Świt medialnych prowokacji

Globalna konsternacja. Czy to naprawdę był przypadek? Gala oskarowa numer 89. Jedno z najbardziej komentowanych wydarzeń na świecie. Festiwal gwiazd, mody, lansu i zawodowych wzlotów i upadków. Ćwiczony setki razy scenariusz. Wszystko zapięte na ostatni guzik. Prowadzący mylą najważniejszą kartkę wieczoru. Zamiast wygranego filmu „Moonligt” wyczytywany jest konkurencyjny „La La Land”.  Festiwal uśmiechów kryjący zaskoczenie, zażenowanie i nerwowość.
blog-o-marketingu-jacek-kotarbinski-oskar-pixabay

Czytaj dalej „Świt medialnych prowokacji”

Reklamy

Całujcie ciule

Poprosił ją o rękę. A ona się zgodziła. Przypieczętowali pocałunkiem.

20140313-114531.jpg
Wpatrzonych w nich było kilkaset par oczu. Nawet Facebook płakał. Tak oświadczał się dziś Yuri Drabent na TEDx Warsaw. Naturalnie i prawdziwie. A może jednak była to jakaś ukryta promocja? Tajnie przemycony komunikat? Czyż samo podejrzenie nie wydaje się czymś obrzydliwym, niestosownym w samej swej istocie? Będąc świadkami wyrażania ludzkich, pozytywnych uczuć dotykamy przecież boskiej cząstki najwyższych, humanistycznych wartości.

Rządzi dziś nami pięć sióstr namiętności – Miłość, Seks, Pieniądze, Władza i Religia. Handel emocjami uprawiany jest dziś na tysiące sposobów. Coraz rzadziej jesteśmy stanie odróżnić prawdziwe wydarzenia czy happeningi artystyczne od coraz bardziej pomysłowego viralu, który ma wzbudzić jakiekolwiek reakcje. Od oburzenia po radość, od wściekłości po strach – żonglowanie naszymi uczuciami coraz częściej naśladuje prawdziwe emocje. I coraz bardziej w tym świecie stajemy się … nieufni.

Kiedy ktoś nas nabiera, śmiejemy się za pierwszym razem. Uważamy, by nie zostać nabranym ponownie. Wyprowadzenie nas w pole postrzegamy jako słabość. Mało kto czuje się komfortowo z poczuciem bycia oszukanym – nazwałem to Syndromem Metki [ patrz Sztuka Rynkologii ]. Kiedy ktoś nabiera nas na prawdziwe emocje lub fałszywą osobowość nie czujemy się z tym dobrze. Jak bowiem daliśmy się tak nabrać? Autentyczność staje się cenną monetą. Jednocześnie najbardziej podejrzaną. Na dodatek coraz częściej budzącą podejrzliwość graniczącą z obsesją komercyjnego charakteru każdego wydarzenia.

Od kilku dni furorę w sieci robiło nagranie artystycznego eksperymentu Tatii Pilievej. Grupa zaproszonych, zupełnie przypadkowych osób, całowała się przed kamerą. Niby sam pomysł nie aż tak innowacyjny, ale smaczku miał dodawać fakt owego nieznanego. Strategia okazała się skuteczna – żądnymi obejrzenia owych emocji było ponad 24 miliony par oczu. Jak zwykle sieć była podzielona. Jedni cmokali z zachwytu, innych przebiegał dreszcz podniecenia, a jeszcze inni uważali, że jednak pewnych granic intymności nie powinno się przekraczać. Nawet w takich formach prowokacji artystycznej. Jednego nie można było zarzucić – wszyscy całowali czule.

Ale magia nocy opadła. Surowy i chłodny świt sprowadził wszystkich na ziemię. Znowu ktoś chytrze zrobił nas w konia. [ Usta, usta … / Activist ] Romantyczny manifest okazał się wyreżyserowanym widowiskiem. Amatorzy – grupą aktorów, którzy całowanie mają w standardzie warsztatu pracy. A cała hucpa artystyczna – viralem ciucholandii Wren Studio. Auć! Kolejna granica zaufania do netowych projektów artystycznych została naruszona. Parafrazując Shreka – coś co za dnia było pięknością w nocy okazało się szkaradą. Aktorzy udający amatorów mogli pomóc marce raz. Czy damy się nabrać po raz kolejny? Jak szybko nasza naturalna wrażliwość wystawiana na takie eksperymenty, będzie po prostu coraz bardziej tępieć? Czyż zasypywani codzienną porcją próśb o pomoc, przerażającymi zdjęciami, udramatyzowanymi przekazami nie stajemy się coraz bardziej gruboskórni i podejrzliwi? Obsesyjnie podejrzliwi?

Czy oświadczyny Yuriego były jego genialnym posunięciem autopromocyjnym? Czy naturalnym odruchem chwili? Wyreżyserowanym widowiskiem? Nagłym przypływem odwagi? Happeningiem? Nie mam pojęcia. Nie było mnie tam. Wydaje się, że jeszcze 10 lat temu zadawanie takich pytań w kontekście samej sytuacji, byłoby wręcz niestosowne.

Asiu i Yuri – najlepsze życzenia dla Was ode mnie. Proste i szczere ❤

20140313-120754.jpg

Straszonko

Kobieta wchodzi do windy. Naciska guzik. Po chwili jazdy, kabina trzeszczy i na chwilę gaśnie światło. Kiedy zapala się ponownie, obok stoi mała dziewczynka. Ale to nie komnata strachu na jarmarcznym odpuście. To środek nowoczesnego biurowca. Strach. Szok. Przerażenie. Krzyk. Bezwładne walenie do drzwi. Ubaw po pachy… Straszący zawsze mówią, że to lubią. Dopóki sami nie staną się straszonymi.

Nie wierzycie? Obejrzyjcie.

Jeszcze coś w klimacie windy? Proszę bardzo:

O zjawisku hapenerstwa pisałem już w 2010r. [ Hapenerzy ]. Niewiele się w tym zakresie zmieniło. Agencje reklamowe czy eventowe coraz bardziej żonglują naszymi emocjami. Sam obserwując pierwsze zdjęcia z Czelabińska, zastanawiałem się czy to jest odpowiedź rosyjskich studentów na pracę domową tych kanadyjskich. Współczesne możliwości multimedialne są tak duże, że nakręcenie realistycznie wyglądającej fikcji nie stanowi żadnego problemu dla fachowców.

Dziś trwają dyskusje o spocie Nivea.

Czy brali w nim udział rzeczywiście przypadkowi ludzie? A może statyści, których uprzedzono, zapłacono okrągłą sumkę i podsunięto szczegółową umowę o zachowaniu poufności? Czy też byli to aktorzy lub amatorzy? Trudno wierzyć tu zapewnieniom agencji czy marketera. Oni nawet nie pisnęliby pary z ust hiszpańskiej inkwizycji. W świecie, gdzie spektakularne zamieszanie na ulicy może okazać się kolejnym flashmobem, lipdubem, promocją żelu pod prysznic czy otwarciem nowego discountu – wszystko jest możliwe.

W USA za taki dowcip można łatwo zostać pozwanym. Poza tym jankescy policjanci mają specyficzne podejście do żartów, o czym pierwszy przekonał się Jaś Fasola.

Ludzka wrażliwość to delikatna materia. List gończy z własną facjatą w tivi może być fałszywy. Zawał czy wylew w wyniku gwałtownych emocji jest zawsze prawdziwy. Wszyscy się śmieją, ale nikt nie chce znaleźć się na miejscu delikwenta. Czy poważną markę i agencję stać na taki skandal? Czy jedynym rozwiązaniem kreatywnym dla tego rodzaju kosmetyków jest żonglowanie emocjami strachu?

Co dalej? Wszak gama środków jest nieograniczona. Zwłoki dziecka na ulicy? Ostrzał snajperów w centrum miasta? Zombie w metrze? Zwłoki w centrum handlowym? Horrory pełne są konceptów. Ale życie to nie FX made in Hollywood.

Takie shockvertisingowe filmy są robione wyłącznie jako virale i przeznaczone do internetu. Ponieważ szybko się nudzą, dawka adreliny musi ulec zwiększeniu. Lud bowiem mruczy z niezadowolenia i niczym gawiedź w koloseum żąda więcej krwi. Ale czy ta ślepa uliczka nie doprowadzi w końcu do mniej zabawnego zakończenia? Manipulacja naturalnym, ludzkim strachem w celu osiągnięcia efektu reklamowego, lekko zalatuje redneck marketingiem. Dziękuję, chyba wolę pozytywne emocje augmented reality w wersji National Geografic.

Wyprane słońce

Po raz pierwszy Polskę odwiedził Cirque du Soleil (Cyrk Słońca) (CdS). Zagrają w sumie 6 przedstawień. To szczególne wydarzenie na rynku kulturalnym , zdecydowanie rangi ogólnokrajowej, a nie regionalnej.

CdS jest w swojej branży niczym nowoczesne Ferrari – charakterystyczne, markowe, stanowiące wzór do naśladowania i będące świadectwem najwyższego, cyrkowego kunsztu. Ale czy cyrkowego ?  Niech nazwa Cię nie zmyli. CdS NIE JEST cyrkiem. Jest całkowicie innowacyjną i bardzo charakterystyczną koncepcją nowej formuły widowiska, łączącego w sobie najlepsze elementy cyrku, teatru, opery czy pantomimy. „Cyrk” bowiem, rozumiany jest jako miejsce, w którym różnorodni artyści oraz treserzy zwierząt, mają swoje show, przerywane krótkimi wystąpieniami klaunów. Cyrk, w naszym powszechnym rozumieniu – kojarzy się z namiotem, orkiestrą, specyficznym zapachem i różnorodnymi występami.  CdS jest inny, choć wykorzystuje większość wspomnianych elementów ( poza tresurą zwierząt). Znajdziemy tu wprawdzie gimnastyków, żonglerów, ekwilibrystów, mimów, śpiewaków, klaunów, ale … w zupełnie innej konfiguracji i scenariuszu niż w cyrku.

CdS został założony  w 1984r. przez połykacza ognia, akordeonistę i speca od przechadzek na szczudłach – Guya Laliberte.  Przez te lata ich występy obejrzało ponad 50 milionów ludzi na całym świecie, a wartość jego firmy ( w której ma 95% udziałów) szacuje się na 1,2 mld dolarów USA.  Ten olbrzymi wzrost, przez 28 lat, został odniesiony w branży (cyrkowej), która na świecie chyli się ku upadkowi. W Polsce chyba w zasadzie już nie istnieje. Szkoła cyrkowa w Julinku zakończyła swoją działalność w 1999r.

Przypomnij sobie, kiedy ostatni raz byłeś w prawdziwym cyrku ? Kiedy ostatni raz widziałeś wozy cyrkowe lub rozstawiony namiot ? Kiedy Twoje dziecko przyszło ze szkoły z „bezpłatnymi biletami” dla siebie i błagalnym wzrokiem ?

Świat się zmienił. Ludzie znaleźli szereg innych, konkurencyjnych sposobów spędzania wolnego czasu. Do tego dołączyła się, bardzo silna na świecie, krytyka wykorzystywania zwierząt w cyrkach. Których „sztuczki” często okupione były bezsensownym cierpieniem, a warunki życia jakie im zapewniano były dalekie od doskonałości. CdS wykorzystał szansę chylącej się ku upadkowi branży, przejmując z niej najlepszych artystów i najciekawsze osobowości. Ale jego koncepcją na przyciągnięcie widza, nie było stworzenie „mega cyrku” i swoistego, artystycznego patchworku.

CdS postawił na całkowicie innowacyjne widowisko.  Stworzenie od podstaw czegoś całkowicie nowego. Czegoś, czego jeszcze nikt nie widział. Wykorzystując  zaangażowanie widzów, profesjonalizm artystów, humor, kolor, muzykę i śpiew. Dążąc do swoistej wyjątkowości i marki, dążył do wysokiej efektywności i zachowaniu jak najlepszej relacji pomiędzy kosztami, a przychodami. CdS stworzył ofertę, która nie była ani klasycznym cyrkiem, ani teatrem, ani operą, ani pantomimą, ani kabaretem, ani koncertem muzycznym. Ale wybrał z tych wszystkich wymienionych sztuk, ich najlepsze cechy i połączył je w sposób mistrzowski. Narracją czyli historią, uniwersalną opowieścią zrozumiałą dla wszystkich. Tworząc też … swoisty, własny język. Który nie jest żadnym, znanym językiem. Choć niewątpliwie przypomina w swym brzmieniu czasami japoński, włoski, suahili, francuski czy hiszpański.

OBEJRZYJ

http://www.trojmiasto.pl/video/embed/2565

CdS stworzył zupełnie nową wartość rozrywki. Stworzył przedsięwzięcie, które określono „błękitnym oceanem”. Całkowicie nową kategorię biznesu, którą dziś bardzo trudno byłoby skopiować, bez natychmiastowego posądzenia o naśladownictwo stylu i cech typowego show CdS. Używając terminologii w rozwijanej przeze mnie „teorii palisady”, swoistym ostrokołem CdS są niepowtarzalne projekty strojów i ich kolorystyka, genialne wprost aktywne nawiązywanie kontaktu z publicznością (praktycznie wyłącznie przy pomocy gestów i mimiki twarzy), wspomniany, specyficzny język czy zdecydowane, kontrastowe barwy scenografii. Jednak mistrzostwem jest łączenie tych wszystkich elementów w celu zbudowania charakterystycznego i pozostającego na długo w pamięci widowiska. Jedno wydaje się być pewne ponad wszelką wątpliwość – jeśli ktoś raz obejrzy spektakl CdS, nie pomyli go już z żadnym innym. Czy jeśli choć raz zobaczysz Ferrari, pomylisz go z innym autem ?

OBEJRZYJ

http://www.trojmiasto.pl/video/embed/2561

Ale każda marka z najwyższej półki, wymaga odpowiedniej oprawy. Zegarków Antoniego Patka nie kupujemy owiniętych w codzienną gazetę i zawiązanych sznurkiem.  Jeśli wszystkie panny młode ubierają się na czerwono, a jedna z nich na błękitno, to pan młody musi być również odpowiedniej klasy. Niestety, wydawać by się mogło, że pan młody do panny CdS został dobrany w specyficznych walonkach, przyciasnym surducie i utkanej gdzieniegdzie słomie …

To, w jaki sposób promowano CdS w Polsce, urąga w moim przekonaniu wszelkim sensownym zasadom marketingu produktów markowych. Szczególnie tych, które nie są znane szerokiej rzeszy Polaków-Szaraków. Polska branża (nazwijmy ją „cyrkową”) nie gości zbyt często pod naszymi strzechami. Przykuwamy nosy do tivi, fascynując się kolejnymi „mamtalentami” lub masowymi koncertami „pod chmurką”. Czasem jakaś publiczna wyemituje cyrk z Monako. Powszechna świadomość jest prosta: cyrk to albo w sejmie, albo pod namiotem, ze strzelającym bacikami treserem i klaunami kopiącymi się tu i ówdzie. Jeśli ktoś wie tak naprawdę, jak wartościową marką jest CdS, to albo widział ich widowiska za granicą, albo ktoś mu opowiedział o nich,  albo szczególnie interesuje się tą branżą lub jest pasjonatem innowacji i strategii błękitnego oceanu.

Nie mam zielonego pojęcia jaki był efekt finansowy akcji promocyjnych CdS. Całkiem możliwe, że wszyscy swoje zarobili. Ale nie o to chodzi. Przypominam, że występy odbyły się wyłącznie raz w Polsce i wyłącznie w Gdańsku (jedynie Ergo Arena spełniła warunki techniczne wymagane przez CdS). Z informacji, które posiadam, obłożenie przedstawień nie przekraczało 3/4 pojemności hali. Bilety były wciąż dostępne w sprzedaży. To zastanawiające, szczególnie gdy na świecie wyprzedawane są na pniu. Uprzedzam wątpliwości, CdS nie jest rozrywką dla koneserów. Ceny biletów nie były również szczególnie wygórowane. Porównaj sobie z cenami Lady Gaga 🙂 . Na sali można było spotkać całe, zorganizowane grupy dzieci.  Głównie rosyjskich.

Gdybym odpowiadał za marketing sponsorów, miałbym również wiele uwag. Jest bowiem zasadnicza różnica pomiędzy nieomalże całkowitą niewidocznością, a dyskretną obecnością. Coś co dziś jest standardem np. eventy dla widzów podczas przerwy czy jakiekolwiek aktywności dla dzieci po przedstawieniu w zasadzie nie istniało. O merchandisingu (rozumianym jako daleko pojęte „gadżeciarstwo” już nawet nie chcę wspominać). W zasadzie go nie było. Pomijając już drobiazg, że 100PLN za dziecięcą koszulkę z logo CdS jest chyba trochę ceną niewspółmierną do jej wartości.

CdS nie zaistniał w Polsce w jakikolwiek sensowny, medialny sposób. Został spozycjonowany jako jakieś poślednie widowisko, kolejna impreza w Ergo Arenie. Pozostaną po nim jedynie porwane i przemoknięte plakaty, smętnie zwisające na trójmiejskich słupach. Czy ludzie odpowiadający za międzynarodowy marketing CdS, spodziewali się takiej promocji w Polsce ? Nie sadzę. Przyznam, że dawno nie widziałem tak koncertowo spapranej, marketingowej roboty, tak świetnej marki.  Naprawdę szkoda.

Powiedzmy sobie szczere i poważnie. Żeby profesjonalnie promować marki z najwyższej, światowej półki, pionierów światowych, innowacyjnych koncepcji, trzeba po prostu umieć to robić z sensem i z głową. Sam keg Heinekena do tego nie wystarczy.