Zajączek

Domi ciągnęła mnie za nogawkę spodni.
– Tato, tato, narysowałam zajączka! Miała 4 lata.
– Śliczny zajączek Domi, co z nim zrobisz?
– Wrzucimy go na fejsbuczka? Tak! Wrzućmy go na fejsbuczka! – zapaliła się.

zajaczek
Założyłem fanpage. Zaprosiłem kilku znajomych. Domi narysowała jeszcze zajączka w kilku komicznych pozach i założyliśmy małą galerię. Na koniec dnia mieliśmy 10 fanów. Poszliśmy spać.
– Tato, tato – Domi budziła mnie o szóstej rano.
– Która godzina? Od której nie śpisz?
– Od czwartej, Szerlok mnie obudził. Już szósta, ale to nieważne. Zajączek ma już 250 tysięcy fanów!
– Chyba coś Ci sie przywidziało. Raczej 25.
– Nie, nie, 250 tysięcy, Mama pokazywała mi zera i uczyła o tysiącach. Chodź, wstawaj szybko, wszyscy do nas piszą.
Przetarłem oczy. Odpaliłem ipada. Strona miala 270 tys. fanów. Kiedy Europa spała, zajączek zawojował Chiny, Japonię, Koreę Południową, Wietnam, Tajlandię i parę ościennych państw. Nie odczytywałem komentarzy, były całe w krzaczkach, a Google Translate wariował. Wyciągnąłem telefon. Wybrałem Jasia. Jaś był specem. Po przeprosinach, że szósta trzydzieści, Jaś potwierdził swoim trenderem, że wszystko jest w najlepszym porządku i Azja pokochała zajączka Domi.
– Tato, tato – Domi miała usta w podkówkę – już kopiują naszego zajączka.
– Gdzie? Pokaż?
Domi odpaliła kilka stron. Miały po kilka tysięcy fanów. Ale rysowane tam zajączki były pokraczne, wykrzywione, złe i dziwaczne. Zajączek Domi był uroczy i miał w sobię magię, wypracowaną wieloma godzinami ślęczenia dziewczynki w programie graficznym.
– Tato, tato – prawie płakała – co możemy zrobić?
– Nic Domi. Twój Zajączek nie jest chroniony patentem, poza tym inni tylko się nim inspirują i nie można im nic zarzucić.
– Ale ja nie chcę – rozpłakała się. Mogłem ją tylko przytulić.
Poszedłem robić śniadanie.
– Tato, tato – ktoś do nas dzwoni! Hengautem, hengautem!
Okazało się, że to studio graficzne z Jakarty. Jakiś polski student był u nich na praktykach i szybko znalazł mnie na G+. Zadzwonił. Zrobili animację Zajączka i chcieliby wrzucić śmieszny film o jakiejś jego przygodzie. Za darmo. W zamian za reklamę studia na końcu filmu. Potrzebowali zgody autora oraz skonsultować pomysł na scenariusz.
Domi nie zjadła już śniadania. Wpadła w kreatywną dyskusję o scenariuszu.
Zadzwoniłem do Michała.
– Ty jakoś monitorujesz tym swoim Brand24 Indonezję? Możesz ich sprawdzić?
Okazało się, że to jedno z bardziej renomowanych studio graficznych w tej części świata. Wieczorem film był na YT i Vimeo. Fanpage miał już pół miliona fanów, Dynamika spadła, Azja poszła spać. Budziła się Ameryka.
– Tato, tato – zawołała Domi – telefon, ale ten normalny.
Dzwoniła Julia, asystentka Robin Roberts z Good Morning America. Zakochali się w Zajączku, a film ich oczarował. Powiedziała, że graficy Pixara mogą chłopakom z Jakarty buty czyścić. Zapytałem, skąd ma moją komórkę.
– Myśli Pan, że dla amerykańskich mediów jest to jakiś problem? – śmiała się serdecznie.
Rozłączyłem rozmowę. Podrapałem łysą głowę.
– Domi, Domi – zawołałem. – Może wymyślisz mu jakieś imię?

Z dedykacją dla Domi :))

PS. Wszystkie postaci powstały wyłącznie w wyobraźni autora, a ich podobieństwo do rzeczywistych osób jest przypadkowe. Lub prawie przypadkowe 😉

Przegrany wygrany

Ubrany w seksowne rajstopy, poprawiał burzę blond włosów. Żaden z nich nie mógł wpaść pasażerowi do kawy. Gotować nie musiał. W czerwonym wdzianku i starannie przystrzyżonych wąsach i brodzie, wytrwał 13 godzin lotu do Kuala Lumpur. Tak przegrywał zakład sir Richard Branson – charyzmatyczny właściciel linii Virgin Atlantic, pracując na pokładzie samolotu swojego konkurenta – AirAsia.


Poszło o wyścigi samochodowe i zakład w 2010r. z szefem Caterham F1Tony Fernandesem, o to czyj zespół będzie wyżej po zakończeniu rywalizacji bolidów w Bahrajnie. Stawką zakładu była praca w charakterze personelu pokładowego na pokładzie linii lotniczych rywala. Virgin Airways, w przypadku Richarda Bransona i AirAsia Tony`ego Fernandesa. Branson przegrywa rywalizację, daje sobie zgolić nogi, zakłada przyciasne, czerwone wdzianko, czerwone buty i maluje usta. Czy dla 63-letniego milionera, którego wartość majątku szacowana jest na ponad 4 miliardy dolarów, jest to dyshonor, prowokacja i grubymi nićmi szyty spisek? Zdecydowanie nie. Okazuje się, że wygrywa poczucie humoru, mnóstwo dystansu do własnej osoby i całkowity brak bąbelków, w mózgowej wodzie sodowej o nazwie ego.

To ciekawe wydarzenie, zdecydowanie natury public relations, powoduje że przegrany staje się wygranym. To o Richardzie Bransonie piszą wszystkie media, to jego zdjęcia pojawią się w wielu czasopismach, to filmiki z jego udziałem wypełnią wirusowo miliony komputerów. Przegrywając zakład, Branson wcielił się w rolę komicznego, pozytywnego bohatera masowej wyobraźni. Za niewielką cenę sprytnego przekształcenia na chwilę wizerunku, nie ponosząc w zasadzie większych kosztów, zyskując wycieczkę do Kuala Lumpur na koszt rywala – tworzy świetną reklamę własnej osoby oraz Virgin Altantic, korzystając z zasobów konkurenta. Całkowicie „przez przypadek” oblewając napojami Fernandesa podczas lotu.

Marzę, by polscy konkurenci, których wzajemne, osobiste uprzedzenia doprowadzają do skrajnych zachowań pełnych nienawiści – potrafili z humorem i dystansem podchodzić do wzajemnych relacji i konkurencyjności. Branson pokazuje, że można.

Warto jeździć pod prądem.

Zielony SAM wygląda sympatycznie. Łypie zielonymi oczkami, przypomina zabawkę i jest przeraźliwie mały. Zastanawiam się, jakby wyglądało bliskie spotkanie z tirem na słynnej „siódemce” Warszawa-Gdańsk. I jestem pełen obaw.

Jarosław Olechowski w bardzo ciekawy sposób opisuje rozwój rynku aut elektrycznych [Newsweek 26.7.2009 str. 44 „Jazda pod prądem”].

O ile wizja wartego miliardy dolarów rynku jest fantastyczna, o tyle trochę niewiele w niej tzw.” marketingowegu punktu widzenia”. Czytaj: punktu widzenia klienta. Autor z wyjątkową rzetelnością opisuje ten rynek ze strony dostawcy oraz organizacji wspierających finansowanie badań. Ale czy potrafił odpowiedzieć na podstawowe pytanie: kto będzie klientem tego rynku i w jakim stopniu się zaangażuje.

Spróbuję odnieść się do kilku prezentowanych tez:

Teza 1
„Podróż z Warszawy do Gdańska za 10 zł.”

Jeśli autem jadącym z prędkością max. 90 km/h ( czytaj – średnia prędkość 40-50 km/h) – pokonam 400 km przez 9 godzin z kawałkiem … . Zasięg 100km oznacza czterokrotne ładowanie. Niezbyt miła perspektywa. Przy aucie za 60 tys. zł. moje uwarunkowania ekologiczne mogą runąć z kretesem, szczególnie podczas wyprzedania przez co leciwsze maluchy i wozy konne. Poprawienie osiągów ? To wszystko oczywiście oznacza wzrost zużycia źródeł zasilania, zmniejszanie wagi itp. Wspomagające systemy fotowoltaiczne ? Jest to jakieś rozwiązanie – pytanie o sprawność, koszty itp.

Konkluzja: nie jestem pewny na ile istniejące rozwiązanie ma szansę wyjść poza istotę ciekawostki technologicznej i gadżetu dla fanatyków.

Teza 2
Pomysł w Szwajcarii nie chwycił.

Próba implementacji SAMa w Szwajcarii nie powiodła się. Według autora artykułu, przegrał ze skuterami i rowerami. Jednak mnie osobiście nie daje spokoju dręcząca myśl o złym pozycjonowaniu… Nie znam żadnych wyników badań ani danych dotyczących tego przypadku. Jednakże moim skromnym zdaniem, jeśli pozycjonowano SAMa jako KONKURENCJĘ dla powyższych środków transportu – to o porażkę wcale nie było trudno. Budowanie w związku z tym tezy, iż „pomysł nie chwycił” wydaje się zbyt daleko idącym uproszczeniem. SAM jest rewelacyjnym konceptem auta. Podkreślam AUTA, a nie roweru czy motoroweru. W umyśle potencjalnych klientów powinno się tym samym pojawić odpowiednie skojarzenie.

Konkluzja: być może klienci nie odrzucili pomysłu tylko został on źle sprzedany ?

Teza 3
Oryginalny design (SAMa) ma skusić młodych, zamożnych konsumentów.

Eksperci twierdzą (jacy ? ), że „pomysł może chwycić. cyt. „młodzi Polacy jak mało kto w Europie złaknieni są takich gadżetów”. Pięknie powiedziane. Ale jakoś mam dziwne przeczucie, że „gadżet za 60tys.” nie będzie artykułem pierwszej potrzeby młodych i zamożnych konsumentów. Podobnym „gadżetem” miał być Smart. Miał … Warto może podyskutować o FUNKCJONALNOŚCI auta, a nie gadżetomanii. Mody młodzieżowe jeżdżą na niezmiernie pstrych koniach. Gdyby SAM był elektrycznym quadem albo motocyklem – to kto wie … Ale obawiam się, że we wspomnianym segmencie cenowym, ilość alternatyw dla zamożnego konsumenta jest na tyle duża, że można mieć pewne wątpliwości.

Design jest fajną rzeczą. Ale chciałbym jeszcze zobaczyć testy zderzeniowe tego autka ( chyba, że nie będzie przeznaczone do użytku na drogach publicznych).

Konkluzja: design, ekonomia i ekologia to fajna rzecz, ale bezpieczeństwo jazdy jest ważniejsze

Teza 4
Lubimy się chwalić technologicznymi nowinkami. Szpanuje prawie co czwarty z nas.

Trochę mnie to rozbawiło. Opisywane w artykule badania, dotyczą raczej ogólnodostępnych gadżetów dla tzw. klasy średniej. A nie aut – nawet traktowanych jak gadżet. Motocykle Harley Davidson, nowa wersja Garbusa – to przede wszystkim „legendy”, a nie gadżety.

Dla niektórych szpan to ważna rzecz, ale wyłącznie wtedy gdy dotyczy nowej komórki, laptopa czy kreacji. Autko – jakkolwiek kultowe by nie było, ocenia się jeszcze w kontekście bezpieczeństwa, komfortu, stabilności jazdy i paru innych czynników. Porównanie iPhona z SAMem uważam za pewne nieporozumienie.

Konkluzja: iPhone to jednak nie samochód

Teza 5
Można skłonić młodych ludzi do zakupu, poprzez model formę finansowania źródła zasilania.

Pomysł jest bardzo ciekawy. Nie ukrywam, że ciekaw jestem jak rozwiązują sprawę prawnicy firm ubezpieczeniowych ( np. z auta ginie wyłącznie akumulator). Ale nawet jeśli relacja finansowania będzie 50/50, to podobne formuły stosują normalne firmy samochodowe i nie jest to niczym unikatowym. Najprostszy leasing dotyczy relacji 80/20 (20% opłaty wstępnej, 80% finansowania). A czy firma leasinguje akumulator, karoserie czy opony nie ma istotniejszego znaczenia. Bez względu na formułę, ktoś i tak musi pokryć koszty wytwarzania i tutaj cudów nie ma. Wydaje się, że koszty będą i tak zbliżone do klasycznych kosztów leasingu. Chyba, że producent akumulatorów ma wyjątkowo płynne aktywa 🙂

Konkluzja: to inwestycja jak każda inna – bez względu na formułę finansowania, inwestorzy i tak muszą osiągnąć swoje zyski, a producent pokryć koszty wytwarzania. Sztuk nie ma 🙂 Mamienie „autkiem za złotówkę” niczym telefony komórkowe, jest pewną przesadą. Chyba, że mówimy o ok. 1.700 zł. miesięcznej autoraty + odsetki od kapitału w okolicach 20% 🙂

Teza 6
W Polsce powstaną pierwsze stacje ładowania.

To miłe, że Unia dotuje takie przedsięwzięcia :)) Pozostaje wiara, że będzie rzeczywiście CO do nich podłączyć. 23 mln zł. na 140 punktów ładowania to już coś. Jednak ciekaw jestem ile samochodów rocznie będzie obsługiwana we wspomnianych punktach ? W tekście nie ma informacji ile dziś jeździ elektrycznych aut po naszych drogach. Wyłączając auta hybrydowe. Ile BYDe6 planuje sprzedaż w Polsce importer ? I czy na pewno w Warszawie, Krakowie, Katowicach, Sopocie i Mielcu. BYDe6 ma kosztować prawie 90tys. Porównywanie go z Toyotą Prius … hm … Może najpierw wróćmy do tych testów :). Nie umniejszając chińskiemu koncernowi BYD, ale to że posiada on olbrzymie doświadczenie w produkcji akumulatorów, nie oznacza olbrzymiego doświadczenia w produkcji samochodów … To jednak drobna różnica. Poza tym, „szybkie ładowanie” w przypadku mazdy 2 (20 minut) trochę odbiega od czasu przeciętnego tankowania (2 minuty).

Z kolei przerabianie aut spalinowych na elektryczne to naprawdę rewelacyjny pomysł. Podobnie jak rozwój hybryd czy poszukiwanie formuły lekkich i wydajnych ogniw.

Konkluzja: oby pierwsze autka nie były wyposażane w dodatkowe przyczepki na baterie 🙂

Resume:

– auta elektryczne to fajna sprawa. Jednak przy parametrach zasięgu (100km) i prędkości (90km) mogą być idealne jako auta miejskie. Świetne dla wypożyczalni. Standardowo wyposażane w GPS. Być może wspomagane ogniwami fotowoltaicznymi. Mogą się sprawdzić w branży turystycznej, szczególnie tam, gdzie ważna jest ekologia. Egipt, Kreta, Tunezja, Włochy, Hiszpania … Dodajmy do tego jakichś prosty system wymiany źródła zasilania typu „click-click” :)) A może nawet systemy typu „Park & Ride by Electric Car” ?

– ładowanie akumulatorów nie może trwać dłużej niż … tankowanie paliwa czyli … chwilę. Co to oznacza ? Wymianę – tak jak wymienia się toner czy baterię. To z kolei wymaga standaryzacji, a to z kolei międzynarodowego porozumienia producentów itp. Chyba, że znów wygra jakichś standard, który zaakceptują wszyscy. Jeżeli auta całkowicie elektryczne mają się sprawdzić na dłuższych trasach – to jest to jeden z istotnych kierunków. Pomijając zwiększanie wydajności ogniw, skracanie czasu ładowania czy inne rozwiązania alternatywne. Najciekawsze byłoby ładowanie bezprzewodowe korzystając z doświadczeń Tesli :)) Kto wie, może kiedyś :))

– klient auta elektrycznego, nie różni się niczym od klienta auta zasilanego innym rodzajem paliwa. Jeżeli auto elektryczne zapewni mu podobne zaspokojenie oczekiwań to na pewno odniesie spektakularny sukces ( ze względu na niezaprzeczalne plusy ekonomiczności czy ekologii).

– rozwój osobowych aut elektrycznych budzi tak wiele emocji. Tymczasem rozwój tej technologii mógłby się też sprawdzić w napędach transportu miejskiego ( renesans trolejbusów), hybrydowych ciężarówkach i półciężarówkach, elektrycznych motocyklach czy wspomnianych quadach.

– nie mam pewności, czy budowa alternatywnego dla stacji benzynowych, systemu ładowania akumulatorów, będzie optymalnym rozwiązaniem. Dla istniejących stacji benzynowych, może być to dodatkowy element infrastruktury (przykład: poszerzenie sprzedaży o gaz). Zrozumiałe jest, że prąd jest tu konkurencją, ale jestem przekonany, że będą decydować … klienci. Rachunek ekonomiczny stacji ładowania w skali mikro, która ma się utrzymać z bardzo nielicznych jeszcze aut elektrycznych, może być początkowo mocno ujemny. Chyba, że będą to stacje bezobsługowe, z minimalną infrastrukturą .

– zwolennicy aut elektrycznych konkurują z badaniami innych źródeł zasilania. I wszyscy pod hasłem „zielonej energii” sporo inwestują.

Chciałbym jeszcze dziś przesiąść się do elektrycznego samochodu. Pod warunkiem, że zapewni mi co najmniej dotychczasowe możliwości PLUS ekonomia i ekologia. Albo przynajmniej nie będę musiał rezygnować ze zbyt wielu oczekiwań. Dlatego trzymam mocno kciuki za SAMa i bardzo mu kibicuję ! Choć wydaje się, że najpierw wymyślono produkt, a następnie zaczęto się zastanawiać jak go pozycjonować. A to trochę ryzykowna i wyboista ścieżka. .

Jak sobie podwyższać ciśnienie dzięki DHL.

O ludzkich automatach w korporacjach, można pisać tomy. Zawsze, kiedy mam do czynienia z „roboludźmi” staje mi przed oczami znana skądinąd społeczność Borga oraz Królowej, jako mitycznego szefa.

Tym razem walczyłem z DHL (pewnie nie pierwszy i ostatni raz). Lekcja, jaką zawsze wynosi się z takich przypadków jest następująca:

1. W procedurach DHL nie istnieje definicja „empatii”. Również wielu konsultantów nie rozumie tego pojęcia.

2. Jeśli procedura zakłada 2 h na przyjazd kuriera, to nie jest to 1,30 ani 1,45 ani 1,55. 2 h to 2 h. Nawet przy pilnych przesyłkach, bezpośrednim kontakcie z kurierem i ewentualnych ustaleniach czy „coś można z tym zrobić”. Trudno mieć pretensję. Procedura to procedura. Piloci odrzutowców twierdzą, że wypadków lotniczych byłoby 30% więcej, gdyby ścisle trzymali się procedur.

3. Bądź gotowy, na opowiadanie swojej historii zlecenia co najmniej kilkukrotnie, nowym konsultantom z którymi nawiązujesz połączenie. Oczywiście, każdy z tych konsultantów nie ma zielonego pojęcia o wcześniej poczynionych ustaleniach jak też nie są one w jakichś sposób notowane. Im ważniejszy status Twojej przesyłki – tym Twój poziom emocji rośnie wprost proporcjonalnie. Jednocześnie odwrotnie proporcjonalnie rośnie zainteresowanie rozwiązaniem Twojego problemu. Na dodatek, musisz się mocno kontrolować (żeby nie stracić kontroli :))). Wiadomo, wkurzonemu, dyskutującemu i marudzącemu klientowi nawet Buka nie pomoże, a co dopiero biedny konsultant … Kto wie, może nawet dostanie status ‚Wrzeszczącego Staruszka” i wprowadzą go na czarną listę GCKK czyli Głównych Chamów Kontaktujących się z Korporacją

4. Konsultant potrafi bez mrugnięcia oka kilkunastokrotnie powtórzyć to samo zdanie jak mantrę. Przypomina się starosocjalistyczne „nie ma. nie ma. nie ma. nie ma” lub patrz: notka o konsultancie Orange.

5. Jeśli godziny pracy odbiorcy są określone np. godziną 16 i centrala o tym wie, to zawsze masz pewność, że kurier przybędzie po odbiór przesyłki o 17:50, nie zastanie odbiorcy, będzie miał pretensję do centrali, Ciebie, odbiorcy oraz strzeli focha, polegającego na niechęci odbioru przesyłek z tego miejsca przez kolejne pół roku ( czytaj: Prawa Murphiego).

6. Jeśli udało Ci się uzyskać imię i nazwisko konsultanta (-tki) – to ponowna próba nawiązania z nim kontaktu spełźnie na niczym. Choćbyś nie wiem jak się spinał, usłyszysz że nie ma możliwości przełączania między konsultantami. Co skutkuje efektem patrz pkt. 3.
Konkluzja: zapisz sobie co powiesz konsultantowi, aby następnie to przeczytać kolejnemu.

7. Rozwiązanie problemu odbioru sformułowaniem ” A czy ta osoba nie może sama dostarczyć do nas tej przesyłki?” powoduje nieodpartą chęć wysłania ekipy DHL na szkolenie organizowane przez FedEx i prowadzone przez Toma Hanksa …

Propozycje dla serwisu internetowego DHL:

1. Zlikwidować limit 30 znaków przy wpisywaniu danych firmy lub w części Zamów kuriera/ wybrany odbiorca wprowadzić pole tekstowe „Uwagi”.

2. Wprowadzić pole, pozwalające na precyzyjne dodanie instrukcji dla kuriera ( np. pukać trzy razy w parapet, ostrożnie zły chomik lub telefon kontaktowy do osoby, która ma chociażby przekazać przesyłkę ….). Chyba, że będzie tę funkcję spełniać pole „uwagi”

3. Zdefiniować statusy przesyłek. Status przesyłki „zamknięte” może oznaczać „przesyłka nieodebrana” ale i „zlecenie zrealizowane”. Tak jak „zamyka” się projekty. Konia z rzędem temu, kto znajdzie na stronie www DHL definicje statusu przesyłek. W innych serwisach pojawia się ikonka ze znakiem zapytania i wyjaśnieniem co to oznacza …

4. Jeśli system informuje automatycznie mailem o zarejestrowaniu zlecenia, mógłby również czynić to samo w przypadku jego realizacji bądź pewnych problemów. Np. „zlecenie nie zostało zrealizowane. Skontaktuj się z centrum obsługi w celu określenia statusu przesyłki”. Zawsze to lepsze, niż dzwoniąca z numeru „prywatny”, nie przedstawiająca się konsultantka, która zostawia wiadomość na poczcie głosowej. Wielu w dobie internetu częściej przegląda pocztę elektroniczną niż przesłuchuje (sic!) pocztę głosową …

To tyle w kwestii Poradnictwa Marketingowego 😉

PS. DHL w końcu wywiązał się z zadania. Coś, co standardowo powinno zająć 15 minut – trwało kilka godzin. O stanie emocjonalnym nie wspominając 🙂 Ale od dawien dawna wiadomo, że coś co brzmi „niestandardowo” dla zmakdonaldyzowanych korporacji bywa niezmiernie trudne do realizacji …

EFFIE dla Ojca Dyrektora !

O umiejętnościach konglomeratu medialnego Ojca Dyrektora wiemy już od dawna.

Jednak umiejętność przekucia pejoratywnego „moherowego beretu” w oryginalny i rozpoznawalny „totem komunikacyjny” dla mas – to rzeczywiście mistrzostwo zmiany konwencji w stylu disruption. Moim skromnym zdaniem, Jean Marie Dru byłby dumny.

W kategorii upominków reklamowych to dla mnie EFFIE 2009 ….


Klienci, klienci,klienci … Któraż to korporacja, nie marzyłaby o tak licznych spotkaniach swoich Lojalnych Klientów ?

Pomarańczowi Inteligentni Inaczej

Dzwoni jakiś Pan. Zaczyna klasycznie słowotokiem :„DzieńdobrydzwonięzfirmyOrangeichciałbymPanuzaproponowaćnasząnajnowsząusługęnowychtaryftelefoniocznychdziękiktórym” itd.
W czasie bezdechu konsultanta udało mi się wtrącić pytanie:
„Ale dlaczego? „
Na co uzyskałem odpowiedź
„PonieważdziękitemuoszczędziPanwielepieniędzyponieważnaszerozmowybędątańsze…..itd.”
Przy kolejnym bezdechu, wtrąciłem ponownie:
„Ale po co? „
„Tanaszausługanowychtaryftelefonicznychumożliwiaznaczneoszczędnościprzyprowadzeniurozmów….”itd.
Ponownie wstrzeliłem się w bezdech …
„Ale dlaczego” ?
Odpowiedź:
„PonieważdziękitemuoszczędziPanwielepieniędzyponieważnaszerozmowybędątańsze…..itd.”
i kolejne…
„Ale po co ? „
„Tanaszausługanowychtaryftelefonicznychumożliwiaznaczneoszczędnościprzyprowadzeniurozmów….”itd.

Nasza urocza konwersacja z Pomarańczowym Konsultantem trwała około 5 minut. Mina Joanny – bezcenna 🙂
Wydaje się, że gdybym nie przerwał tej pętli „Ale dlaczego?Ale po co?” – trwałaby znacznie dłużej.

Zrozumiałem już, dlaczego moja walka z Pomarańczowymi o poprawę zasięgu w centrum kilkusettysięcznego miasta nie ma sensu. Po prostu są oni Nakręceni Inaczej. Nie na myślenie, ale na odtwarzanie. Jestem atakowany ofertami – pomimo wycofania zgody na przetwarzanie danych do celów marketingowych. Komuś się nie chce zajrzeć na zakładkę w CRM …:) Jako klient – nieustannie zbywany, lekceważony, traktowany niepoważnie i posiadający poważne zastrzeżenia do serwisu operatora. Ale głos pojedynczego abonenta – to głos wołającego na puszczy … To już nawet biblijne przykłady zajmowania sie jedną zagubioną owieczką nie pomagają …

Dla Pomarańczowych – jestem cyfrą w statystyce. Rekordem w bazie danych. Z którym komunikują się automaty – w jedną i drugą stronę. Po co zatrudniać armię konsultantów ? Kupcie Iwonę Ivo Software – wyjdzie taniej niż pensje ludzi, robiących to samo …

PS. Polecam Jerzy Wittlin ‚Dla tych, którzy pierwszy raz” – rozdział o przemówieniach …I ściądze …

Policjanci i kowboje ….

Jeżeli nie rozumiemy jakichś procesów – łatwo nam przychodzi wierzyć w teorie spiskowe. Opcje bankowe, które  stają się zmorą wielu przedsiębiorców stały się dziś obiektem zainteresowania wielu różnych hm… organizacji.  Wydaje się, że problem (nazywany słowem na „K” czyli karnawałem …) jest odrobinę szerszy. I dotyczy bardzo szybkiej erozji zaufania nie tyle do banków, ale instytucji finansowych w ogóle. Dzisiejsza GW informuje, że NBP  szkoli księży z zakresu efektywnego zarządzania finansami. Szczytna ( żeby nie powiedzieć „świę(e)t(n)a” idea. Pytanie – gdzie było NBP, kiedy trzeba było wytłumaczyć niektórym przedsiębiorcom istotę ryzyk opcyjnych i mikrodruk umów zawieranych z niektórymi bankami. Pytanie – gdzie byli niezależni analitycy finansowi ( a mamy  takich w RP ???), którzy nie reprezentują jakichś banków, a niezależne, duże i wiarygodne instytucje finansowe ( a są takie??? ) …. Pytanie – gdzie byli wróże i wróżki ( podobno to ostatnio nawet zawód), którzy autorytatywnie by stwierdzili, że ich źródła analiz danych są bardzo podobne do źródel analiz danych, najtęższych głów statystycznych …. „W ekonomii nie ma może tak, a może tak” – jak mawia Tomasz Olbratowski. Jest „albo tak, albo tak”. Trzeba być prezycyjnym …. 

Dawno, dawno temu, kiedy powstawały pierwsze zręby rynków finansowych, każdy pożyczający pieniądze na procent nie był darzony szczególną estymą. Przez te kilkadziesiąt lat, świat uległ przeobrażeniu na tyle, że dziś nie może funkcjonować normalnie, bez pożyczonego pieniądza. Jednak zawsze przeciętny szarak, gdzieś wierzył, że jeśli nie opatrzność czuwa nad jego kasą, to zawsze będą to jakieś mechanizmy kontrolne. Jeśli nie państwowe, to przynajmniej branżowe. Instytucje finansowe, nomen omen – zawsze uważane były za instytucje, które powinny cieszyć się szczególnym zaufaniem społecznym. Przypadki ostatnich miesięcy, dobitnie dowodzą, że najznakomitsze (wydawałoby się ) banki i fundusze, zachowują się niczym grający w 3 karty lub kubki – Franciszek Dolas na marokańskim targowisku …. (Dla dociekliwych : te 3 kubki to Europa, Azja i Ameryka Północna 🙂

Oczywiście, każdy przedsiębiorca wie i rozumie zasady ryzyka w prowadzonej przez siebie dzialalności. Gdyby tego ryzyka nie kalkulował, poszukałby sobie jakiejś bezpiecznej pracy lub żył z odsetek. Jednak każdy przedsiębiorca rozumie również istotę hazardu. Jeśli komuś zapewnia to zastrzyk adrenaliny lub ma ochotę na odrobinę rozrywki – idzie po prostu do kasyna. Tam może skorzystać z różnych gier, o różnym stopniu ryzyka, stawki, skomplikowania itp. Uczestnicząc w tej grze, świadomie podejmuje ryzyko przegranej bądź wygranej. I najważniejsze – to nie kasyno przychodzi do niego (jednocześnie „zadymiając” atmosferę i sugerując, że kasynem nie jest …), ale on musi się do niego wybrać ….

Im więcej czytam i dyskutuję na temat opcji i forwardów, tym bardziej nie potrawię się oprzeć wrażeniu, że to masowa skala „kasyn, które przyszły do klienta”. Kasyn na pograniczu prawa, gdzie mało który przedsiębiorca miał  tak naprawdę świadomość czym ryzykuje. Trochę według zasady – jak wygrasz, dostaniesz 100 zł., a jak przegrasz – musisz zapłacić 10.000 zł. Problem leży w tym, że podobno banki nie są kasynami ( w sensie działalności,  zaufania, etyki prowadzonego biznesu). Ani kasyna bankami. Dziś jednak okazuje się, że najważniejsze filary i podwaliny finansowego świata przypominały krupierską ruletkę. Na dodatek z elementami, zapewniającymi ostateczną wygraną kasyna zawsze… I to jest najtragiczniejsze.

Wszystkim polecam film „Amok” ze świetnym Mirosławem Baką.

Ten straszny NetArt

Dawno.. dawno temu, za gorami za lasami – pracowalem dobre 2 tygodnie nad serwisem www. Korzystalem z serwerow NetArtu, w ramach wersji demo. Kiedy minal dwutygodniowy okres probny – dokonalem niezbednej platnosci. Ale niestety … doszla ona do firmy juz po terminie. 
Kiedy probowalem ostatkiem dobrej woli – rozmawiac z konsultantami tej firmy, spotkalem sie ze zjawiskiem klasycznego „tumiwisizmu pospolitego”. Uzyskalem odpowiedz, ze dane sa z serwerow kasowane na amen i koniec kropka – „Roma locuta – causa finita ….” 
Moja dwutygodniowa prace trafilo to co zawsze trafia w takich sytuacjach. Coz, musialem wykonac ja ponownie. Jednak duch tumiwisizmu nadal wisial nad moimi relacjami z NetArt. Dal znac o sobie po raz kolejny, gdy rejestrowalem domene http://www.blueoceanstrategy.pl. Popelnilem literowke – zamiast „blueocean” napisalem „bluocean”. Zaplacilem karta kredytowa – traksakcja weszla, przyszlo potwierdzenie. Zgodnie z Prawami Murphego – najczesciej wtedy widac popelnione bledy … Ponownie NetArt odpowiedzial mi, ze „nic nie mozna zrobic”. Gdybym NIE PLACIL karta kredytowa, moglbym naprawic ten blad, a tak … zaplacilem za nadgorliwosc. Nie moglem oprzeć się wrażeniu, że również tutaj funkcjonuje zasada „Mamy Cię!” („mamy Twoją kase – Kliencie i Twoje problemy nas już nie interesują …). 
Od tej pory swiadomie i z premedytacja lekceważę konsultantów o oferty firmy NetArt. Z racji mojej aktywnosci, próbują mnie adorować dość często. Zmakdonaldyzowana machina sprzedaży firmy, automatyzuje oferty, a ja czekam – kiedy KTOKOLWIEK zaproponuje niezadowolonemu klientowi COKOLWIEK czytaj … czy ktoś ZAWALCZY o moje pieniądze. Ostatecznie … mam u nich zaparkowanych 12 domen …

"Esfik" czyli Efektowny Strzał Focha Klienta

Esfik trzeba by na procedure rozpisac 🙂

Wlasnie sprawdzilem wszystkie swoje banki :))))
Cale 3 sztuki 🙂 NIE MAM zadnych mozliwosci na zmiane systemu Visa na
Mastercard. Koniec kropka :)) To bank za mnie decyduje – w jakim systemie
mam operowac. Kiedys byly banki oferujace karty w wybranym przez siebie
systemie.

W zwiazku z tym – nie mam mozliwosci zrobienia show pod tytulem „Efektowne
Strzelenie Focha Klienta” :))) i bezkolizyjnej zamiany jednego systemu kart
na innych. Stad postawa szefowej Visa Europe nie dziwi … Komunikacja
korporacyjna w stylu ” Mamy was klienci bankow w glebokim powazaniu.
Zalatwiajcie sobie to z bankami. Naszej pozycji i tak to nie zagraza”.

Nie chodzi o to ze CHCIALBYM zmienic system. Chcialbym MIEC MOZLIWOSC
dokonania takiej zmiany.
Klienci wsciekaja sie przede wszystkim na banki – gdzie slysza „to nie my –
to VISA” :))))

VISA: zabierz ze mną wolność ?

Kulisy wielkiej awarii, Visa chowa głowę w piasek
(PAP, pb/18.01.2008, godz. 06:19)
„Dziennik” ustalił kulisy wielkiej awarii, przez którą tysiącom klientów banków pieniądze wyparowały z kont. 

Według gazety, system rozliczeniowy zepsuł się w podlondyńskim centrum informatycznym Visy, największej na świecie organizacji płatniczej. Tyle że Visa nie powiadomiła o tym większości polskich banków, te o kłopotach dowiedziały się od klientów.

Visa oficjalnie poinformowała o awarii dopiero we wtorek wieczorem, i to na swoich wewnętrznych stronach internetowych. Polskie banki – PKO BP, mBank i MultiBank – nie dostały żadnego sygnału alarmowego od Visy. Podobnie BZ WBK, który sam wpadł na trop błędów w rozliczeniach transakcji. Telefonu z ostrzeżeniem doczekał się natomiast ING Bank Śląski. Ale to wyjątek, bo z reguły centrala Visy w czasie największego natężenia kryzysu milczała.

Małgorzata O’Shaughnessy, dyrektor generalna Visa Europe w Polsce, uważa, że wszystko jest w porządku. „Nie będę za pośrednictwem »Dziennika« uczyć banki, jak komunikować się z Visą. Co więcej – Visa nie ma zamiaru pokrywać strat klientów, jakie spowodowała awaria. Z tym muszą uporać się same banki” – dodaje.
————
Wysluchalem dzisiaj w radiu (bodajze „Zet”) wypowiedzi szefowej VISA w
Polsce w kontekscie ostatnich problemow. Zdaje sie, ze VISA ma blade pojecie o spolecznej odpowiedzialnosci biznesu, jaki prowadza. Przynajmniej w Polsce. Wypowiedz mozna bylo odczytac :
– w zasadzie nic takiego sie nie stalo
– problem dotyczy jakiegos niewaznego ulamka klientow (bodajze 1000 osob
przy kilkunastu milionach uzytkownikow systemu)
– firma nie poczuwa sie do zrekompensowania klientom ich problemow
– w zasadzie to chodzilo o jakies drobne kwoty ( czytaj: i po co ten caly
halas?)

Klasyczne wypowiedzi nieomalze monopolisty 🙂 Suchy komunikat VISA Europe. KK – czyli korporacyjna klasyka. Martw sie Kowalski, martw … Jak na koniec miesiaca zostalo Ci 500 zl. na
koncie – wyplaciles 100, a zaksiegowalo 500 🙂 Kiedys wroci :))) Empatia zerowa

Kamil Niemira z grupy internetPR.pl napisał(a):

Nie chce mi sie wierzyc w taka wpadke tej Pani, ktora „od zawsze”
kieruja polska VISA. I zawsze z szacunkiem patrzylem na doskonaly
wizerunek firmy, ktory udawalo sie jej (zespolowi?, agencji PR?)
budowac w Polsce.

No ale moze rzeczywiscie jej sie cos pokickalo i palnela cos rownie
„milego” dla klientow. No, ale zaplaci za to. I to bardzo.
Z drugiej strony znajac PR korporacyjny nie zdzwilbym sie, gdyby
realizowala po prostu scisle zalecenia centrali, ktora w przypadku
takich kryzysow miedzynarodowych wysyla podobny komuniukat na
wszystkich rynkach, ktorych on dotyczy. O tym sie dowiemy dopiero za
kilka tygodni, jak ta historia zostanie dokladnie opisana w mediach.
Jesli by tak bylo, to swiadczy to tylko zle o centrali. A postepowanie
tej Pani scisle wedlug wytycznych w sytuacji, gdy golym okiem widac,
ze nie sa one prawidlowe ocenia jej szefowie. Obecni i byc moze kiedys
– przyszli.
A ze problem jest gigantyczny wystarczy sobie uswiadomic patrzac nie
na liczbe rzeczywiscie poszkodowanych klientow, ale na liczbe
zaniepokojonych klientow, ktorzy musieli w bankach sprawdzac swoje
saldo. Jak np. ja. I moi bliscy.
——–

Stare przyslowie rzymskie mowi :)))
„Zagrozenie moze byc fikcyjne – strach jest PRAWDZIWY”.
Moim zdaniem kazdy boss od PR w firmach o szczegolnej odpowiedzialnosci spolecznej (banki, ubezpieczyciele, producenci aut, farmaceutykow a moze i nawet prezerwatyw …. :))) – powinni sobie je powiesic obok tabliczki „Zyski – glupcze” .