklamowe 😉
W rozwiązaniu problemu pomógł mi kolega. Okazało się, że należało wyłącznie wcisnąć kombinację klawiszy….

Paradoks PR

Komunikacja jednostek i grup spolecznych istnieje od zarania cywilizacji – i wszedzie tam, gdzie nie żądziła ślepa furia, siła, seks, pieniądze, religia czy władza – stawała się polem do polemik, ścierania poglądów, przekonywania się, ale również manipulacji czy budowania fałszywych tez w oparciu o prawdziwe przesłanki.

Do czasu rozwoju internetu – ta komunikacja spoleczna, miała wymiar bardziej monologu – niż dialogu. Koncerny medialne, politycy, grupy zawodowe czy spoleczne – poprzez srodki przekazu wskazywaly normy, zasady czy prawidlowy ( w ich przekonaniu) obraz widzenia swiata. Najczesciej wierzono nie tyle tym, którzy mieli te poglady MADRE, ale potrafili je w odpowiedni sposób PRZEKAZAC. Historia pelna jest osobowosci, które czynily to w sposób wielce efektywny … Niektorzym wystarczyla wylacznie sztuka epistolograficzna lub retoryka – inni, wspomagali się .. hm …”dostepnymi srodkami przymusu bezposredniego” :)))) Dzis walka idzie o to aby MADRE, TRUDNE poglady komunikatywnie i przekonujaco PRZEKAZAC. I walczyc rownoczesnie z komunikatywnym przekazywaniem tresci, które nie maja nic wspolnego z wartosciami 🙂

Jednostronny przekaz sprzyjal tworzeniu mitow – które dzis wywoluja zaskoczenie chyba calego swiata. Okazalo się bowiem, ze Papiez nie musi siedziec w Watykanie, amerykanski prezydent nie musi być bialy, amerykanska wiedza o finansach nie musi się do konca sprawdzac, Azjaci nie sa „glupimi zoltkami i tania sila robocza”, a Arabowie – bezmyslna masa mieszkajaca na pustyni lub bogatymi glupcami, zostawiajacymi auto na srodku oazy, kiedy skonczy się plyn do spryskiwaczy … A prawda o Westerplatte walczy z wykreowanym mitem, dalekim od historycznej prawdy 🙂

Dzis – po internetowej rewolucji, okazuje się ze każdy ma mozliwosc dowolnego ksztaltowania swoich pogladow i „sprzedawania” otoczeniu. Inna sprawa, ze niejednokrotnie za tymi pogladami – nie kryje się innowacyjna czy wartosciowa mysl postrzegania swiata, ale czyjs konkretny, jasno zdefiniowany i policzalny interes.

Jeśli media prowadza polemike spoleczna na temat energii jadrowej – to można realizowac tym cele poparcia spolecznego dla tych inicjatyw. To normalne. W taki sam sposób dyskutuje się o nowych sposobach zapobiegania chorobom czy metodach leczenia. Niestety – najczesciej jest to „polemika sluzaca zdefiniowanym interesom”, a nie sluzaca np. wzrostowi swiadomosci spolecznej ( ten wzrost powstaje niejako „przy okazji”, ale często z dolaczona „teza”).

Ciekaw jestem – czy ktos z szacownego grona PR – pokusi się kiedys o prace magisterska, a może nawet doktorska 🙂 – i zbada, jaki % informacji, który do nas dociera w serwisach informacyjnych jest tak naprawde materialem PR, za którym kryja się mniejsze lub wieksze interesy komercyjne, polityczne czy … wylacznie medialne – sluzace wlaczeniu odpowiedniego guzika na pilocie i paru punktom ogladalnosci wiecej. Czy wierzymy dzis mediom, które maja najwieksza ogladalnosc/poczytnosc ???? :)))) za którymi stoja wskazniki nie majace nic wspolnego z JAKOSCIA informacji 🙂 = („ONI czytaj DUZI to napisali – to na pewno TAKA JEST PRAWDA” ; czasami to niestety trzecia postac prawdy wedlug słynnych „Trzech Prawd …” ;)))

 

Coraz wieksze grono moich znajomych, zaczna przyznawac się do tego – ze nie oglada w ogole tv i swoja wiedze o swiecie czerpie wylacznie z internetu.

Jeśli już, to oglada filmy – kasujac starannie reklamy. Trudno im się dziwic

– poziom publicystyki telewizyjnej siegnal bruku, a czasami sledzac TVN24 czy inne stacje newsowe – ma się wrazenie, ze ONI tylko czekaja na „ustawke” w sejmie :))) Bo reszta już była 😉

 

Bardzo trudno probowac być obiektywnym, gdy jestesmy otaczani zmanipulowanymi informacjami, w których kryterium obiektywizmu jest jednym z ostatnich (w rzeczywistosci). Ale koniecznie na pierwszym miejscu naglasnianym …. (proszę zarzucic jakiemukolwiek powaznemu dziennikarzowi brak obiektywizmu :))) Public relations – jako koncepcja komunikacji, zawsze sluzyla czemus albo komus. Dlatego, ze zawsze ktos albo „cos” (firma) chce przedstawic swój obraz w jak najkorzystniejszym swietle – dysponujac gama DOWODOW na udowodnienie swojej tezy … I tu jest pies podgrzewany 😉 Koncern OPOWIADAJACY o swojej aktywnosci proekologicznej – bedacy w rzeczywistosci trucicielem, bardzo szybko „straci twarz” i jego jakiekolwiek komunikaty będą odbierane jako czcza propaganda … (niech komus jezyk uschnie, jak sprobuje tu wstawic slowo „marketing” …. :)))))))))) Może warto w takim razie zadac inne pytania ? „Na ile PR jest mowieniem prawdy ? ” albo „Czy rola PR jest mowienie prawdy w sposób najbardziej korzystny dla zleceniodawcy? ”

A może po prostu zaczac od „wtloczenia” dziennikarzom do glowy rozroznienie czym rozni się propaganda, reklama i  public relations ?

Zaczytanie

Dążeniem ludzkości, była zawsze pełna komunikatywność. Internet jest tego najlepszym przykładem. Ale ważna jest nie tylko metoda. Treść jest chyba równie istotna. Tutaj od ery pomruków i pohukiwań, przeszliśmy do ery skrótu i obrazka. Do stanu, w którym lepiej coś pokazać niż opisać. Dziś Sienkiewicz, Mickiewicz czy Prus umarliby z głodu. „Ogniem i Mieczem” wydawca pociąłby na kilkudziesięciostronicową broszurkę, a „Lalkę” czytalibyśmy  w formie komiksu :))