Tradycjonaliści ze smartfonem

Świat mobile wydaje się faktem, ale czy korzystamy z zalet tej technologii w sposób wystarczająco efektywny? W pierwszej fazie popularyzacji smartfonów, Polacy w dużej mierze dopiero odkrywali możliwości korzystania z rozmaitych aplikacji. Czy w przypadku dokonywania zakupów w różnych formatach sklepów potrafią docenić dobrodziejstwa cyfryzacji? Wszak dziś połowa ruchu internetowego już przypada na rozwiązania mobilne.

jacek-kotarbinski-blog-o-marketingu-rynkologia-innowacja-marka-brand-marketing-mix

Czytaj dalej „Tradycjonaliści ze smartfonem”

Histeryjki marketingowe

– Skąd wyjeżdża czołg? Czołg wyjeżdża znienacka – jak mawia genialny Piotr Bałtroczyk w Histeryjkach Wojskowych. Parafrazując to na marketing: – Co emitują badania?  Badania emitują buzz! Skończcie panie i panowie z tym „przemysłem ściemniactwa”.

Czytaj dalej „Histeryjki marketingowe”

Czas na rewolucję marketingu

Marketing się zmienił. I już nie będzie taki sam. Jeśli tkwisz w mentalnym, analogowym rozumieniu jego zasad – nie masz szans przetrwania. Fale dynamicznych, rewolucyjnych procesów zaleją Cię, porwą i wyrzucą gdzieś na zarośnięty brzeg. Jeśli rzeczywiście chcesz być konkurencyjny na rynku, nie możesz opierać się zachodzącym zmianom.

london_student_protest

Spróbuj je zrozumieć, zaakceptować i zastanowić się, jak przekształcić własną organizację. Przede wszystkim, jak wyjść ze sztywnych ram dotychczasowego myślenia o rynku. Czas statycznego, skostniałego marketingu, narzędziowego, wspierającego sprzedaż – już przeminęła.

Czytaj dalej „Czas na rewolucję marketingu”

Fakty. Wydarzenia. Opinie.

Piszę jak jest. Bez ogródek i bez ściemy.

20140805-103305.jpg Czasem nie chcę wymieniać nazw firm, personaliów czy danych by nie psuć komuś biznesu swoimi subiektywnymi opiniami. Albo nie robić całkowicie nieuprawnionej reklamy. To może od początku.

Od czasów, gdy elektroniczny press releases trafił pod strzechy, dziennikarze są zasypywani lawiną informacji od firm. Nie łudźmy się, większość z nich trafia w kosmos lub do Koszalina. Po prostu, media papierowe nie budują treści w oparciu o dostarczane newsy agencji PR. Chyba, że ktoś za to płaci. Jasna sprawa. Ale co innego, media elektroniczne. Te papierowe ograniczone są miejscem, każda strona kosztuje. W przypadku e-mediów, ciągną content niczym wielbłąd deszczówkę. W związku z tym, łykną prawie każdą treść, którą się do nich prześle. Tu dochodzimy do zjawiska weryfikacji, refleksji nad tekstem zewnętrznym. Czy ma sens i jakie są intencje nadawcy? Najczęściej proste – to ukryta reklama produktu, w sposób imitujący niezależną informację. Najpopularniejszą metodą jest pomysł na „zrobiliśmy badanie x, które wskazało y„.

„Badanie” stało się w ostatnich latach tajnym słowem-wytrychem. Podobnie jak „X sposobów na Y„. Ale wyliczanka jest mniej niebezpieczna. Gdzie leży problem? W zarażaniu nas stereotypami wiedzy, która oparta jest o kiepską metodologię. „Badanie” kojarzy się z czymś wiarygodnym, sprawdzalnym, weryfikowalnym. Stoi za nim albo jakas ekipa uniwersytecka, solidne grono ekspertów czy wiarygodna firma, która wie co robi. Czy jeśli dwóch kumpli zrobi badanie poparcia politycznego na paru osobach, to pokażą ich w telewizji? Nie sądzę. Chyba, że udowodnią, że wybory wygra kogut z dwoma głowami. Dlatego za sondaże wyborcze muszą odpowiadać sensowne firmy.

Dzisiaj zalewani jesteśmy informacjami, że ktoś coś zbadał. Nieważne kto, nieważne jak, nieważne po co. Liczy się jedynie udowodnienie wyższości świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiej Nocy. „Badania pokazały, że moje jest mojsze niż twojsze” parafrazując klasyka. Wyniki tych badań, trafiają do prezentacji, artykułów naukowych, są tematem dyskusji na konferencjach. Nikt nie poddaje pod dyskusję metodologii czy warunku niezależności badawczej. A czasem wnioski bywają egzotyczne.

Dlaczego jest to niebezpieczne? Primo po pierwsze, traktujemy wyniki badań jako źródło weryfikowalnej i skalowalnej wiedzy. Bez tego warunku nie istniałaby współczesna medycyna, architektura czy mechanika. „Badanie” to nie sondaż, który zrobiliśmy z kumplem na korytarzu. Niestety, coraz częściej jest to pole manipulacji, gdzie wyniki są realizowane dokladnie pod tezę. Media elektroniczne dalej powielają te treści, nadając im wiarygodność materiału źródłowego, który trafia potem do opracowań naukowych. Powielany po wielokroć, zyskuje status pewnika.

Primo po drugie, mieszamy różne systemy walutowe – to, że Amerykanie coś zbadali i wywnioskowali, nie oznacza, że u nas jest tak samo. Często na konferencyjnych prezentacjach słychać słynne „badania pokazują, że …„. Wypowiadane jak mantra. Jakie badania? Skąd? Z jakiego okresu? Źródła, źródła, źródła … Chyba, że ustalamy sobie, że zrównujemy wiarygodność Johna z Instytutem Gallupa. I znowu publika kiwa głową i łyka wszystko jak pelikan – przecież „badania pokazały„. Na dodatek hamerykańskie. A wiadomo, hamerykańskie znaczy musi być dobre i wiarygodne. Kto zaprzeczy wiarygodności hamerykańskich badań, kto? Jak się sam odezwę, to zaraz na gbura wyjdę.

I po trzecie primo, każdemu z nas ma prawo „coś się wydawać„. Nawet to, że widział kotecka. I jest to potężne pole do dyskusji i wymiany poglądów. Różne teorie, różnych ludzi doskonale nam to umożliwiają. Na wspomnianych, hamerykańskich uniwerkach jesteśmy wręcz zachęcani do polemizowania z nimi. Ale raczej o faktach się nie dyskutuje. Oddzielając nasze widzimisię od faktów, będziemy zdrowsi.

Na zakończenie ogólna prośba do mediów elektronicznych – czytajcie ze zrozumieniem to, co wam wysyłają lub piszcie komentarze redakcyjne. To bardziej pomoże w budowaniu wiarygodności niż bezrefleksyjne i masowe kopiowanie nadsyłanych treści.

Blągoryserczowanie

Pewien słynny radziecki naukowiec robił eksperyment z muchą. Najpierw wyrwał jej jedno skrzydełko i podał komendę „leć!”. I poleciała.

20140202-223550.jpg

Następnie wyrwał kolejne. Mucha również poleciała. Kiedy wyrwał ostatnie, mucha nawet nie drgnęła. Nie reagowała na żadną komendę. Wniosek badacza był prosty – mucha ogłuchła.

Żeby badać zdrowie ludzi, trzeba mieć na to papier. Lekarza. Określonej specjalności. Inaczej można trafić do więzienia. Szczególnie jak za badania bez papierów zabiera się domorosły ekspert ginekologii. Lekarz bez papierów nazywany jest Znachorem. Jedynym, jakiego kojarzę w swej solidności był profesor Rafał Wilczur. Dla znajomych Antoni Kosiba.

Żeby wybudować most, trzeba miec odpowiednie kwity. Tak samo, by go zaprojektować. Można budować i projektować bez papierów, ale nie przypominam sobie inwestora, który przekaże swoje pieniądze takim osobom bez stosownych uprawnień.

Żeby jeździć samochodem trzeba mieć na to świstek. Można go oczywiście nie mieć i jeździć. Wolna wola. Wymiar sprawiedliwości kocha takich kierowców.

Żeby zajmować się badaniami w sferze nauki, trzeba mieć doktorat. To podstawowy stopień naukowy. Oczywiście, można robić badania mając nawet wykształcenie podstawowe. Średnie. Może nawet licencjat. Ale kto poważnie potraktuje badanie, które ma z jego metodologią tyle wspólnego co szampan z szamponem? I jedno, i drugie się pieni i jest płynne. Tak, że mucha nie siada.

Można sobie oczywiście samemu badać temperaturę. Puls. Nawet oddech. Językiem stopień oblodzenia wyciągu narciarskiego. Słyszałem nawet o jednym nietoperzu z Bali, który sobie badał … Nieważne. W każdym razie sami się też badać możemy. Możemy też badać innych. Ale jeśli nie wiemy jak to robić – nie róbmy tego. Choćby z szacunku dla pracy innych ludzi, którzy wiedzą w praktyce czym jest dobór próby, próba losowa, operat losowania, próba grupowa, weryfikowanie hipotez, mediana, świadomość wspomagana i niewspomagana czy rozkład normalny.

Możemy też sobie robić „badanie z tezą”. Czyli zbadaj kto jest Twoim idolem i uzasadnij dlaczego właśnie Stalin.

Chyba, że chcemy szpanować przed panienkami. Wtedy przepraszam, to nie moja budka i życzę udanych łowów.

Idę posmarować kanapkę by zbadać reakcję kota …