Jak radzić sobie z hejterami? Jacek Kotarbiński o swojej nowej książce #hejtolandia

Jacka przedstawiać nie trzeba – jego książka pt. „Sztuka rynkologii” dla wielu stała się obowiązkowym elementem domowej biblioteczki, a felietony w HARVARD BUSINESS REVIEW, MARKETER+ czy wpisy na blogu  zawsze niosą ze sobą dawkę konkretnej wiedzy. Na warsztatach przed imprezą „Blog Roku” prowadził panel o hejterstwie. Tam usłyszałem o planowanej książce i postanowiłem „pociągnąć temat”.

Czytaj dalej „Jak radzić sobie z hejterami? Jacek Kotarbiński o swojej nowej książce #hejtolandia”

Sparring z kukłami

Wiktor Suworow, słynny rosyjski agent GRU miał kiedyś problem z identyfikacją pojęcia „kukła” w Specnazie. Jego przełożony, pułkownik Krawcow dyskretnie objaśnił, że „kukła” jest skazanym na śmierć osobnikiem, któremu przed wykonaniem wyroku daje się jeszcze szansę egzystencji w specyficzny sposób. Jako worek treningowy dla oficerów. Bynajmniej nie dla rozrywki. „Kukła” nie ma bowiem nic do stracenia, a dla trenujących jest to realna symulacja rzeczywistej walki, której nigdy nie doświadczysz markując ciosy.

Dziś swoiste „kukły” czy „golemy” występują w elektronicznym świecie. Anonimowi, złośliwi, wredni, nie szanujący nikogo i niczego. Bydlęta bez twarzy i twarze bez godności. Czujące się w pełni bezpieczne w swych elektronicznych grajdołkach, czychające za węgłem na byle powód by dokopać. Z owych golemów żyje całkiem pokaźna grupa elektronicznych mediów, gwarantująca sobie dzięki temu oglądalność i „fame”, co przekłada się na zainteresowanie różnych grup reklamodawców.

Gwiazdy mogą płakać, wypisywać się z Facebooka i Twittera, nie otwierać komputerów i nie kupować kolorowych pism. Ale to nic nie da. Oni i tak tam będą, bo na nich opiera się część systemu „dojenia z kasy” (fraza „zarabianie pieniędzy zupełnie mi tu nie pasuje). Im bardziej Cię znają, tym większym obleją błotem. Im mniej o Tobie wiedzą, tym bardziej fantastyczną historię wymyślą. I Twoje sprostowania czy zaprzeczenia, służyć będą kolejnej pożywce. Jeśli ktokolwiek zwróci na nie uwagę.

To takie dyskusje zalewają dziś media. Niczego nie rozwiązujące. Prowadzące do bezsensownej młócki i atmosfery typowej dla magla. To już przestało być domeną publicystyki niskich lotów. Wdziera się jak rak do programów, które choćby z racji autorytetu prowadzących powinny być jakościowo dobre.

Mam paru znajomych, z którymi świadomie nie poruszamy pewnych tematów. Zbyt różnimy się w swoich ocenach, szanując to jednocześnie. I w niczym to nie przeszkadza, mamy bowiem mnóstwo innych, nie mniej pasjonujących. Dalej się lubimy lub różnimy z zachowaniem wzajemnego szacunku.

Ale należy być przygotowanym na hejtowe kampanie. Żeby walczyć – trzeba ćwiczyć. Dlatego czasem ląduję na kolorowych forach i walczę z internetowymi kukłami. Anonimowo. Dla wprawy. Nikt bowiem nie zna dnia ani godziny.

Krowy zwodzone

Gdyński hotel. Ustawione wokół siebie auta pewnej telewizji. Trwa kolejne nagranie znanego formatu programu kulinarnego. Ożywiona dyskusja kierowców i obsługi. Padają ostre, niecenzuralne słowa. Przypalają kolejne papierosy. W dresach z kapturem i roboczych ubraniach, wyglądają jak stadko żuli. – Tej wyfiokowanej blondi chyba totalnie odbiło – mówi jeden z nich. – Mam dosyć jej kaprysów i tego całego programu. Przechodzień wyciąga komórkę. Wychodzi genialne zdjęcie. Słyszy świetną historię. Wystarczy trochę ubarwić, dodać chwytliwy tytuł i materiał na tabloidowy serwis gotowy. To udane popołudnie.

Powyższy fakt miał miejsce przed chwilą. Zgadnij, jaka część z niego jest prawdziwa, a jaka fałszywa? Ale tak współcześnie funkcjonują tabloidy. Nieważne czy Pani A rzuciła w Panią B czymś miękkim i cuchnącym. Czy odwrotnie. Liczy się tylko smród.

Czytelnicy takich „materiałów” i widzowie podobnych im programów, są jak „zwodzone krowy, prowadzone na ceremonię dojenia z kasy„. Pisemka kolorowe nie są ani prawdziwe, ani rzetelne. Nawet nieszczególnie emocjonujące. Żerują w sferze „marzeń” o lepszym życiu lub emocjonowania się życiem znanych z tego, że są znani. Na dodatek wmawia się im (czytelnikom i widzom), że właśnie tego chcą. W gospodarce rynkowej nie jest to niczym dziwnym. Ostatecznie są ludzie, którzy zarabiają na chleb na wiele gorszych sposóbów niż publikacja treści opartych o faktoidy i ogłupianie innych. Wróżenie przez telewizję czy telegry nie są przez prawo zakazane. Ostatecznie każdy ma wolną wolę i ze swoimi pieniędzmi może robić co chce.

Ale w tym świecie funkcjonują osoby, uważające się za celebryckich ekspertów. Żyjących z analizowania ich życia, pouczania w sferze wystąpień publicznych, zabierających głos w sferze publicystycznej i pozycjonujących się na guru. Kiedy okazuje się, że za tą fasadą „profeski” jest tylko hipokryzja, rodzi się Pani Dyzma.

Naukowiec czy ekspert najczęściej ośmiesza się brakiem obiektywizmu. Naturalnie, że nikt nikomu nie zabrania posiadać własnych poglądów czy preferencji. Tyle, że wyraźnie należy oddzielić analizę wizerunku znanej osoby, od własnych wobec niej uprzedzeń.

W filmie „Testosteron”, piosenkarka Alicja, kreuje „event” by sprzedać swoją nową płytę. Czy wydawanie książek, których promocja opierać się będzie na prowokacjach celebrytów by nazwisko i tytuł przewijał się w mediach stanie się nowym standardem? Rozumiem prowokacje piosenkarzy, artystów,  znanych skandalistów, anonimowych twarzy pragnących mieć swoje pięć minut. Nie rozumiem prowokacji kogoś, kto chce uchodzić za eksperta. Chyba, że jest się Panią Dyzma.

Dziś każda ze znanych twarzy, promocję swojej książki zaczyna od „telewizji śniadaniowej” i wszelkiej maści stacji radiowych czy każdego, kto chce o tym napisać.  Nawet w programie „Lis na żywo” promowane są książki. U Kuby Wojewódzkiego – płyty. Chętnie poznam cennik takich usług product placement. Niechybnie wydam własną książkę i też będzie zależeć mi na „pokazaniu” okładki i paru słów. Obawiam się jednak, że tematyka konkurencyjności firm będzie średnio interesująca. A może opisać historie wojen celebrytów?

Wszystko można sprzedać. Bajki z mchu i paproci również. Ale w kategorii „bajki”, a nie „literatura faktu”. Świat mediów chory na celebrytozę, kisi się we własnym sosie, zarabiając na dojonych przez siebie krowach/widzach/czytelnikach (niepotrzebne skreślić) całkiem niezłą kasę. Stworzył rechoczący wagon, znany z opowiadania Stefana Grabińskiego „Ślepy tor” [obejrzyj film].

Niestety, Panią Dyzma trudno dziś uznać za eksperta, którego zaprosi szanująca się korporacja, poszukując twarzy do kolejnej kampanii reklamowej. Szkoda. Szefów marketingu interesuje analiza oparta o profesjonalną wiedzę i fakty, a nie kolejne plotki i faktoidy wyniesione z magla. W zasadzie każdą książkę można napisać opierając się na półprawdach. Czy on zabił, czy jego zabito? Nieważne, liczy się zamieszanie.

Pani Dyzma wie jak funkcjonują media. Chichoce i klaszcze w dłonie. Rzuca cuchnące kawałki mięsa kolejnym padlinożercom. One z lubością je szarpią, mnożąc wpisy na swoich stronach i łamach. Byle nazwiska nie pomylili. Byle nie pomylili tytułu książki. Ów chichot już gdzieś kiedyś słyszałem. Tak, wydobywający się z ust pewnego nastolatka.

Dedykuję wszystkim twórcom, dziennikarzom i profesjonalistom, którzy zaznali jawnej niesprawiedliwości i fałszu  ze strony mediów kolorowych.

PS. Nadal lubię Panią Dyzma. Niestety już zdecydowanie mniej.

Silikonowe mózgi

Siedzą w szklanych klatkach jak w brojlerach. Niektórzy niedawno z kanap zeszli. Skupione twarze rozświetla tylko zimny blask monitora. Klikają. Piszą. Klikają. Tysiąc lajków za cztery dychy. Dziesięć tysięcy wyświetleń na You Tube – dwie. Kreują silikonowe profile na Facebooku i zarabiają kasę. Łapka w górę. Łapka w dół. Kto dziś wrzuci śmieszniejszą fotkę. Gimbazowy komentarz. Na prezentacji jest się czym chwalić. Tysiące fanów. Nieważne, że część egzotycznych. Setki komentarzy. Nieważne, że bezsensownych. Automat nie rozpoznaje bezcelowych dyskusji. Tylko człowiek. Jest klient, jest rynek. A że klient daje się doić jak dziecko? Cóż, to tylko problem jego merytorycznej arogancji.

Ilość fanów na Faceboku na fanpage marki, lajków czy komentarzy, przestaje być wiarygodnym źródłem informacji o profilu. Oczywiście wtedy, gdy wiemy że jest on sztucznie pompowany. Zjawisko dość dokładnie opisał Jerzy Ziemacki w „Przekroju” – „Zmierzch ery lajków”. Niejednokrotnie samemu wystarczy popatrzeć na niektore fanpage. Żebrolajki konkurują z LOL contentem, nachalna reklama wciska kolejny produkt, a mniej lub bardziej prymitywne konkursy służą tylko wygenerowaniu dodatkowego ruchu. Ten szum wyłącznie dla statystyk i ładnie wyglądających prezentacji ma tyle wspólnego z budowaniem społeczności co owoc figowca z gestem figi.

„Silikonowe” profile facebookowe tym się różnią od „organicznych”, że te pierwsze są piękne, słodkie, słitaśne, wypicowane, wyfotoszopowane, gładkie i efektowne, ale pełne sztucznej chemii w środku. Organiczne profile na których króluje szczerość dialogu czy twórczy spór, bywają dla marketerów i właścicieli firm, kwaśne jak święte psiary Jej Ekscelencji. A naturalna, organiczna świętość bierze się z rzeczywistego zaangażowania fanów w dialog z marką w social media. Prawdziwość wypowiedzi marka-fan jest jedną z kanw prawdziwej lojalności, a nie napompowanych silikonem statystyk. Organiczności nie zapewni Ci żadna agencja, a jedynie prawdziwi pasjonaci tej marki, marketerzy czy właściciele. Agencja może Ci pomóc, ale nie będzie się identyfikować z Twoimi klientami.

Przykład organicznego, prawdziwego i rzetelnego profilu? Zobacz oficjalny fanpage Doroty Zawadzkiej.

Wyjdźcie w końcu z dusznego pokoiku pełnego dymu hipokryzji i zacznijcie realnie komunikować się ze swoimi klientami w mediach społecznościowych. Szczerze i bez ogródek. Ale równocześnie konstruktywnie i bez hejtu. Hahejów trzeba wyrzucać – to kwestia higieny domowej, tak jak wyrzucanie śmieci. Prawdziwej lojalności nie buduje się na wyfiokowanym przyjęciu, gdzie wszyscy prawią sobie płaskie i nieszczere komplementy. Miejcie odwagę i szczerość Bergera.

A teraz wyobraż sobie, że jesteś na wielkiej domówce urządzonej przez napuszoną, barokową i pełną hipokryzji markę (wybierz sobie dowolnie Ci pasującą, a jest ich sporo). Przychodzi nagle niezaproszony Harley-Davidson i …

Kotlet mamy małej Madzi

Pewien średnio sympatyczny gość, podczas eleganckiej kolacji, próbował nawiązać interesujące kontakty. Nie był ani szczególnie kontaktowy, jak i nie miał nic ciekawego do powiedzenia. Nie potrafił nawiązać rozmowy, burkliwie reagował na sympatyczne zachęty. Pragnął jednego. Cicho acz spektakularnie zwrócić na siebie uwagę. Pierwsi zareagowali stojący najbliżej. Zieloną poświatą na twarzy. Dalsi niczym koniki polne, skakali do okien. Na twarzy gościa malował się blogi uśmiech. Tydzień żywienia się wyłącznie czosnkiem i grochówką przyniósł spodziewany efekt. Nareszcie jego kuchenne rewolucje będą głównym tematem spotkania.

W internecie trwa dyskusja na temat planowanej w Warszawie Piwnicy u Fritzla. Jakiś czas temu w Indiach próbowano otworzyć Hitler Store. Sklep szybko zamknięto. Adolf H. był również „bohaterem” imprezy Melanż Ostateczny w 2010r., o której pisał Jacek Gadzinowski. W przeciągu ostatnich tygodni wiele kontrowersji budzi kampania reklamowa marki Heyah z Leninem. Czy próby wyróżnienia przekazu sięgają już bruku i zasada „wyróżnij się albo zgiń” zaczyna wkraczać w pole najbardziej prymitywnych, ludzkich instynktów?

Czyżby wyczerpano już pole kreacji w zakresie pozytywnych emocji, fajnego poczucia humoru, zabawy, pure nonsensu czy ciekawego zaskoczenia? Skąd bierze się w ludzkich umysłach chęć utrwalania i promowania wizerunku zbrodniarzy? Czy mózgi pomysłodawców są aż tak wyprane ze zwykłych, ludzkich i naturalnych emocji?

Nie przypominam sobie marki, która zbudowała szczególną i trwałą wartość na bardzo ostrej kontrowersji. To rosyjska ruletka. Nawet twórcy najbardziej szokujących reklam nie posiłkują się kreacją aktualnych morderców, gwałcicieli czy innych zbrodniarzy. Podpowiadam, że dookoła samej katastrofy smoleńskiej można zbudować kilka reklamowych historii. A w Sosnowcu stworzyć restaurację „U Mamy Madzi” lub „Pod Śliskim Kocykiem”. Można. Tylko po co?

Menedżerka twierdzi, że „marketing rządzi się swoimi prawami”. Tak, ale to nie jest marketing. To bicie medialnej piany i żywienie się padliną. Tą padliną są ludzkie, najbardziej prymitywne emocje, które zawsze podążą za kontrowersją, kierując się prostacką ciekawością. To właśnie one pozwalają żyć tabloidom. Pisałem o tym w tekście Smakosze Padliny. Taki czytelnik pragnie zajrzeć pod każdą spódnicę i zapuścić żurawia w każde majtki. Będzie ślinić się na widok każdego biustonosza, klepać po pośladkach kelnerki i oblewać je od tyłu majonezem. Tak, dobre skojarzenie – to wątek Sonmi-451 z „Atlasu Chmur„.

Podkreślę jeszcze raz. To nie jest marketing. To pszenno-buraczany happening wykorzystujacy najbardziej prostackie, ludzkie instynkty. Twórcy używać będą tych metod byle tylko zwrócić na siebie uwagę. Udaje im się, ale tylko przez chwilę. Rzeczy kontrowersyjne i złe nasz umysł stara się wypierać. Ale za ciekawością fritzlowej knajpy, kryć będzie się zawsze pogarda i całkowity brak szacunku. Czy jest to prowokacja nastawiona na prymitywną formę zwrócenia na siebie uwagi? Dziś nabijamy sobie medialną kabzę, a jutro ewentualnie zmieniamy nazwę? Czy to kolejny happening a la Testosteron?

Prawdziwy marketing ze względu na naturalną możliwość wpływu na zachowania społeczne, musi mieć przede wszystkim podstawowe elementy etyki. Inaczej na całym Nowym Świecie powstałyby budki z otworami w środku, zatrudnionymi na etacie prostytutkami i hasłami „lody za 50zł”. Sława miejsca i olbrzymi dochód zapewniony. Koszty też niewielkie. Wycieczki z całego świata.

Bez względu na to czy to prowokacja, czy lokal odniesie sukces lub poniesie porażkę to cytując Mikołaja Nowaka „wymiotujący człowiek, też zwraca na siebie uwagę”.

Poniższą scenę z Konopielki dedykuję twórcy pomysłu „Piwnicy u Fritzla”

PS. Jeśli ktoś ma problem z ciekawym nazwaniem knajpy to tutaj ma świetny przykład.

Ciąg dalszy historii (linki)

Właściciel wezwany przez urzędników

Klasa bezchamska

W telewizji trwa właśnie XXI finał WOŚP. Zawsze lubiłem ostatnią jego fazę. Zachrypniętego i zmęczonego Jurka Owsiaka, licytację złotych serduszek, kolejne tysiące dopisywane do puli, zmęczenie połączone z satysfakcją. Dziś stawiane są pytania, czy cała akcja nie przeobraziła się z wielkiego, pospolitego ruszenia narodowego, w profesjonalną machinę budowania swoich własnych korzyści (rozumianych w kontekście firm, „przyklelających” się niejako do WOŚP.

Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Nie czułem się nigdy osaczany przez wolontariuszy, ani dziś, ani podczas poprzednich finałów. To jasne, że istnieje naturalna konkurencja zbiórki, kto zbierze więcej czy szybciej. Jedni będą robić to z klasą, a inni na tak zwanego chama. Czar osobisty konkurować będzie czasem z nachalnością czy namolnością. Efektowny hard selling idei WOŚP czy wymuszanie datków, rujnować będzie zawsze całą ideę tego projektu. Ale wydaje mi się, że są to sytuacje marginalne. Najważniejsze jest to by zbierać godnie i godnie reagować na odmowę. Bez względu na kwotę. Natomiast warto pamiętać, że wielkość kwoty nie ma znaczenia, stąd wyróżnianie mniejszych, średnich czy dużych ofiarodawców jest pewnym afrontem. Demokracja WOŚP była zawsze ważną jej cechą – nieważne czy złotówka czy milion, liczy się sam fakt.

Trochę inaczej wygląda dziś udział firm w WOŚP. Przez wiele lat był on spontaniczny, nierzadko anonimowy, niektórzy wręcz nie chcieli afiszować się ze swoją pomocą. Dziś, olbrzymi projekt marketingowy jakim jest finał orkiestry, przyciąga wszystkich pragnących pokazać medialnie swoje logo czy swoją firmę. Nie jest to niczym dziwnym, choć nierzadko przyjmuje dość prostacką i nachalną formę. To razi i może czasem sprawiać wrażenie pewnej dekompozycji całego entuzjazmu akcji. Wolontariuszy można instruować, podpowiadać pewne zachowania. Przedstawicielom firm, szczególnie tych ofiarowujących większe datki, trudno zwrócić uwagę.

Marketerzy czasami zapominają, że kilkusekundowa wypowiedź kryptoreklamowa z drugiej strony ekranu wygląda zawsze fatalnie. Przekonała się o tym kilkanaście dni temu, szefowa marketingu firmy Drutex, pozwalając sobie na bardzo propagandowe wejście w porannym paśmie śniadaniowym TVN. To skrajne przykłady braku profesjonalizmu. Niestety, często mocne, hard sellingowe wystąpienia spotykamy nadal na konferencjach, seminariach, w stacjach radiowych czy komentarzach internetowych. Ostatnio byłem świadkiem jak na spotkaniu literackim, w którym brały udział trzy świetne pisarki, pewna pani wpadła na pomysł zareklamowania swoich usług i nachalnego pouczania bohaterek wieczoru, nomen omen z zakresu kreowania wizerunku. Niestety, wiele „paranaukowych” metod umiejętności interpersonalnych w zakresie nawiązywania kontaktów i sprzedaży jest wypaczanych i zniekształcanych. Czasem jest śmieszno, czasem straszno. Ale nachalność i nadskakiwanie nigdy nie było marketingowym sposobem działania.

Akcje WOŚP, transmitowane i nagłaśniane przez media szybkie, będą zawsze notować takie niecodzienne wejścia. Ale świadectwo sobie wystawia marketer, a nie orkiestra. Firmy będą zawsze chciały pokazać swoje logo, wymienić nazwę marki czy pokazać swój produkt. To nic zdrożnego. Prawdziwą sztuką marketingu, jest zrobić to elegancko i z klasą. Chamską propagandę potrafi zrobić byle markietanka.

PS. I złote serduszko nr 1 o wadze 4g poszło za 150tys.
PS2. Szkoda, że nie biją się o nie największe firmy w Polsce.

Bardzo Kulturalny Sqrwysyn

Chlipała i chlipała, a ojciec nie był w stanie jej uspokoić. Jak typowy śledczy, próbował ustalić skąd ten żal. Oboje stali pośrodku sklepu ABC DIY czyli Do It Yourself, a córka chwilę wcześniej miała załatwić reklamację na oddzielnym stoisku. Kiedy w końcu opanowała emocje, opowiedziała jak trzech rozbawionych panów z obsługi zrobiło sobie z niej chamski ubaw, a na końcu kazali się od… czepić. Informując, że od reklamacji to nie są oni, tylko reklamacja przy wejściu.  Ojciec niewiele myśląc, spotkał się w cztery oczy z samym kierownikiem sklepu. Usłyszał w zasadzie, że kierownik rozumie, przeprasza, ale nic nie może. Szef stoiska to  Antka szwagra kobity brat i on tu nic nie może. To znaczy. Przeprosić może. Tatuś westchnął. Przyjął do wiadomości. Ale kiedy rozbawiona trójca pożegnała ich wychodzących, dyskretną feerią środkowych palców – nie wytrzymał. Postanowił zostać Bekasem czyli Bardzo Kulturalnym Sqrwysynem.

Po powrocie do domu odszukał namiary międzynarodowej centrali ABC. Ustalenie personaliów prezesa było dziecinnie proste. Podobnie jak rzecznika prasowego. Swoją wiadomość zaczął od tematu: Marka ABC jest w niebezpieczeństwie! Następnego dnia zalała go lawina telefonów i maili od centrali, polskiego oddziału, regionu i sklepu. Po 48 godzinach cała trójka już nie pracowała. W trybie dyscyplinarnym. Mieli pecha – kamery przemysłowe dokładnie zarejestrowały pożegnalne paluszki.

Dwupasmówka. Młodzieniec z prawego pasa przy ponad 160 na godzinę, pcha się bezpośrednio przed maskę. Na mrugnięcie światłami reaguje kilkoma celowymi hamowaniami. Na pożegnanie wystawia również środkowy palec. Kierowca zostaje Bekasem. Notuje numery i sprawa ląduje w sądzie.  Odczuwa prawdziwą satysfakcję, widząc panicznie tłumaczącego się i wystraszonego delikwenta, z którego wywiało resztki arogancji.

Duża korporacja. Szef Projektu podpytuje się Asystentkę Menedżerki o szczegóły jednego z kluczowych zadań. Sugeruje, że część z nich nie zostało wykonanych. Okazuje się, że złośliwa i niekompetentna Menedżerka celowo zataiła istotne informacje. To spowodowało powstanie komunikacyjnego węzła gordyjskiego, w którym mieszają się pomówienia, fakty, insynuacje, niedopowiedzenia i niejasności. Asystentka zostaje Bekasem i odstawia lojalność wobec własnej Menedżerki na półkę. Ma dość. Ujawnia całość korespondencji Szefowi Projektu, w tym szereg informacji kompromitujących profesjonalizm swojej przełożonej.

Bekasy są wśród nas. Są w stanie przez długi czas nie reagować na obłudę w zespołach, hipokryzję, podwójną moralność czy kombinatorstwo. Do czasu, kiedy okoliczności zmuszą je do ujawnienia swej zimnej i bezlitosnej natury. Bywają jak Carrie – genialna choć tragiczna bohaterka powieści Stephena Kinga.

Dziś Halloween. Również dla wszelkiej maści hipokrytów.  Warto uważać na Carrie.

HAHEJ – HAłaśliwy HEJter

(nowe pojęcie) HAHEJ – Hałaśliwy Hejter. Nie rozumie wypowiedzi, ale odnosi się do niej agresywnie i wulgarnie. (Zasada : „nie wiem, ale się wypowiem”). Atakuje przede wszyskim personalnie, a nie merytorycznie. Grubianin, który delikatnie zwróconą uwagę, zamieni w stek wulgarnych obelg w odpowiedzi.

HAHEJA – spotkasz na fejsbuku, forach i listach dyskusyjnych. Nie rozumie  haters gonna hate  bo jest po prostu na to zbyt prymitywny. Przypomina trolla wpuszczonego do muzeum w Luwrze.

Jedyną skuteczną receptą na HAHEJA jest jego odstrzelenie. Jakiekolwiek próby wychowania go, są bezskuteczne. Spróbuj wychować taboret.

Nazwę skrajnej i szczególnej odmiany HAHEJA uzyskasz zamieniając literę E w U.

Hapenerzy

Lotnisko Rębiechowo w Gdańsku. Na pustym pasie startowym autobus z zasłoniętymi szybami. W pewnej odległości las kamer z wycelowanym obiektywami. Czarne uniformy antyterrorystów mieszają się z odblaskowymi kamizelkami policji i służb ratowniczych. Przekaz na żywo. Kolejna godzina przetrzymywania zakładników. Nagle na czołowej szybie pojawia się napisana odręcznie kartka papieru. Wśród tłumów poruszenie. Narastający trzask migawek. „Jeśli chcesz, abyśmy się poddali -wyślij SMS na numer XXX. Jeśli chcesz, aby rozwalili nas antyterroryści – wyślij SMS na numer YYY. Tylko 2 zł. + VAT. Wejdź na stronę   http://www.napoj.pl i delektuj sie naszym najnowszym smakiem”Kiedy czeka nas taki scenariusz ?
Pewien spec z agencji reklamowej, wpadł na szatański pomysł nagrania na automatyczną sekretarkę komunikatu, że ktoś nie złożył zeznania podatkowego. Rozpowszechnił to do bodajże 10tys. osób. Nagranie po dłuższej chwili milczenia, kończyło się informacją o „dowcipie”.
Producent gry komputerowej „Medal of Honor” w trybie multiplayer, zakłada pełny realizm potyczek talibów i żołnierzy amerykańskich czy brytyjskich. Czy liczy na  podobne zainteresowanie medialne, jak w przypadku  „Modern Warfare 2” ? Gdzie w jednej ze scen gracz uczestniczy w masakrze cywilów na moskiewskim lotnisku ? (W Rosji wycofano grę z dystrybucji i usunięto ten fragment).
Pewien poseł, który w opinii niektórych jest megalomanem pierwszej klasy, wysyła radykalny list lub publikuje kontrowersyjny wpis na blogu. Do czego będą zdolni jemu podobni, aby zamienić anonimowy obchód sejmowego stoliczka, na światło studyjnych lamp w prime time ?
Kampania promocyjna miasta, poprzez pokazanie męskiej, gołej d… , wystrzeliwanie w powietrze blondynki tudzież fruwanie nad miastem w motylich skrzydłach, próbuje przebić się do medialnej świadomości. I udaje się. Czy jest to dowódem jej skuteczności ? Jaki jest cel tak skonstruowanej kampanii ?
Czy schemat tworzenia eventów, tak zabawnie  sportretowany w filmie „Testosteron” przekracza kolejne granice ? Czy coraz częściej za zwróceniem uwagi społecznej, stać będą hapenerzy ?
Nie ukrywam, że podziwiam zawsze akcje Greenpeace. Tutaj nie ma nic udawanego czy sztucznego. Często owi „hapenerzy”  ryzykują własnym życiem. Również koordynatorzy akcji społecznych np. obrońcy zwierząt, odwołują się do drastycznych form happeningowych. Niestety, coraz cześciej tylko taka forma daje im prawdopodobieństwio trafienia na  „jedynki” czy pierwsze minuty serwisów informacyjnych.
Ale co z akcjami  fałszującymi rzeczywistość ? 30października 1930r. stacja radiowa CBS nadała słuchowisko „Wojna Światów”, która wywołała popłoch w całych Stanach Zjednoczonych. Kilkadziesiąt lat później podobne audycje tv wywołują panikę i wściekłość w Gruzji.  Wsześniej Belgię zmrożono przekazem o podziale państwa. O słynną wyprawę Prezydenta Gruzji i Prezydenta RP, nad rosyjską granice, do dziś toczą się spory … Na ile zagrożenie było prawdziwe, a na ile był to po prostu spektakl urządzony na cześć międzynarodowej opinii publicznej. Czy jutro czeka nas widowiskowy wypadek TIRa jednego z browarów, którego obrandowanie zostanie pokazane we wszystkich stacjach informacyjnych ? Ponieważ koszt GRP w tym przypadku będzie zdecydowanie niższy niż  typowej kampanii ATL ? A relatywna oglądalność bloków reklamowych spada na łeb ? Czy niedługo wymyślaniem właśnie takich przedsięwzięć chwalić się będą agencje PR czy agencje reklamowe typu full service ?
Przedwczoraj jedna z partii politycznych legitymizowała wieczorny marsz z pochodniami. Nasunęło mi to wydarzenie, wiele skojarzeń z Leni Riefenstahl. Jej ponadprzeciętnego talentu filmowego. Wizjonerki, którą faszyzm wciągnął w swoje propagandowe tryby. Pasjonatki, której obrazy stały się motorem dla mas. Wyznacznikiem medialnych widowisk. Czy była pierwszym, filmowym hapenerem ?
PS. Słowa „hapener” użył Grzegorz Schetyna w „Kropce nad i” w kontekście Janusza Palikota.

Złoty Cmok – nowa nagroda

“Złoty Cmok” to wirtualna nagroda dla tekstu, który wykaże się wybitną indolencją w dziedzinie posługiwania się pojęciami  z zakresu zarządzania.

Pierwszym laureatem “Złotego Cmoka” zostaje Artur Bilski za definicję public relations :

” Public Relations to, najogólniej mówiąc, zespół metod reklamowo-marketingowych i technik wpływu na media przydatnych do tworzenia takiego społecznego wizerunku towaru lub idei, jaki odpowiada zleceniodawcy.”

Nie przypuszczałem,  że w jednym zdaniu można popełnić tak wiele błędów merytorycznych.

Źródło