Pomocy! Po zamachu w Londynie, zaginął nasz syn.

Pomocy! Po zamachu w Londynie, zaginął nasz syn. Tuż przed nim zrobił sobie zdjęcie, na którym widać skręcające w niego auto. Jesteśmy zrozpaczeni i zdeterminowani, żeby go odnaleźć. Kochamy go! Chcemy wykorzystać wszystkie kanały internetowe, żeby dotrzeć do społeczności polskiej w UK. Pomóżcie! Jesteście naszą jedyną szansą, żeby go odnaleźć całego i zdrowego.

Czytaj dalej „Pomocy! Po zamachu w Londynie, zaginął nasz syn.”

Wtrąbieni w opaski

26 października 2015r. na konferencji  prasowej w Las Vegas, firma Mastercard ogłosiła uruchomienie nowego programu pod nazwą  „Commerce for every device”. Jego celem jest umożliwienie klientom płatności, za pośrednictwem najróżniejszych rozwiązań,   technologii ubieralnej (wearable technology). W Polsce projekt stał się bohaterem kandydatury na Cebuliona Roku. Bardzo mocnym kandydatem.

blog-o-marketingu-opaska-mastercard-opener

Czytaj dalej „Wtrąbieni w opaski”

Saperski chuch Żytniej

Kiedy wysadzasz pierwszy raz w życiu własnoręcznie przysposobioną kostkę trotylu, masz podobne myśli, jak przy skakaniu ze spadochronem.

Salford_Dance_Explosion_main

Niezapomniany jest widok grupy mężczyzn, którzy po odrzuceniu swoich kostek z tlącym się lontem, ruchem jednostajnie przyspieszonym, podtrzymując własne pośladki, oddalają się z miejsca eksplozji. Jedynie doświadczony instruktor z uśmiechem na ustach krzyczy „- Panowie, spokojnie, macie jeszcze całe dziesięć sekund!”. Digital marketing w sferze szybkości informacji w sieci, jej przeobrażeniom, komentarzom czy przedostaniu się do mediów klasycznych, coraz częściej przypomina ową pracę sapera.

Czytaj dalej „Saperski chuch Żytniej”

Rzeczpospolita Spotowa

Polskie agencje, produkujące spoty, to szlachta reklamy, święte krowy rzekłbym. Elita. Bez należnego szacunku i wiadra wazeliny nie podchodź. Tylko świat się zmienił i nasi kochani kreatywni, wracają z Cannes Lions w ostatnich latach, zdecydowanie pod tarczą niż na tarczy, że o z tarczą nie wspomnę.

megaphone-50092_640

Gdyby zapytać, dlaczego jest tak źle, odpowiedzą najczęściej : to przez tych wstrętnych klientów, którzy nie myślą odważniej i sensowniej o strategii komunikacji. Nic z tego kochani, wina leży po obu stronach.

Nie chcę zamieniać się w malkontenta polskich spotów reklamowych „bo taak!”. Ale wkurzają mnie reklamy zamawiane chyba przez szwagrów prezesów, na odwal, bez strategii, pomysłu i zwykłej wiedzy. Drugie wkurzenie, to nie inspiracja dokonaniami innych, ale po prostu ostra zrzynka z zagranicznych realizacji, dostępnych dziś na wyciągnięcie ręki.

Oglądam bloki reklamowe w naszej tv z coraz większym zażenowaniem. Z drugiej strony w social media ludzie cmokają, ochują i achują nad różnymi, fajnymi produkcjami. Raz, to Polacy reklam nie lubią, a dwa – te fajne i ciekawe zaraz szerują, lajkują i się zachwycają. To jak to jest? A tak, że fajny pomysł na reklamę dziś każdy obejrzy. Musi być niestety o wiele bardziej wyjątkowy niż kilka lat temu. Dlaczego? Z prostej przyczyny – jeszcze nigdy nie było w historii ludzkości takiej konkurencji treści czyli contentu. Minutę swojego cennego czasu możesz poświęcić na zupełnie inne czynności niż obejrzenie głupawej reklamy. Telewizja wykrwawia się w walce z internetem, robiąc minę do złej gry, radio szuka swojej niszy, a serwisy żądają unikatowych i klikalnych treści jak dżdżu.

Dziś mam wrażenie, że im mniej ludzie oglądają reklam, tym marketerzy atakują ich agresywniej. Po prostu w mediaplanerskim modelu ekonometrycznym, każą dosypywać więcej węgla pod kocioł, więcej i więcej. Tylko, że parowóz ciągle pędzi coraz wolniej. Niestety maszynista nie ma ochoty powiedzieć palaczowi (który płaci za węgiel), że parowozy już są zastąpione przez elektrowozy i inne szyny. Transmedia branding i growth hacking. [ patrz: 15 kluczowych pojęć najnowszego marketingu ]

Marketerzy i agencje reklamowe wpadły w jakiś zaklęty krąg XX wiecznej propagandy. Powtarzać do upadłego, aż się w końcu w pamięci wyryje. Niczym Dolores Umbridge. Tylko, że się nie wyrywa tak jak kiedyś. Polacy są w czołówce światowej w zakresie blokowania reklam internetowych, na bloki telewizyjne ponad 50% nie zwraca najmniejszej uwagi. Outbound marketing umiera, panie i panowie. I jest to szybka agonia. Kto o tym pierwszy o tym powie, płacącemu słone rachunki agencjom reklamowym i mediom? Mogę być pierwszy. Pionierów poznać po tym, że mają strzały w plecach.

W dyskusji internetowej na temat nowej reklamy InPost, usłyszałem bardzo popularną opinię: – celem reklamy jest sprzedać. Odpowiedziałem, – tak, ale to myślenie sprzed … 30 lat.

Dziś od komunikacji marketingowej oczekuje się czegoś zdecydowanie więcej: poza wzrostem sprzedaży, również dbałości o poprawę wizerunku marki, opowiedzenia historii – im bardziej inspirująca tym lepiej, potencjału wirusowości, dobrych cech wyróżnienia i pewnego aspektu społecznego.

Ten ostatni element stał się zresztą sporym polem dyskusji podczas tegorocznego Cannes Lions 2015.

Wszystkie powyższe elementy spełnia poniższa reklama:

Sądzicie, że trudna do nakręcenia w polskich warunkach? Skomplikowany pomysł? Kosztowna realizacja? Majątek na postprodukcję?

A może taki spot, sprzed paru lat?

Czy ktoś może i wytłumaczyć, dlaczego polskich agencji i marketerów nie stać dziś na taką narrację? Nie tyle w sensie finansowym, ile mentalnym?

Wziąłem na warsztat nową reklamę InPost. Potraktuj tę opinię jako konstruktywną krytykę, a nie hejt. Ostatnio wielu ludziom mylą się te dwa pojęcia. To kwestia po prostu myślenia o strategii komunikacji jako pewnej koncepcji całości zarządzania i pozycjonowania marki.

Z punktu widzenia technicznego, nie wypowiadam się, ponieważ nie jestem filmowcem. Film jednak skupia w sobie wszystkie istotne problemy polskich spotów. I w taki sposób chciałbym ją opisać, nie wnikając,  jaki przyniosło to ostateczny efekt. Podobne  kwestie były przy produkcji Millenium Banku i Radka Kotarskiego. Ktoś powie: nie czepiaj się, sprzedaliśmy 200% założonego planu. Świetnie, odpowiem – mogliście sprzedać 1.000%. Mogliście też nie chcieć, bo przerosłoby to możliwości operacyjne.

Moje wnioski podsumowujące spot InPost:

  1. KULTURA: mam wrażenie, że to spot obcy kulturowo. Jakbym widział film „Złap mnie jeśli potrafisz” z Leonardo di Caprio.  Przekaz i muzyka lat 50-tych średnio do mnie trafia. Może nie jestem targetem.  Klimat może fajny, ale dla Amerykanów.  Brak wartości lokalności.
  2. STORY: nie widzę tutaj jakiejś historii, banalne kadrowanie dziewczyn z przesyłkami przez długie minuty. Brakuje w tym akcji typu „trzęsienie ziemi, a potem jeszcze gorzej”. Brak te cechy pozbawia spot jakiegokolwiek potencjału wirusowości. Nikt nie będzie udostępniał reklam Mediaexpertu, że oferują niskie ceny. Chyba tylko, żeby je obśmiać. To się nie będzie klikało, innymi słowy. Chociaż ludzie oczywiście pójdą do sklepów.
  3. DZIEWCZYNY: nie mam pewności czy to spot reklamujący usługi poczty kurierskiej InPost, czy nowy program talent show. Naprawdę. Nie wiem.
  4. PARODIA POCZTY: uwielbiam, kiedy w spotach reklamowych nawiązuje się do konkurencji i robi im „wrzutki” z przymrużeniem oka. Nawiązanie do starszego, ciężko pracującego listonosza, próba obśmiania go – nie, to nie jest najlepszy pomysł.
  5. GDZIE JEST USP? czyli gdzie jest propozycja nowej funkcjonalności, korzyści, usługi?
  6. WYRAZISTOŚĆ: tak, ten spot jest wyrazisty i charakterystyczny. Tylko czy to wystarczy do budowania siły emocji wokół marki? Marka to nie znajomość logo – marka to emocje.

Dziś dobre spoty reklamowe, tworzy się według wzoru:

DOBRY SPOT (sprzedaje + kochają markę + viral) =

= story (transmedialne) + USP + wyróżnienie + aspekt społeczny.

Proszę, nie pierzcie mi głowy kolejnym spotem według schematu „ Kupuj & Spadaj”.

Zadymianie marketingu

Zawrzało na linii Kompania Piwowarska, a branża public relations. Dla niektórych są to być może wydarzenia mało istotne. Tyle tylko, że jak w soczewce skupiają problemy relacji marketer-dostawcy usług marketingowych.

Smoke-Hand
Słyszę o nich codziennie, komunikując się z wieloma osobami z jednej i drugiej grupy. Może w końcu czas na jakieś podsumowanie i próby wyjścia z tego rodzaju klinczów. Tym bardziej, że miałem sam do czynienia z podobnym zjawiskiem, w przypadku pewnej znanej instytucji finansowej [ przeczytaj: Rozwiązanie Twoich problemów jest na wyciągnięcie ręki].

Wartość usług przemysłu kreatywnego, to przede wszystkim wartość umysłów, które zatrudnia lub daje zlecenia na zewnątrz. Reszta to tylko warsztat i narzędzia. Żaden kreatywny pomysł nie zostanie zrealizowany bez udziału człowieka. I jeszcze jedno – najczęściej dziś coś, co jest proste, wydaje się najlepsze. To kluczowa cecha kreatywności – rozwiązanie problemu w sposób twórczy, inny niż pozostali, wyjątkowy. Dlatego branża marketing services jest bardzo często wykorzystywana przez Działy Marketingu. Należy to w końcu napisać krótko i dobitnie.

Większość agencji reklamowych, interaktywnych, social media czy PR to niewielkie firmy. Nie wiem czy ktoś policzył je wszystkie w Polsce. Głównym rynkiem najważniejszych klientów jest oczywiście Warszawa. Nadal tak duże miasta jak Wrocław, Poznań, Kraków czy konurbacja trójmiejska – drenowane są z firm i specjalistów. Zgodnie z #43 Prawem Kotarbińskiego: „każda agencja reklamowa z innego miasta będzie bardziej kompetentna od lokalnej.”

Cechą makromarketingu w realiach Polski jest dodatkowo: mała liczba klientów-marketerów średniej wielkości, importowanie gotowych rozwiązań przez firmy międzynarodowe, strategie rynkowe nastawione wyłącznie na drenaż handlowy, słaba pozycja komórek marketingu wobec zarządów firm, traktowanie marketingu w wymiarze kosztów, a nie inwestycji. Te cechy sprawiają, że firma zamawiająca usługi marketing services, posiada ponadprzeciętną, dominująca pozycję. To nie sprzyja budowaniu jakiegoś wartościowego potencjału – po prostu obie strony próbują wyciągnąć dla siebie jak najwięcej, bez względu na koszty.

Przetargi czy konkursy na usługi kreatywne, obarczone są zawsze jedną, podstawową cechą – nikt nie chce kupować kota w worku. Dlatego agencje mają przedstawiać pomysły, koncepcje, kreacje, strategie, plany – angażując (i płacąc za to) grafikom, informatykom, szefom kreatywnym, strategom, konsultantom, czy za zwykłe podróże i papier ksero. Z drugiej strony spotyka ich ryzyko zawłaszczenia pomysłu, kompilacji strategii, unieważnienia konkursu bez podania przyczyn. Nierzadko agencje czują się jak „dojne krowy” działu marketingu, który po prostu jest sam wyeksploatowany lub słaby personalnie. Konkursowy korowód dostarcza im darmowej rozrywki i … inspiracji. A im lepsza i bardziej znana marka, tym więcej chętnych firm do próby pokazania swoich możliwości. Znany brand świetnie wygląda w portfolio małej firmy, można chwalić się potencjalnym klientom, czy szpanować na konferencjach tekstem „pracujemy dla takich firm jak ….” (choćby ktoś wykonał im jedynie druk wizytówek).

Warto, by w końcu organizacje branżowe, zaczęły promować sensowne zasady współpracy marketerów i marketing services. Nierzetelne praktyki też warto nagłaśniać. Możecie też pisać bezpośrednio do mnie.

Najbardziej znane, nieetyczne praktyki w tym obszarze to:

Syndrom Znanej Marki

Marketer z racji posiadania znanego, międzynarodowego brandu, zachowuje się jak kapryśna, udzielna księżniczka. Nie szuka partnerów do współpracy, a raczej swoistych wyrobników czy wręcz niewolników. Zmienia firmy jak rękawiczki, nie płaci miesiącami, narzuca bezsensowne terminy i wymagania, traktuje branżę typowo per-noga. W relacjach arogancki, zadufany w sobie narcyz. Nie sposób z nim współpracować bez wiadra wazeliny.

Damy wam za darmo w promocji

Dostawca oferuje potencjalnym klientom wszystko w polityce freemium. Byle zacząć współpracować, byle zbudować relacje z marketingiem, a najlepiej dotrzeć do prezesa. Jak wiadro wazeliny wykorzystamy na szefa i na marketing, to nikt nie będzie weryfikować naszej pracy. Marketerzy z kolei, znając tę strategię – biorą za darmo ile się da, a potem zmieniają agencję, która robi to samo. Kołowrotek.

Wejdziemy dumpingiem

Zmora wszelkich konkursów. Firmy, które znają się na kalkulacjach usług, wiedzą, że pewnych projektów nie da się zrobić poniżej konkretnych pułapów cenowych. Tyle tylko, że w marketing services „tanio, szybko i dobrze” oznacza najczęściej „źle, beznadziejnie, kiszkowato”. W każdym razie, jeśli chcesz dziś skończyć, jak PKW, urządzaj konkursy, w których 100% to cena.

 Załatwiamy to pod stołem

Jednym pod biurko spada koperta, innym kolczyki, jeszcze innym voucher na wakacje w Azji. Szkoda się tu rozpisywać. Podobno ten rak drąży 30% branży. Czekam, aż ktoś to w końcu zbada.

 Kumple i znajomi królika

Szwagier z siostrą zrobią to lepiej. Często mają w tym celu założoną firmę. Usługi marketingowe, traktowane jako bardzo proste w swej wymowie – opanowane są często w konwencji znajomych, rodziny czy wszelkiej maści psiapsiółków drenujących kasę. Oczywiście oni sami nic nie wytwarzają – są zwykłym pośrednikiem, wykorzystującym pozycję dotarcia do decydenta. Niestety, nie jest ważne kto zamawia – ważne jest to, kto akceptuje przelew do realizacji.

Kompilatorzy pomysłów

Organizują ileś konkursów na kreację, strategię, plan, identyfikację, markę. Potem je anulują, odwołują, zmienia im się koncepcja, pomysł, albo wywalają szefa marketingu. Niemniej po jakimś czasie, dziwaczne kompilacje pomysłów są wdrażane. Szefowie kreatywni, graficy czy designerzy mogą tylko kopać w sofę i wyrazić się kreatywnie (bez obecności małoletnich), jak bardzo ich to  … I jeszcze bardziej.

Nierealne oczekiwania wynikające z niewiedzy

Tu jest kilka niuansów. Na przykład boss wymyślił sobie, że na stronie www ma być zielony słoń. Bo ładny taki. Marketing zaczyna gorączkowo szukać zielonego słonia. Jak znajdzie, to się okazuje, że szefowi się odwidziało i ma być pomarańczowy gekon i zabawa na nowo. W końcu szefowi zmienia się wszystko … Inna maniana. To takie „zapytania o wyceny usług”, wysyłane najczęściej w piątek o 13:00. Dedline: poniedziałek 9:00. Ilość weekendów przepracowanych za darmo w firmach marketing services, jest chyba największa we wszystkich sektorach gospodarki. W praktyce takie niuanse oznaczają, że dostawca jest dawno wybrany, a taka oferta ma posłużyć jedynie wrzuceniu do koszyka, by pokazać, że wybór był słuszny. Szef marketingu, ma bowiem tę właściwość, że zawsze może manipulować ofertami dostawców w taki sposób, by decydent wybrał tę, o którą mu chodzi.

Drenaż umysłów

Nazywam to „agencyjnym konwejerem”. „Konwejer” to stosowana przez sowietów metoda przesłuchań, mająca doprowadzić do uległości delikwenta i przyznania się do winy. Oczywiście, oni tego nie wymyślili, wymyśliła to Święta Inkwizycja. Kobiety przyznawały się, że są czarownicami i tak dalej. W każdym razie, agencja na konwejerze, będzie drenowana z pomysłów, rozwiązań, koncepcji ile tylko się da. Nikt nie zapłaci jej za to ani szeląga, bo wciąż będzie słyszeć, że „przecież tylko rozmawiamy”. [przeczytaj też: Darmoniedajek ].

Działy Marketingu i zarządy firm rozumiejąc znaczenie inwestycyjne, a nie kosztowe, będą zmieniać swoją optykę. Tutaj jest jednak potrzebne współdziałanie edukacyjne zarówno organizacji zrzeszających firmy marketing services jak i samych marketerów. W moim przekonaniu, relacje marketerów i sektora branży marketing services, wymagają naprawdę  czegoś w rodzaju Kodeksu Dobrych Praktyk. Choćby ogólnych zasad rzetelnej współpracy, które będą szanowały interesy obu stron. Inaczej sytuacja dzikiego zachodu, jaki dziś mamy, będzie pogrążać z jednej strony marki, z drugiej strony samych dostawców.

Tęczowy Ciechan Narodowy

Publiczne deklaracje właścicieli firm bywają bardzo kontrowersyjne.

20140923-153227.jpg
Fot. Marcin Niedźwiedzki @kormiak

Henry Ford był na przykład antysemitą, nigdy się z tym nie krył i tworzył dookoła siebie mnóstwo projektów z tego zakresu. Rodzina Kruppów dzięki dobrej reputacji w środowisku niemieckiego biznesu i dużym pieniądzom, pomogła w latach 30-tych XX wieku, rozwinąć się w wysokim stopniu ideologii nazistowskiej. Jest więcej przykładów przedsiębiorców, którzy zarabiane przez siebie pieniądze wykorzystywali do promowania indywidualnych postaw czy wręcz skrajnych ideologii. Czy dziś również czekają nas marki, których konkurencyjność stanie się demonstracją indywidualnych poglądów?

Marki „ideologiczne” nie są zjawiskiem egzotycznym. Jest chociażby Qibla Cola – produkt dedykowany wyłącznie muzułmanom, którzy nie chcą pić Coca-Coli. Dokładnie w taki sam sposób pozycjonowana jest Mecca Cola . Produkty powstałe dziś w kontekście uwarunkowań religijnych takich jak choćby nakaz koszerności, nie wzbudzają szczególnego zdziwienia.

Ale czy marki produktów mogą stać się narzędziem światopoglądowym? Czy kupując konkretne produkty możemy dawać wyraz swojemu poparciu lub dezaprobacie opcji politycznej, ruchom społecznym czy systemom wartości? Czy można tworzyć na takich fundamentach marki, których klientami będą popierające je środowiska? Czy dzięki identyfikacji z takimi, a nie innymi poglądami, jesteśmy w stanie głosować portfelem przy sklepowej półce? Na ile nasze decyzje zakupowe są uwarunkowane zachowaniem firmy na rynku, w kontekście filozofii biznesu, wyznawanej przez jej właścicieli?

To ciekawe zjawisko. Wpływ poglądów właścicielskich na pozycję konkurencyjną. Wszak nie słyszałem, by z powodów antysemickości Henry Forda, ktoś zaniechał kupna tego auta. Równie trudno mi powiedzieć, czy z tego powodu sprzedaż była większa. Analogiczna kwestia pojawia się w przypadku marki Ciechan. Czy wypowiedzi i poglądy właściciela pomogą, czy zaszkodzą marce? Sam właściciel odpowiada: cyt. ” – Na pytanie „Czy prywatny światopogląd właściciela browaru wpłynie na sprzedaż piwa w nim produkowanego?” będę mógł odpowiedzieć, gdy otrzymam wyniki sprzedaży za ostatni okres – tłumaczy właściciel Ciechana„. To również swoista definicja internetowego kryzysu czyli „kiedy zobaczę efekt, zacznę się tym przejmować”.

Inna sprawa, że co chwilę jest jakieś sieciowe poruszenie, oburzenie, jesień średniowiecza i lato Muminków. I co dalej? Za chwilę słychać cmokanie, ileż to taki negatywny fejm przyniósł firmie korzyści. Wskażniki stosunku do marki zapikowały w dół, a sprzedaż wspięła się na wyżyny. Ciekawostka przyrodnicza.

Druga kwestia to zjawisko, jakie nazywam „gumowatą pamiecią Polaków”. Kiedy TVN relacjonował prowokację w firmie Constar, niektórzy liczyli godziny do upadku marki. Tak się nie stało i mniej więcej po roku firma wróciła do wyników sprzed afery. Owa pamięć ma też swój związek z intermedialnym rozgłosem. Czy on bardziej naprawdę markom pomaga czy przeszkadza?

Prekursorem biznesowego rozgłosu, swoistym „ojcem publicity” był Phineas Barnum, XIX wieczny przedsiębiorca rozrywkowy, showman, nazywany „księciem humbugów„. To jemu przypisuje się autorstwo słynnego określenia „nieważne jak mówią, byle nie pomylili nazwiska„. To nadal współcześnie mocno aktualna kwintesencja rozpoznawalności nazwy marki, przy braku oceny realnej wartości. Tylko, że coś, co staje się szybko bardzo znane i popularne, nie oznacza automatycznie, że dzięki temu staje się wartościowe i godne naśladowania. Nie zmienia to postaci rzeczy, że popularnemu bywa łatwiej.

Czy Ciechan może stać się „kultową marką narodowców„? Wyrzucaną z jednych knajp, ale przyjmowaną otwarcie w innych? A może za tydzień już nikt nie będzie pamiętał o całym zdarzeniu, a sprzedaż podskoczy dzięki wzrostowi świadomości marki? Ciekawe, czy na polskim rynku miałyby szansę zaistnieć dziś marki kierowane do klientów o konkretnym światopoglądzie, reklamowane na dodatek w mediach go popularyzujących? Ciekawa nisza 🙂

Właściciele marek Qibla Cola czy Mecca Cola, jawnie przyznają, że ich działalność służy również wspieraniu środowisk muzułmańskich. To jest całkowicie naturalne, również ze względów kształtowania lojalności klientów. Czy alternatywne zjawisko ma lub może mieć miejsce również w Polsce?

Czy marka Ciechan Tęczowy miałaby szansę spektakularnego zaistnienia na rynku i pozycjonowania w środowiskach LGBT? Gdyby tak odseparować poglądy od potencjału sprzedaży? Są bowiem firmy, które mają w portfelu antagonizujące się marki, w rozumieniu insightów, które obsługują. Na przykład właściciele tabloidów, posiadających w portfolio również wartościowe tytuły. Czy na dodatek nakręcanie wzajemnych kontrowersji Ciechan Narodowy vs. Ciechan Tęczowy nie byłoby swoistym, medialnym perpetuum mobile, nakręcającym zainteresowanie przy zerowym budżecie na publicity?

Krzywda Kotarskiego

Kiedy Radek Kotarski pojawił się w reklamie banku Millenium, paru szacownych marketerów zadało mi tajną sową dyskretne pytanie. Kto to jest ten Kotarski?

20140910-130226.jpg
Ile bierze? Skąd się wziął i czy Marek Kondrat jeszcze żyje? Wyjaśniłem, że to taki Bogusław Wołoszański You Tuba co jakoś pozwoliło na wstępne, pozytywne pozycjonowanie mentalne i uspokojenie nerwów. Ulżyło mi. Im też.

Radek zagościł w reklamie na razie w jednej, konkretnej historii z ławką, bankiem i pożyczaniem kasy. Super. Lubię Radka i jego filmy. Ale marketerzy banku Millenium postanowili zmęczyć widza, osaczyć go, spowodować, że kiedy widzisz parkową ławkę, masz widzieć na niej Radka, który swym telewizyjnym uśmiechem wyciąga palec i szepce „chodź, chodź, chodź„. Dobra, to nie ten film. Zawsze mógł zapuścić włosy, ubrać białą koszulę nocną, oblać wiadrem wody z lodem i wypełznąć z telewizora.

Wiem, że marketerom Millenium mediaplanerzy wymyślili cuda na kiju i intensywność kampanii reklamowej dyktują GRPsy. Ale na litość Buki, zmienilibyście mu chociaż marynarkę. Cokolwiek. Odrobinę nowego scenariusza. Dlaczego nie nagraliście serii reklam? Koszt trochę większy, ale efekt zupełnie inny. Właśnie dlatego tworzy się serię, żeby nie zmęczyć scenariuszem tych, którzy oglądają reklamy tv. Dlaczego nie wykorzystano potencjału Radka by stworzyć kampanię transmedia brandingową? Chłopak idealnie się do tego nadaje. Jest medialny, niegłupi i ma poczucie humoru.

Marketerzy banku Millenium. Ogarnijcie się. Więcej odwagi, naprawdę. Jesteście pierwszym bankiem, który wykorzystuje w reklamie wizerunek znanego youtubera. Nie marnujcie tego potencjału. Chyba, że macie w planach kampanię psa-pająka straszącego ofertami konkurencji.

Znajomi pytają się, kiedy zmienią scenariusz Kotarskiemu, bo strach otworzyć lodówkę.

A na koniec (dzięki Monika <3) po włosku ławka w parku to "panchina„. „Banco” oznacza ławkę szkolną. Do szkoły kochani, do szkoły.

Uwaga! Odszczekuję:)
Monika również przyznała, że użyła współczesnego znaczenia słowa „banco”.

Radek Kotarski wyjaśnił:
„Już raz wyjaśniałem tę kwestię. Dawniej w języku włoskim banco miało taki desygnat jak panchina dzisiaj. Widać to również świetnie po angielskim i tym jak podobne jest bench do banco” .

PS, Zdjęcie Radka Kotarskiego z http://lekkostronniczy.tv

Jak się robi serię reklam?