Psychologia prezesów

Pewien student poszedł na praktykę do Nokaut.pl. I choć miał szczere chęci, znalazł się na wykopie. Zapewne w przenośni i dosłownie. Całość artykułu tutaj. Zapewne wywoła on trochę dyskusji, co wolno, a czego nie, na ile można sobie pozwolić, o czym pisać, a o czym nie. Społeczność internetowa, szczególnie Facebook i Twitter, pomaga w dzieleniu się swoimi wrażeniami, przemyśleniami i emocjami z najbliższym otoczeniem.

Łatwość komunikacji z kolei, sprzyja najróżniejszym zachowaniom, nie zawsze przez wszystkich dobrze widzianym. Jest wiele zdarzeń, gdzie nieopatrznie napisane słowa na Twitterze czy wrzucone zdjęcie na fejsa, doprowadzały do wrzenia internetową społeczność, sprzyjała powstawaniu setek memów czy żółtych pasków telewizji informacyjnych. Czy tego chcemy czy nie, publikując coś w sieci, prowadzimy działalność publiczną sensu stricte. Zapomnienie się czy nie przestrzeganie podstawowych reguł (np. zapytanie o zgodę fotografowanej osoby, na publikację jej facjaty w sieci) może słono kosztować lub zakończyć się niemiłą sławą. Ani Facebook, ani Twitter nie będzie ustalał niepisanych zasad i standardów publikowanych informacji. Może jedynie pilnować tematów pornograficznych czy drastycznych, chociaż jak pokazują niektóre przypadki – to i to nie zawsze. Pamiętam, że na wielu listach dyskusyjnych zawsze obowiązywały swoiste pisane i niepisane zasady postępowania.

Kiedy do firmy przychodzi młody praktykant (praktykantka) jest zawsze zarówno dyskretnie obserwowany, wdrażany do pracy. Dostaje swojego opiekuna. Dla którego jest przede wszystkim … dodatkowym obowiązkiem. Do dziś pamiętam uroczą praktykantkę z Wietnamu, która studiowała „zazącanie” na UG, za którą byłem odpowiedzialny i jakby co – musiałbym tłumaczyć się przed prezesem. Ze wszystkich praktykantów z jakimi miałem do czynienia, okazała się najbardziej aktywną, pilną i sądzę, że wiele się nauczyła. Gdyby chciała np. opisywać swoje codzienne zmagania w firmie, w języku wietnamskim i umieszczać je na swoim blogu, nie miałbym nic przeciwko temu. Ale chciałbym o tym wiedzieć. Pewnie naiwnie uwierzyłbym, że nie pisze niczego zdrożnego. Ale nie mój prezes. On zapewne ufałby, ze wszystko jest w porzadku, ale pewnego pięknego dnia bym usłyszał „- Panie Jacku, fajna ta Wietnamka, ale wie Pan … Pan jakoś sprawdzi co ona tam pisze o nas na tym blogu. Nie, żeby jakieś tajemnice, ale wie Pan, lepiej wiedzieć niż żyć w błogiej i naiwnej nieświadomości”. Psychologia Prezesów, szczególnie samotnych wilków jest prosta – zaufanie jest OK, ale kontrola nie zaszkodzi.

Nie jest niczym zdrożnym, że firma chciałaby wiedzieć co komunikują o niej jej pracownicy, w mediach społecznościowych, również poza pracą. Oczywistym jest również to, że pracownik chciałby zachować swoją prywatność i wolność ferowanych opinii. Ale jednocześnie sytuacja, w której boss widzi fotki pracownika z zakrapianej, niedzielnej balangi, a następnie odbiera w poniedziałek rano telefon, że ciocia owego zachorowała i on musi się zaopiekować psem – jest dwuznaczna. Dyskusja o relacjach szef-pracownik-firma w mediach społecznościowych, nie jest łatwa. Ale to idealny temat do debaty na jakiejś konferencji.

Dyskutowano o tym przy okazji podobnych problemów w TVN24. Według badań zawartych w tym tekście Gazety, 35% firm posiada wytyczne dla pracowników z zakresu social media.

Wracając do praktykanta. Z punktu widzenia firmy, nie jest on etatowym pracownikiem. Jutro może sobie trzasnąć drzwiami i pójść. Jeśli Prezes orientuje się, że zaczyna opisywać swój dzień w firmie, na pewno się tym zainteresuje. Na pewno zapyta lub zasugeruje, że może wcześniej warto byloby o tym pogadać (nie mylić z pytaniem o zgodę, ani uprawianiem propagandy). Prezes bowiem nie myśli kategoriami CO NAPISANO, ale CO MOŻE NAPISAĆ. I to jest klucz do zagadki. W klasycznych strukturach ludzie korpo w nietypowych sytuacjach będą sto razy dmuchać na zimne, żegnać się dziesięć razy i produkować masę dupochronów. To nie pięcioosobowa firma, gdzie idzie się z szefem na piwo, a ten w krótkich słowach określa swoje oczekiwania. Korpo, jak każda firma ma swoje mniejsze i większe tajemnice, może też nie mieć ochoty na to by ktoś opisywał jak funkcjonuje back office. To niezmywalne prawo każdej organizacji. Jeśli praktykant drugiego dnia wzywany jest na dywanik, zwraca mu się uwagę, a wieczorem opisuje swoje wrażenia z owego spotkania – to żaden szef nie byłby zadowolony z takiego dowodu niedojrzałości. Obawa przed wspomnianym CO MOŻE NAPISAĆ, w kooperacji z lekką arogancją owego praktykanta, zalatującą debeściarstwem, zakończyła się krótkim pożegnaniem. Z punktu widzenia interesu firmy, monitorowanie tego co napisze o nich praktykant, angażuje kolejne zasoby. A on został zaproszony jako ktoś, kto chce się czegoś nauczyć, a nie korespondent wojenny relacjonujący swoje wrażenia z linii frontu.

Każdy Prezes ma prawo chronić swoje zasoby i nie mieć życzenia opisywania tego, co się dzieje w firmie. Lub uczulić pracownika na realizowane projekty, wewnętrzne procesy czy współpracę z innymi. Dla konkurencji, mediów czy dostawców – takie informacje to dary losu. Jeśli jednak ktoś woli sprawiać wrażenie paplarskiego blogera firmowego, na dodatek lansującego się na praktyce, to niech liczy się z tym, że coś o co być może zabiegał wiele czasu, może łatwo stracić.

Z dedykacją dla CEO Jerzego K. 🙂

Reklamy

30 – 120 – 240

Szkolenie dla urzędników z kilku dużych miast. Pracownicy administracji biorą udział w ćwiczeniu grupowym. Ogłoszenie wyników rywalizacji zaplanowane jest na godzinę 16:15. Mija godzina 16. Dwie panie z Bardzo Dużego Miasta o 16:01 zabierają z krzeseł torebki i zbierają się do wyjścia. – Nie poczekają nawet Panie na ogłoszenie ostatecznych wyników? To potrwa maksymalnie 15 minut – mówi trener. – Nie po to się zatrudniałam w administracji żeby zostawać po godzinach – pada odpowiedź.

Są firmy, w których minutę po zakończeniu planowanego czasu pracy, natychmiast pustoszeją korytarze. Czasem przypomina to ucieczkę szczurów z tonącego okrętu. Fakt, nikt nie lubi pracy po godzinach. Problem w tym, że coraz częściej godziny pracy lub wolne dni, nie mają dla rozwoju firmy większego znaczenia. Powodem są oczywiście media społecznościowe.

Jest piątek, wieczór. Moment, gdy mają miejsce najciekawsze inicjacje starć czy konfliktów w social mediach. Tak wynika zarówno z doświadczeń jak i raportu Sotrendera ” Kryzys w czasach Facebooka. Raport o kryzysach w mediach społecznościowych”. Przygotowany specjalnie na Kongres Profesjonalistów PR w Rzeszowie (pozdrawiam wszystkich 🙂 niestety nie mogłem dotrzeć:) Autorzy opisują w nim dość solidnie przyczyny i skutki. Wnioski ogólne bywają średnio budujące.

Warto zapamiętać te trzy cyfry: 30 – 120 – 240. Określają ilość pierwszych minut dla trzech faz „rozlewania” się konfliktu w mediach społecznościowych (lepiej unikać slowa „kryzys” ponieważ dotyczy ono pewnej trwalszej tendencji). Jeśli udaje się „zapanować” nad emocjami dyskutantów do pierwszych dwóch godzin, istnieje szansa na opanowanie „wylania” się problemu do serwisów generujących silny ruch typu Wykop, serwisy memologiczne itp. Pierwsze pół godziny wydaje się mieć decydujące znaczenie dla zdementowania informacji (lub jej potwierdzenia) czy jakiejkolwiek innej, skutecznej reakcji. Tak, spece od PR pewnie już kiwają głowami – to scenariusz charakterystyczny dla reakcji kryzysowych w mediach. Tyle tylko, że media są dziś już o wiele wolniejsze od treści przesyłanych w mediach społecznościowych …

Potwierdzeniem tej tezy są konflikty wywołane „palnięciem” czegoś na Facebooku. Ostatnio – Monika Olejnik i tekst o Bostonie. Taki „hejtotwórczy” wpis skutkuje znacznym przyrostem komentarzy negatywnych na profilu oraz … staje się energetyczną karmą dla mediów kolorowych.

Wracając do kluczowych wniosków:

  • marki wymagają już stałego monitoringu social media 24/24. Szególnie te, których działania są typowym, masowym B2C. Problem z bankomatami czy telefonami komórkowymi, będzie sygnalizowany bardzo szybko w social media. Brak kompetentnych ludzi po drugiej stronie, czytaj „miśków wyłącznie od łapek w górę/łapek w dół” będzie napędzał konflikt. Drogi CMO, nie znasz dnia ani godziny, gdy ktoś będzie wymagał podjęcia szybkich decyzji, bo grzeją się łącza. W poniedziałek o 10 rano prosty konflikt, który można było rozwiązać w godzinę, w piątek o 20, stać się może już kryzysem. Twoje logo będzie bowiem już we wszystkich możliwych kanałach komunikacji, z milionem memów włącznie,
  • efekty konfliktów nie są szczególnie dramatyczne dla marek. Zobaczymy jak będzie z NC+. To obok ACTA, najpoważniejszy kryzys w mediach społecznościowych w Polsce. Marki generalnie otrzepują spodenki, podciągają szelki, wycierają nos i idą dalej. Kto zyskuje? Chociażby blogerzy, którym konflikt generuje dodatkową oglądalność. Czy niektórzy blogerzy będą celowo atakować niektóre marki, by zyskać trochę na popularności? Byłoby to bardzo niepokojącym zjawiskiem,
  • „nękanie” marki na Facebooku, szczególnie w gronie klientów podobnie doświadczonych, przynosi określone skutki. Marketerzy reagują szybciej i efektywniej niż obsługa infolinii czy biura obsługi klienta. Warto by w końcu niektóre firmy przemyślały swoją strategię i przestały traktować social media jako tubę propagandową,
  • strony „antyfanowskie” stają się poważnym problemem, ponieważ tworzą sojusz niezadowolonych klientów przeciwko marce. To katalizator negatywnych opinii, w którym marketer jest wyłącznie petentem. Z jednej strony taki antyfanpage jest świetnym papierkiem lakmusowym, z drugiej generatorem treści negatywnych. Dialog czy porozumienie z „antystroną” czasami może być niemożliwe. A najgorzej jak trafią się sieciowi terroryści lub myślący inaczej …
  • wydaje się, że konflikt w social media nie przynosi firmom bezpośrednich strat handlowych (zobaczymy co będzie z wynikami NC+). Niemniej druzgocąco wpływa na wizerunek, który ma pośrednie przełożenie na sprzedaż (oczywiście, jeśli firma monitoruje ten obszar). Jednak o ile do aroganckich zachowań dużych koncernów można się przyzwyczaić, o tyle dla mniejszych firm może być to poważny problem. I jeszcze jedno – jeśli wierzycie, że nieuczciwi konkurenci, nie będą wykorzystywać negatywnej opinii o was na Facebooku w rozmowach handlowych, możecie być mocno zawiedzeni …

Dla CMO praca do 16 w piątek już nie istnieje. Chyba, że jest się Apple, które posiada prawie 9 mln fanów, nie prowadząc … żadnej aktywności. Za to stron „anty” Apple, doliczyłem się 18. Największa ma … 7tys. fanów. Ale, tak jak napisałem w przypadku NC+ : liczba fanów nie ma znaczenia. Liczy się umiejętność wywołania zamieszania.

Silikonowe mózgi

Siedzą w szklanych klatkach jak w brojlerach. Niektórzy niedawno z kanap zeszli. Skupione twarze rozświetla tylko zimny blask monitora. Klikają. Piszą. Klikają. Tysiąc lajków za cztery dychy. Dziesięć tysięcy wyświetleń na You Tube – dwie. Kreują silikonowe profile na Facebooku i zarabiają kasę. Łapka w górę. Łapka w dół. Kto dziś wrzuci śmieszniejszą fotkę. Gimbazowy komentarz. Na prezentacji jest się czym chwalić. Tysiące fanów. Nieważne, że część egzotycznych. Setki komentarzy. Nieważne, że bezsensownych. Automat nie rozpoznaje bezcelowych dyskusji. Tylko człowiek. Jest klient, jest rynek. A że klient daje się doić jak dziecko? Cóż, to tylko problem jego merytorycznej arogancji.

Ilość fanów na Faceboku na fanpage marki, lajków czy komentarzy, przestaje być wiarygodnym źródłem informacji o profilu. Oczywiście wtedy, gdy wiemy że jest on sztucznie pompowany. Zjawisko dość dokładnie opisał Jerzy Ziemacki w „Przekroju” – „Zmierzch ery lajków”. Niejednokrotnie samemu wystarczy popatrzeć na niektore fanpage. Żebrolajki konkurują z LOL contentem, nachalna reklama wciska kolejny produkt, a mniej lub bardziej prymitywne konkursy służą tylko wygenerowaniu dodatkowego ruchu. Ten szum wyłącznie dla statystyk i ładnie wyglądających prezentacji ma tyle wspólnego z budowaniem społeczności co owoc figowca z gestem figi.

„Silikonowe” profile facebookowe tym się różnią od „organicznych”, że te pierwsze są piękne, słodkie, słitaśne, wypicowane, wyfotoszopowane, gładkie i efektowne, ale pełne sztucznej chemii w środku. Organiczne profile na których króluje szczerość dialogu czy twórczy spór, bywają dla marketerów i właścicieli firm, kwaśne jak święte psiary Jej Ekscelencji. A naturalna, organiczna świętość bierze się z rzeczywistego zaangażowania fanów w dialog z marką w social media. Prawdziwość wypowiedzi marka-fan jest jedną z kanw prawdziwej lojalności, a nie napompowanych silikonem statystyk. Organiczności nie zapewni Ci żadna agencja, a jedynie prawdziwi pasjonaci tej marki, marketerzy czy właściciele. Agencja może Ci pomóc, ale nie będzie się identyfikować z Twoimi klientami.

Przykład organicznego, prawdziwego i rzetelnego profilu? Zobacz oficjalny fanpage Doroty Zawadzkiej.

Wyjdźcie w końcu z dusznego pokoiku pełnego dymu hipokryzji i zacznijcie realnie komunikować się ze swoimi klientami w mediach społecznościowych. Szczerze i bez ogródek. Ale równocześnie konstruktywnie i bez hejtu. Hahejów trzeba wyrzucać – to kwestia higieny domowej, tak jak wyrzucanie śmieci. Prawdziwej lojalności nie buduje się na wyfiokowanym przyjęciu, gdzie wszyscy prawią sobie płaskie i nieszczere komplementy. Miejcie odwagę i szczerość Bergera.

A teraz wyobraż sobie, że jesteś na wielkiej domówce urządzonej przez napuszoną, barokową i pełną hipokryzji markę (wybierz sobie dowolnie Ci pasującą, a jest ich sporo). Przychodzi nagle niezaproszony Harley-Davidson i …

Tango down

Cukiergórski*/ siedział nad brzegiem rzeki Piedry i wył jak bóbr. Największa miłość go właśnie rzuciła. Dla jakiegoś dentysty. Akcje leciały na przysłowiowy pysk. Żeby było śmieszniej, były to akcje jego własnej firmy. Po ostatecznej zmianie płci, rozszalały się również hormony. Nagle twarz mu pojaśniała uczuciem obłędnej radości, a oczy nabrały koloru szaleństwa. – Tak! – zawołał. – Załatwię ich w końcu wszystkich raz na zawsze! – zakończył, uruchamiając nieusuwalnego bota kasującego ponad miliard facebookowych kont. Z backupem włącznie.

Kuba Wojewódzki jednym kliknięciem posłał ostatnio w niebo ponad milion fanów. Cóż, nikt nie zaprzeczy, że mógł to zrobić. Powodem miało być panoszące się hejterstwo. Moim zdaniem niezupełnie, a dzisiejszy raport Sotrendera dokładnie to potwierdza. Warto poczytać. Ile byli warci jego fani ? Zakładając, że 1 fan to około 4 groszy, to co najmniej 40 tysięcy złotych. Taka tam, Toyota Yaris. Ale gdyby te milion fanów zniknęło nagle od tak bez powodu czy byłaby szansa na jakiekolwiek dochodzenie swoich praw?

We wrześniu 2012r. nagle, bez żadnej przyczyny, znika fanpage „Sztuczne Fiołki”. Facebook kasuje go bez ostrzeżenia. Zniknęło pięć tysięcy fanów, ich obrazy, komentarze, dyskusje. Z dnia na dzień. Takich przypadków jest więcej. Mają jeden wspólny mianownik – brak komunikacji ze strony Facebooka. Jest to nad wyraz dziwna polityka, serwis społecznościowy z założenia nastawiony na otwartość i komunikację ma klasyczny problem back office z otwartym i szybkim rozwiązywaniem tego typu spraw.

Dookoła Facebooka rozwija się cały przemysł reklamowy i będzie on zdecydowanie większy. Mark Zuckerberg musi szukać sposobów na monetyzację swoich fanów, inaczej smutne misie z Wall Street nie dadzą mu spokoju. Może pójść ścieżką LinkedIn, a może wybrać coś zupełnie innego. Dziś w Polsce w zasadzie w mediach społecznościowych liczy się jedynie Facebook i Twitter. Pierwszego wypromowały media, drugiego – politycy. Blip przestaje się liczyć, a NK jest formą Korei Północnej, jak pisał kiedyś Jacek Gadzinowski. W nomenklaturze Boston Consulting Group, stan w jakim znajduje się NK to tzw. „dojna krowa”. Aby zareklamować się na Facebooku, wystarczy jedno euro. W przypadku Twittera, chcą z nami rozmawiać od kwoty 15tys. USD. To zasadnicza dysproporcja w prowadzonych modelach biznesu.

Jednak podstawowa różnica pomiędzy Twitterem, a Facebookiem, polega w tym drugim na tworzeniu i zarządzaniu własnymi „fanpejdżami” czyli w pełni spersonalizowanymi stronami www, z analityką i statystykami. Wszystko za darmo. Skoro nie płacisz, nie podpisujesz umowy, a jedynie akceptujesz narzucone jednostronnie warunki, zasadniczo nie masz praw wymagać czegokolwiek. Jeśli sprzątaczce w biurach Facebooka omsknie się palec na klawiaturze i skasuje Ci konto, nie masz w zasadzie sensowych możliwości prawnych na jego odzyskanie, o odszkodowaniach nie wspominając. Nawet jeśli sprzątaczka pożegna się z pracą z tego powodu, to nie reaktywuje Twoich fanów.

O ile pamiętam z życiowej historii Marka Zuckerberga, jego celem w tworzeniu serwisu było nawiązywanie kontaktów między ludźmi, pomijając kwestię głosowania na najładniejsze dziewczęta campusu. W pewnym momencie, Facebook zamienił się w mechanizm tworzenia wartości – bo posiadanie „polubionych” fanów jakiejkolwiek strony, stanowi już pewną wartość. O ile w przypadku prywatnego fanpage, kontakt do dziesięciu kumpli z boiska mamy w telefonie komórkowym i w każdej chwili możemy założyć nową stronę, o tyle z milionem fanów nie będzie już tak łatwo. Największa siła Facebooka – łatwe nawiązywanie kontaktów, staje się jego słabością. Możemy stracić je bez uzasadnionej przyczyny i wyjaśnienia, zupełnie bezpowrotnie. To ryzyko, na które narażony jest każdy posiadający swój fanpage.

Ta słabość z drugiej strony, może być przekuta na silną stronę. Wystarczy by Facebook stworzył „konta premium” z niewielkimi opłatami, gwarantując pomoc i obsługę oraz przede wszystkim – bezpieczeństwo danych, zebranych przez właściciela strony. Wydaje się, że każda firma posiadająca powyżej 10 tysięcy fanów byłaby zainteresowana takim rozwiązaniem. Innym, choć już anegdotycznym kierunkiem, byłaby opłata 1 cent za „lubię to”, 3 centy za nowy lajk „nie lubię” oraz przychód od Facebooka np. 5 centów za udostępnienie postu. Ciekaw jestem jak wpłynęłoby to na cash flow firmy. Trudny do wyjaśnienia jest brak otwartości Facebooka w obsłudze klienta. Wydaje się, że jest to cecha wielu firm nastawionych wyłącznie na obsługę elektroniczną. Czasami mamy wrażenie, że po drugiej stronie nie ma żywego człowieka, tylko boty.

Coraz większą wartość w naszym otoczeniu ma niematerialny zapis elektroniczny. Strony www, bazy danych, fani na Facebooku, followersi na Twitterze, fani Pinteresta. Wszystkie mają jedną, kluczową cechę – niematerialność. Nie są samochodem, koparką, komputerem, budynkiem, a jedynie plikiem. Era cyfrowa staje się erą budowania i ochrony wartości niematerialnej, przechowywanej już nie na dyskach, ale w chmurach. A teraz zastanów się, ile waży ebook?

Zapraszam na moją oficjalną stronę na Facebooku www.facebook.com/sztukamarketingu

*/ Zuckerberg =>der Zucker (niem.) = cukier + der Berg (niem.) = góra.

Kotecek

Chłopiec miał może cztery lata. Z zainteresowaniem przyglądał się stodole, którą widział po raz pierwszy. Jego uwagę przykuł śliczny cielaczek z sympatycznym pyskiem, przeżuwający resztki siana. Ale było jeszcze coś. Coś co zupełnie nie pasowało do tej sielskiej układanki. Chłopiec wypadł ze stodoły niczym oparzony. Zaaferowany przebiegł kilkanaście kroków i wpadł jak burza do domu. Przerywając kawę i niedzielne pogaduchy podczas rodzinnej wizyty, wyraźnie zafrapowany i lekko zapowietrzony, wykrzyczał: – Cud! Cud się stał! Cielak jajko zniósł!

Znoszenie jaj przez cielęta jest niecodziennym zjawiskiem. Podobnie jak ich wysiadywanie, że o wykluciu nie wspomnę. Dziś taki casus, zarejestrowany wszelkimi możliwymi mediami i puszczony w świat, miałby szansę na błyskawiczną karierę. Zapewne ów przypadek podlegałby sumiennej ocenie internautów. Pomijając drobiarski hejt, trwałyby ustalenia kto podłożył jajko, czy cielak to kura, co było pierwsze i dlaczego kura przekroczyła ulicę. Innymi słowy – coś by nam się wydawało i ów fakt budziłby określone emocje. O ile nie przekraczają one progu własnego domostwa, jest wszystko w porządku. Gorzej, gdy niepokoją tysiące czy miliony ludzi, wpływają na ich decyzje, zmiany zachowań oraz kształtowanie opinii. Dziś bowiem, w erze mediów społecznościowych, niewinne „wydawało mi się, że widziałem kotecka” może poruszać góry.

Oto klientka sklepu, która kupiła kaszkę dla dzieci. To co zobaczyła w środku, wydaje jej się małą myszką. Fotografuje i umieszcza na Facebooku. Rozpętuje się burza medialna. Internauci dokładają porcję swoich komentarzy. Niektórych managerów pewnie odwołują z urlopów. Po 24 godzinach okazuje się, że to jednak nie to. Za myszkę przebrała się zbita grudka kaszki. Cała Polska Dziecięca oddycha z ulgą. Ale ilu z rezerwą podchodzić będzie do półek? Ilu przestanie ufać marce? Ilu po cichu zacznie lepić myszki z kaszki, bo a nuż i im uda się medialnie zaistnieć?

Internauta, który jest nadawcą medialnym, nie jest dziennikarzem. Nie musi sprawdzać w różnych źródłach czy ponosić prawnej odpowiedzialności za przekaz. Wydawało mu się, że widział myszkę w kaszce to napisze „mysz w kaszce”. Kolejne media dodają wykrzykniki, myszka stanie się krwiożerczym stadem szczurów, a dziecko zamieni w żłobek pełen chorych niemowląt, na którym eksperymenta biologiczne prowadzi jakieś spożywcze korpo.

To co staje się niebezpieczne, to uzależnianie się researchu mediów od Facebooka i Twittera. Coraz częstsze budowanie przekazu w oparciu o niepełne, niesprawdzone i niejasne informacje. Nie chodzi tu o tabloidy, a typowe media mainstreamowe. Pojawia się coraz więcej faktoidów, których sprostowań później nikt nie czyta lub nie ogląda. Media społecznościowe stają się dziś ich największym dawcą.

Czym innym jest film zrobiony przez trzech kanadyjskich studentów, na którym widać jak orzeł chwyta i unosi do góry dziecko. Projekt, który zdobył szturmem internet, powstał w ramach pracy domowej na zajęcia z animacji 3D. Taki faktoid nikomu raczej krzywdy nie zrobi. Nie wywoła szczególnych reakcji, poza odrobiną emocji. Ale odnajdywanie i fotografowanie martwych zwierząt w żywności jest czymś zgoła innym. Takie zdjęcia rozchodzą się w sieci z prędkością światła. Bez względu na to czy są prawdą czy nie, rodzą szereg problemów w dotyczących ich firmach. Produkcja żywności podlega szczególnym rygorom i powyższe zdarzenie byłoby ewenementem. Nawet najwięksi konkurenci nie podkładają sobie takiej świni. I jeszcze jeden aspekt – ograniczanie wiarygodności przekazu. Za jakiś czas bowiem, może się okazać że nasza cywilizacja zawali się w gruzy z dwóch powodów. Pierwszym będzie zniszczenie całego systemu informatycznego na Ziemi wskutek wirusa, uznanego przez większość ludzi za fake. Drugim, będzie śmierć pozostałych w wyniku chorób i niechęci do szczepionek antywirusowych, ze względu na podejrzenie spisku koncernów farmaceutycznych.

Jeśli coś się Wam wydaje – obejrzyjcie poniższy film

FANPEJCZ: Bareizmy Wiecznie Żywe

Tym razem w naszym cyklu, w którym prezentujemy wywiady z twórcami najciekawszych polskich stron na Facebooku, człowiek, który etatowo demaskuje polskie absurdy. Może spać spokojnie, bo w tej rzeczywistości i tym kraju tematów mu nie zabraknie.

Czytaj dalej „FANPEJCZ: Bareizmy Wiecznie Żywe”