Uniform marki

Czerwony z wściekłości Francuz próbował zaatakować mnie z główki. – Znam phresesa! Znam phresesa! – śmiesznie podrygiwał ze swojego metra pięćdziesiąt dziewięć, stając zapewne na palce. Nie mogłem go nawet dotknąć. Czy głupio się zaśmiać. Pracowałem przecież w tej firmie raptem drugi tydzień.

Czytaj dalej „Uniform marki”

Jankesi mnie biją

Wywleczono go i pobito niczym najgorszej klasy przestępcę. Poniżony, sfilmowany, niewinny człowiek, którego przewinieniem stał się ludzki pech. Bezsensowna ofiara overbookingu, który dla jednych bywa zmorą, dla innych okazją na uzyskanie dodatkowych korzyści w liniach lotniczych czy sieci hotelowej.

Czytaj dalej „Jankesi mnie biją”

7 rad zanim wypuścisz fakenewsa

Panorama TVP2 poważnie naruszyła zasady dziennikarstwa. Do Tiny Turner mam osobisty szacunek. W 1996 byłem na jej genialnym koncercie w Monachium i choć jej utwory to nie do końca moja bajka, to byłem pod wrażeniem głosu, umiejętności tanecznych i wyjątkowej werwy.

Czytaj dalej „7 rad zanim wypuścisz fakenewsa”

Jajo Komiczne

W końcu wydało się, dlaczego jesienią zacząłem morsować. Starałem się utrzymać tę informację długo w tajemnicy, ale niestety są spółki publiczne, które muszą podawać informacje istotne dla swojej działalności, jak na przykład o świętym prądzie.  Świetnym miało być.

Czytaj dalej „Jajo Komiczne”

Świt medialnych prowokacji

Globalna konsternacja. Czy to naprawdę był przypadek? Gala oskarowa numer 89. Jedno z najbardziej komentowanych wydarzeń na świecie. Festiwal gwiazd, mody, lansu i zawodowych wzlotów i upadków. Ćwiczony setki razy scenariusz. Wszystko zapięte na ostatni guzik. Prowadzący mylą najważniejszą kartkę wieczoru. Zamiast wygranego filmu „Moonligt” wyczytywany jest konkurencyjny „La La Land”.  Festiwal uśmiechów kryjący zaskoczenie, zażenowanie i nerwowość.
blog-o-marketingu-jacek-kotarbinski-oskar-pixabay

Czytaj dalej „Świt medialnych prowokacji”

Wszystko za darmo

– Sprawa jest delikatna – barczysty facet dosiadł się do kawiarnianego stolika. – Mogę kawę? – zwrócił się do kelnerki – pozwoli Pan się przysiąść, prawda? – Wie Pan (otworzył notes), słuchałem tej Pana prelekcji o nowościach w medycynie i chciałem zadać pytanie. Trudno było mi tak otwarcie na sali, ale jako lekarz może coś ciekawego powie Pan dodatkowo. Ta konferencja kosztuje tak dużo, że aż żal nie zapytać. To do rzeczy, kochany Panie Doktorze, rzyć  mnie boli jak jasny gwint i nie wiem dlaczego!

costume-15682_1280

Zaznaczę od początku, żeby nie było wątpliwości. Wszyscy prelegenci kochają zadających pytania, dyskutujących o treściach wystąpień, wymieniających uwagi czy krytykujących jakieś zagadnienie. Każde wydarzenie jest żywe, twórcze, inspirujące i buzzujące kiedy się o nim rozmawia. Do dziś pamiętam niesamowitą dyskusję na jednej z organizowanych przeze mnie konferencji, gdzie musiałem podjąć decyzję – odwołać następny panel, ryzykując focha dyskutantów czy nie przerywać wyjątkowo twórczej dyskusji prelegentów z uczestnikami. Chwilo trwaj. Nie przerwałem.

Zdecydowanie cięższym tematem jest „jednominutowe doradztwo korytarzowe”. Wiele osób występujących publicznie zna to z autopsji: ktoś podchodzi i z szybkością karabinu maszynowego zadaje pytania, na które oczekuje natychmiastowej odpowiedzi, konkretnej, precyzyjnej, na pstryknięcie. Postrzegając prelegenta niczym cudotwórcę, przykładającego ręce do głowy czy niczym telewizyjny wróż, wysyłający promień tajemnej wiedzy.  I wiecie co jest w tym najbardziej ryzykowne? Kiedy nie będzie zachwycony odpowiedzią, odwróci się na pięcie, wyjdzie z sali, a potem wysmaży odpowiednią notkę na blogu lub komentarz na fejsie. Dziś mamy monitoring, gdzie Sadek pilnuje odpowiednich fraz, ale reagowanie i dyskutowanie  przypomina czasem udowadnianie, że nie jest się wielbłądem. Wszak sieć nie zapomina.

Prelegenci bardzo chętnie rozmawiają z  uczestnikami konferencji (chyba, że są nadęci i napuszeni, ale kto takich zaprasza?:)  Zgrzyt pojawia się, gdy miłą, branżową pogawędkę próbuje się zamienić w twardy one-job-training. Dla mnie bardzo wiele spotkań przy kawie z mnóstwem ludzi zamienia się w twórczą burzę mózgów czy mentoring, ale po prostu to lubię. Choć pamiętam jakiś czas temu ktoś poprosił o mailowe rozwiązanie dość złożonego problemu, acz odrobinę banalnego. Rozpisałem szybką procedurę i wysłałem. Cisza. Null. Nawet „dzięki wielkie” zabrakło. Darmociągi mają mnóstwo cwanych sposobów na rozwiązywanie swoich problemów, są nawet tacy, którzy organizują rekrutacje na poważne stanowiska, zamieniając rozmowy z kandydatami w bezpłatne doradztwo strategiczne czy taktyczne.  Takie praktyki nadal dowodzą, jak wiele jeszcze się musimy uczyć.

Jak zakończyła się historia? Doktor spojrzał się na obolałego człowieka i zaordynował:

– Proszę zdjąć spodnie i bieliznę.

– Jak to? Tak przy wszystkich? Przy tych ludziach?

– Skoro jest to dla Pana problem, a bez badania nie będę w stanie Panu pomóc, proszę umówić się do mojego gabinetu, oto moja wizytówka.

– Ale jak to tak? Do gabinetu? Pewnie jeszcze muszę coś zapłacić? Wie Pan ile kosztowała ta konferencja?  A ja tylko tak chciałem chwilkę,  przy kawie, niezobowiązująco, prywatnie.

– Myślę, że siedząc tyle godzin w jednym miejscu może mieć Pan problem z mięśniami. Polecam – doktor wskazał kierunek hotelowego centrum SPA  – tylko wie Pan, szybki masaż  kosztuje aż 90zł. Ale tę radę ma Pan zupełnie za darmo.  

Na zakończenie genialna opowieść, która krąży i wspaniale definiuje problem (nie mam pojęcia czy autentyczna).

Paryż, przy stoliku siedzi Picasso i pije kawę.  Podchodzi młoda kobieta i mówi:

– Mistrzu, Mistrzu, czy mogę się dosiąść i wypić z Mistrzem kawę? 

– Ależ bardzo proszę, będzie mi miło – odparł.

– Mistrzu, a czy narysowałbyś mi mały rysunek na serwetce? Bardzo proszę – szczebiotała.

Picasso wziął serwetkę ze stolika i w 30 sekund naszkicował pewien motyw. Podpisał.

– Mistrzu, jakie to piękne. Czy mogę sobie zabrać? Ile by Mistrz chciał za ten rysunek? 

Picasso w milczeniu napisał kwotę na drugiej serwetce. Nieprzyzwoicie wysoką kwotę.

Dziewczynę zatkało z wrażenia

– Ale … ale jak, Mistrzu, dlaczego aż tyle? Przecież zajęło Ci to tylko 30 sekund??

Picasso spojrzał na nią badawczo i odparł:

– Nie zajęło mi to 30 sekund, tylko całe moje życie. 

Jak Njubalans z Lidkiem wojował

Dawno, dawno temu, za górami i lasami, żyła sobie Marka. Miała historię, doświadczenie życiowe i piekła najlepsze ciasteczka ma świecie.

Nikt nie znał recepty tych ciasteczek, bo była tajna i łamana przez poufna. Lud śnił o nich dniami i nocami, czekał dnia kolejnego wypieku, gdy upojny zapach poniesie się ponad wodami. Nikt nie śmiał wykraść receptury. Aż tu nagle, słotnego dnia, pojawił się szpieg z Krainy Deszczowców. Używając tajnych podstępów wykradł Marce przepis. Za chwilę były już kopie jej ciasteczek, które nie były tak smaczne, tak pachnące, ale za to dwa razy tańsze i pięć razy agresywniej reklamowane. Marka w końcu zaniemogła z rozpaczy i umarła. Kopiści obniżyli koszty, dzięki czemu smak spsiał zupełnie, a z zapachu nic nie zostało poza wonią mokrej sierści. Cena za to wzrosła. Lud za parę lat już nie pamiętał smaku i zapachu prawdziwej Marki.

Zanim dopadła nas globalizacja, marki budowały swą legendę we własnych fabrykach. Kiedy pojawiły się możliwości outsourcingu, zaczęły uciekać z produkcją w świat. Tyle tylko, że wpłynęło to na obniżenie ich jakości i redukcję legendy. Cygara ręcznie formowane na udach kubańskich dziewcząt to nie to samo, co wypluwane z bezdusznego automatu, dziesięć na minutę. Marka to kultura firmy, jej ekosystem, każdy kto zna historię Harley Davidsona doskonale to rozumie. Bez tego jest tylko produktem, znaczkiem, identyfikatorem, trademarkiem. I niczym więcej.

Dziś czytam historię jak marka New Balance została skopiowana przez sieć Lidl [ Gazeta.pl: New Balance wyśmiał Lidla ]. W Internecie dyskusja wrze, a głosy są podzielone. Ciekawostką jest fakt, że wielu internautów nie widzi w procederze kopiowania niczego zdrożnego, sugerując, że buty jednej i drugiej marki są takie same lub łudząco zbliżone. Więcej, podobno nawet wyprodukowane w tej samej fabryce.

Ten ostatni argument nie jest absurdalny. Tyle, że trzeba go konkretnie udowodnić. Wiele azjatyckich fabryk uprawia taki proceder, tylko że kopiowany wzór przemysłowy nie trafia raczej do globalnych sieci handlowych. Nikt nie szczyci się takimi praktykami. Tutaj jest punkt dla New Balance i Lidl powinien zareagować wycofaniem marki, jeśli zarzut skopiowanego wzoru potwierdzą prawnicy. Warto też sobie uświadomić kilka spraw:

  • kopiowanie wzorów zabija rozwój designu, po co bowiem się wysilać, skoro zaraz ktoś to wykorzysta,
  • jeśli uważasz, że kopiowanie to nic zdrożnego, wymyśl jakiś projekt, pracuj nad nim dzień i noc przez parę miesięcy, a potem oddaj za darmo paru cwaniakom, którzy zrobią na nim kasę. Zapomniałem dodać coś o wykształceniu, praktyce, wiedzy, zdolnościach i paru drobiazgach,
  • marki od lat walczą z naśladownictwem ich wzorów, ale to walka z wiatrakami, ponieważ króluje twórczy benchmarking,
  • dla designera kopiowanie jego pomysłów jest jedynie ambicjonalną pociechą, ponieważ za swoją pracę, pomysł czy wzór nie otrzymuje z tego tytułu ani grosza,
  • naśladownictwo wzorów to potężny przemysł gospodarczych hien – nie rozwijają własnych kompetencji projektowych (sporo kosztują, to oczywiste), a wyłącznie naśladują popularne na rynku rozwiązania. Taka Kraina Deszczowców,
  • jeśli Twoim zdaniem design „nie ma znaczenia” i uważasz go „fanaberię”, najprawdopodobniej nie kochasz rzeczy ani użytecznych, ani ładnych, ani dobrze jakościowo zaprojektowanych.

Druga kwestia New Balance vs. Lidl to realna wartość butów. Ceny New Balance kształtują się średnio na półce podobnie jak obuwie sportowe znanych marek. Pytanie brzmi, czy New Balance jest znaną marką? Czy jest marką jakościowo dobrą? I czy relacja ceny, do jakości jest odpowiednia? Nie jestem użytkownikiem tej marki, trudno mi powiedzieć. Ale każdy ich klient potrafi to ocenić. Czy buty w Lidlu naśladujące ten wzór zainteresują prawdziwych fanów marki? Wątpię. Ale na pewno zainteresują szpanerów i aspirujących. Ludzi, którzy bedą chcieli wierzyć, że za parę groszy kupią jakość. I tu powraca pytanie o realną wartość marki New Balance. Jeśli jakość butów z Lidla będzie taka sama lub niewiele gorsza – punkt dla niego.

Trzecia kwestia to szeroki problem różnych marek zagranicznych w Polsce. Wiele z nich uznawanych u nas za drogie, renomowane czy wysokiej jakości, są średnią półką na świecie. Ich cena wynika z przeliczników walutowych, wysokich marż handlowych oraz nadal czaru „zachodnie, amerykańskie jest lepsze”. Wzory modne w USA, trafiają do Polski czasem po 2-3 latach. Wyprzedaż kolekcji w Berlinie w znanej sieci odzieżowej w listopadzie 2014r. – dziś jest „absolutnym hitem i nowością” tej sieci w Warszawie. Ceny można sobie wyobrazić. Jeszcze inny dowcip polega czasem na tym, że produkty typu nonames bywają porównywalne jakościowo z markowymi. Niestety, wiele firm już nie pamięta, czym naprawdę jest marka i po prostu „jedzie” na tak zwanej opinii. Jakościowo będąc zwyczajnym średniakiem.

Ostatnia kwestia, to oczywisty buzz dla obu firm, wywołany zamieszaniem w sieci. Kto na tym bardziej zyska? Trudno spekulować bez wiedzy ze skanningu kas. New Balance ładnie Lidla na fejsbuczku zaczepił. Ale nikt nie spodziewał się takiej reakcji internautów. Kolejny dowód, że w social media nie znasz dnia ani godziny, a łaska digital influencerów i wszelkiej maści ninjas różnego autoramentu na pstrym koniu jeździ.

Mamy bardzo często zaburzony obraz świata realnej wartości marek. Mało kto kojarzy np. markę Dyson, obecną w Polsce, legendarną na świecie, ale realizującą u nas fatalną politykę komunikacji. Choć lepiej byłoby napisać „żadną”. W pociągach PKP czy toaletach, pojawiają się innowacyjne suszarki do rąk Dysona, zwróćcie uwagę. To wyjątkowa marka, świetny design i wspaniała historia jej twórcy. Tylko, że mało kto ją zna.

Dziś warto poszukiwać wiedzy o markach, historii i kluczowych elementach dotyczących ich wartości. Kochamy marki innowacyjne, dobrze zaprojektowane, stworzone przez ludzi i dla ludzi. W przypadku kopistów kradnących ten potencjał, łatwo ulegać wpływom, natarczywej reklamie czy kupowanym opiniom w Internecie.

Warto też pamiętać, że dla wielu międzynarodowych firm polski rynek nie jest miejscem strategicznym, dlatego czasem coś, co u nas promuje się jako „nowość” jest najzwyklejszą, globalną wyprzedażą.