Modne słówka marketingu

Nieustająca moda na nowe frazy związane z marketingiem trwa i ma się doskonale. Oczywiście nikt nikomu nie zabrania tworzenia i lansowania własnych.  Zacznijmy od początku. Ktoś, gdzieś tam w JuEsEj wymyśla słowo dotyczące jakiegoś działania biznesowego, odniósł sukces lub do niego aspiruje i bardzo chętnie by się nim podzielił ze światem.

To jasne, że nie z powodów altruistycznych. Bycie „matką/ojcem” rozpoznawalnego globalnie słowa to poza zaszczytami, uznaniem, trendach wujka Gugla i kawie z ciocią Wiki – oznacza konkretne pieniądze z książek, seminariów, konferencji i mnóstwa innych drobiazgów. Nowe, modne słowo w biznesie, tworzy po prostu rynek (rynkologia, trudne słowo). Jak wiadomo największymi masterami zarabiania pieniędzy na rynkach wszelkiej edukacji biznesowej w wersji global są Amerykanie, a kto uważa inaczej niech pierwszy rzuci śnieżką.

Autorzy amerykańskich książek i koncepcji biznesowych chcą od razu je eksportować, taki mają klimat. Go Big Or Go Home. Ostatecznie rynek global, to nie jakieś ciamciaramciam. Na dodatek można w pierwszej i biznes klasie polatać sobie na międzynarodowe konferencje, na których jako autorzy genialnych koncepcji inkasować będziemy po 25k zielonych. Miniumum.  Jak ktoś nie wierzy, niech sprawdzi w speakers agency.  W Polsce amerykańskie teorie łykamy jak głodne albatrosy, co jeszcze 25 lat temu nie było zjawiskiem dziwnym, ale dziś zanim początkujący adept sztuki zarządzania sięgnie po anglojęzycznych guru, powinien zacząć przygodę z biznesem od prof.  Andrzeja Jacka Bliklego czy prof. Krzysztofa Obłója, zanim zakuje prof. Portera lub prof. Kotlera . Ćwierć wieku zbudowało nam trochę doświadczeń. Dla malkontentów narzekających na polskich profesorów, mam zawsze standardowe pytanie – czy pójdą do lekarza, o którym wiedzą, że nigdy w życiu nie miał w ręce podręcznika anatomii, a codzienną wiedzę zdobywa z blogów i webcastów  tworzonych przez innych lekarzy, o najróżniejszym i niesprecyzowanym autoramencie? To tyle w temacie.

Moda na słówka kwitnie. Pasuje tu jak ulał klimat obrazujący cytat Moliera z „Mieszczanina szlachcicem” : „ll y a plus de 40 ans que je dis de la prose, sans que j’en suisse rien” czyli „od 40 lat gadam prozą i nic o tym nie wiem”.  Zacznijmy od roku 2000. Na końcu „Sztuki Rynkologii” jest taka piękna grafika, pokazująca kluczowe wydarzenia w historii marketingu. Współczesnym przełomem jest początek XXI wieku, w kontekście kryzysu na rynku dotcomów i pojawienia się dwóch kluczowych pojęć: inbound marketingu i outbound marketingu.

Outbound marketing ujęto jako działania komunikacji marketingowej polegające na bezpośrednim docieraniu z komunikatem do klientów, przy pomocy różnych narzędzi (np. reklamy tv, billboardów czy reklamy internetowej) i zachęcanie ich do określonego działania czyli np. wypełnienia ankiety czy zakupu. Dziś określa się to mianem „konwersji”.  Outbound marketing jest strategią odpowiedzialną np. za postrzeganie reklamy jako nachalnej, niepotrzebnej czy agresywnej – tak w dużym uproszczeniu. Przyjmuje się, że era strategii outbound skończyła się w 2000r., choć niestety nadal mnóstwo firm ją stosuje, z prostych powodów: propaganda wpływa na ludzi, łatwiej jest zarządzać intensywnością nadawania reklam niż ich transmedialnością oraz  doświadczenia agencji reklamowych, mediów, marketerów czy mediaplanerów (np. modele ekonometryczne) związane są zdecydowanie z działaniami typu outbound. Efekt znany, wystarczy pogadać z przedstawicielami generacji X i Y o polskiej reklamie.

Inbound marketing zakłada zgodę, przyzwolenie odbiorcy na podejmowane działania przez marketera. Jego podstawą jest pojęcie „permission marketing” czyli „marketingu opartego o przyzwolenie”, zdefiniowanego  przez Setha Godina. Rolą marketera jest prowadzenie takiej komunikacji, która będzie przyciągać, inspirować czy realnie interesować potencjalnych klientów. Nachalność, zastępuje się inspiracją, natarczywość – budowaniem zaangażowania, a agresywność reklamową – wymianą opinii i doświadczeń. Dla bardzo wielu szefów i marketerów, taka rewolucja jest nadal nie tylko nie do pojęcia, ale i nierealna do zaakceptowania.

Rozróżnianie powyższych pojęć jest absolutnym abecadłem współczesnego marketingu, na dodatek od 15 lat.

Rozwój narzędzi cyfrowych spowodował powstanie pojęcia „digital marketingu” jako odróżnienia go od „analogowego marketingu”. Dowcip polega na tym, że nadal pałęta się tu słówko „marketing”, a w zasadzie w tym kontekście chodzi o „komunikację marketingową”.  Nadal funkcjonuje np. Above-the-Line (ATL) i Below-the-Line (BTL) w ujęciu analogowym, o Through-the-Line (TTL) już zapomniano (tak, jakieś 15 lat temu też ekscytowano się tym pojęciem). W każdym razie „marketingów” ci u nas dostatek …

Rewolucja internetowa spowodowała jeszcze jedno – pojawienie się kategorii „produktów cyfrowych” i rynku burzącego dziś krew każdego startupu. Wiek temu wymyślano silniki na naftę, żarówki, telegrafy, radio i telewizję. Współcześnie, jak to napisał Lee Wynne @lewynne na Twitterze : „in 2015 Uber, the world`s largest taxi company owns no vehicle, Facebook the world`s most popular media owner creates no contentm Alibaba, the most valuable retailer has no inventory and Airbnb the world`s largest accommodation provider owns no real estate”.  Innymi słowy, zaczynają rządzić skalowalne marki 360 stopni, których cechą jest niematerialność, wysoka dynamika wzrostu, ale nie zawsze genialna EBITDA (patrz historia Instagrama).  Wydaje się też, że inwestorzy w takie marki przekazują prosty komunikat – najpierw rośnij szybko duży i okrąglutki, a potem zobaczymy ile się da na tym zarobić.

Tak oto krętą ścieżką doszliśmy do kilku modnych słówek:

Growth Hacking

Autorem pojęcia jest Neil Patel, młody hindus, przedsiębiorca i business angel.  Pojęcie definiowane jest jako różnorodne techniki szybkiego przyciągania i pozyskiwania klientów cyfrowych oraz utrzymywania ich zainteresowania np. poprzez oferowanie dodatkowych elementów oferty, w zamian za polecenie nas innemu użytkownikowi. Brzmi znajomo? Z zasady nie jest to bowiem żadna rewolucja, tylko przeniesienie elementów tradycyjnych technik działań wspierających sprzedaż do digitalu. Pojawiające się tu i ówdzie głosy o „koniec marketingu, niech żyje growth hacking!”, można przyjmować z dobrotliwym facepalmem. Przeczytaj wpis Pawła Lipca o growth hackingu, który  mnie zainspirował.

Content marketing

Kolejne słówko, które wyrosło na cyfrowych murach, tapetach i koszulkach Michała Góreckiego czyli „kontent rzooondzi”. Dowcip polega na tym, że content był zawsze king. Jeśli ktoś nie wierzy, niech obejrzy film „Last Samurai” i scenę, w której Tom Cruise sprzedaje ze sceny broń, opowiadając wyjątkową historię o walce z Indianami. Dobra treść od zarania była istotnym elementem sprzedaży osobistej, copywriterów czy ludzi public relations. Dziś content marketing pozwana na kształtowanie osobowości marki, a jednym z mistrzów tej strategii jest Red Bull. Polecam bardzo ciekawy artykuł Jeffa Bullasa @jeffbullas na ten temat :„Is This the Top Content Marketing Company in the World?”.  Puenta to potwierdzenie znanej tezy: Red Bull nie sprzedaje produktu tylko styl życia. Co zresztą dotyczy tak samo Coca-Coli jak i Apple.  Uwaga praktyczna: ze względów oczywistych różnic językowych i kulturowych, specyfika content marketingu jest ściśle związana z danym krajem. Moim zdaniem tłumaczenie „na żywca” cudownych zasad content marketingu, z materiałów anglojęzycznych na ten temat, może być wejściem na minę. Dużą minę. Podobnie jak kiedyś recytowanie regułek e-mailingu rżniętych żywcem z amerykańskich whitepages. Nie będę już wspominał o golemach tłumaczących naprędce wszelkiej maści treści i wrzucających je na strony www jako ewidentnie swoje. Natomiast budowanie dobrych treści w języku polskim, w bardzo dużym stopniu bazuje na naszych wzorcach kulturowych. Jeśli marketerzy albo ich szefowie nie będą tego rozumieć, ich konkurencja doskonale to wykorzysta.

Gamification

Nazywana jest w Polsce „grywalizacją” lub „gryfikacją, gamifikacją”. Pierwszej wersji używa Paweł Tkaczyk, a drugiej: Sebastian Starzyński czy Marcin Wardaszko. Istotą dziedziny jest nauka poprzez doświadczenie oraz wykorzystanie psychologicznych mechanizmów rywalizacji znanych z gier. Wykorzystuje powszechne mechanizmy psychologii uczenia się, w której nasze zaangażowanie jest najbardziej efektywną metodą poznawczą.  Gamifikacja doskonale odnalazła się w obszarze marketingu, jako narzędzia budowania zaangażowania klientów, ich edukacji, swoistej rywalizacji w ramach systemów lojalnościowych czy strategiach kreatywnych. Nie zmienia to postaci rzeczy, że głównym kierunkiem tej dziedziny jest poszukiwanie sposobów zwiększania wydajności pracy. Pojęcie wymyślił brytyjski twórca gier komputerowych, Nick Pelling w 2012r. Natomiast historia gamifikacji w marketingu, zaczyna się w 1912r. kiedy pojawił się na rynku produkt o nazwie „Cracker Jack”, do którego …dorzucano zabawkę. W Polsce świetnym prekursorem była firma E.Wedel w okresie międzywojennym.

Social Media

To wybitnie popularne pojęcie, a „marketing social media” odmieniany jest na wszelkie możliwe sposoby. Według słownika etymologicznego, najpierw był „social network”  (1971), potem „social networking” (1984) i „social media” (2008).

Lovemark, Lovebrands, Emotional Branding

Ukochane pojęcia wszelkiej maści brandologów („brandolog” czytaj z czułością:).  Zjawisko opisywałem dość szeroko na łamach „Marketing w Praktyce” 11/2014 w artykule „Udział w umysłach i emocjach” czyli zapraszam do poczytania.

Marketing Automation

Trochę pożartowałem sobie z Marketing Automation w historyjce z kotem [Kot Automation]. Przekaz jest prosty: automatyzacja komunikacji z klientami to miecz obosieczny. Łatwo może zamienić się w bezosobowy (choć personalizowany) mailing, bombardujący nas kolejnymi ofertami każdego dnia. Automatyzacja procesów marketingowych i pojęcie „marketing automation” stało się modne jak swego czasu CRM czyli customer relatioship management. Dla wielu oznaczało to ni mniej ni więcej, a oprogramowanie klasy CRM. Dlatego w tym przypadku również powtórzę: jeśli uważasz, że istotą marketing automation jest wysyłanie targetowanych maili do wszystkiego co się rusza, wraca, kupuje ponownie i klika jak dzikie – wróć do pojęcia outbound i inbound marketingu.

Storytelling

Ciekawe, kiedy pojawi się nowy zawód: storyteller. Ponownie polecam zerknąć do słownika etymologicznego, skąd się wzięło słowo „storytelling”. Obwieszczającym wszelkie „storytellingowe rewolucje” należy raczej współczuć z prostej przyczyny, nikt im nigdy w życiu inspirującej historii chyba nie opowiedział. Pojęcie w każdym razie wpisane mocno w techniki content marketingu.

Remarketing

Technologia działań e-commerce i web, wpisana po prostu w metodologię targetowania reklam, dla osób odwiedzających ponownie nasze strony. Element kuchni i warsztatu digital specialist. Dlaczego tak to nazwano, nie mam bladego pojęcia. Jak działa remarketing jako proces można poczytać sobie np.  na stronach Google.

Blue Ocean Strategy 

Bardzo ładnie i poetycko nazwana strategia innowacji, koncentrująca się na tworzeniu nowych kategorii rynkowych. Pojęcie stworzyli W. Chan Kim i Renée Mauborgne, autorzy książki „Strategia błękitnego oceanu”.  W Polsce po jej ukazaniu się, trenerzy oferujących szkolenia z tego zakresu, mnożyli się niczym króliki. Byli też i tacy, którzy chwalili się „certyfikatami samego Kima i Mauborgne”, fresh printed w INSEAD. Plotki mówiły nawet o medalach czy orderach. W każdym razie, nie idźmy dalej tą drogą.  Dziś moda trochę przeminęła. W. Chan Kim i Renée Mauborgne po prostu przeanalizowali procesy innowacyjne wielu firm i zdefiniowali w jaki sposób tworzą one swoje nowe przestrzenie rynkowe. Tylko tyle i aż tyle. „Blue ocean” nie zastąpił współczesnej wiedzy o zarządzaniu i strategiach rozwoju, tylko ją w doskonały sposób uzupełnił.

Powinieniem jeszcze opisać: ambient marketing, viral marketing, buzz marketing, user experience, usability, guerilla marketing i parę innych pojęć. Ale może innym razem. Dociekliwym researcherom zawsze polecam:

Słownik Etymologiczny Online, gdzie znajdziecie pochodzenie słów,

Marketing Dictionary American Marketing Association,

Google Scholar czyli baza prac naukowych.

Digital Ninjas w Pyjamas oraz fascynatom wyskakujących okienek, przypominam o adblockach. Ninjas od reklamy display i remarketingu – o ślepocie bannerowej. Fascynatom e-mailingu i marketing automation, o wskaźnikach otwieralności maili, ich ilości w naszych skrzynkach oraz co z nimi robimy, jak nikt nie widzi. Miłośnikom content marketingu, warto uświadamiać, że wysyłanie wiadomości z tematem „wiadomość z urzędu skarbowego” bardziej irytuje niż zwraca uwagę, choć niewątpliwie wskaźnik otwieralności będzie spory (z tematem „jak zabiję cię jutro?” byłby pewnie wyższy). Zakochanym wyłącznie w digital marketingu (zaprzysięgle twierdzącym, że tylko ów rulezzz) , warto racjonalnie przypomnieć, że reklama tv trzyma się całkiem mocno, billboardy nie znikają z ulic, a przeciętna sieć sklepów zrobi przecenę 30% zapewniając sobie kosmiczną „konwersję offline”.

Narzędzia digital marketingu są wykorzystywane przez wszystkich ze względu na niskie bariery wejścia, co oznacza codzienną nawałę informacji. Dlatego coraz bardziej liczy się realna wartość komunikacji marki oznaczającą jej styl, osobowość, story i przełożenie na efekt sprzedaży.

Digital Ninjas w Pyjamas, pamiętajcie też o starym, górolskim powiedzeniu: „karate karatem, ale kłonica, kłonicom”. Polak Shopper 2015 jako klient, choć dynamicznie staje się „online”, nadal mocno jest „offline”.  To szczególnie powinni pamiętać digital manago, których świat klientów zaczyna się i kończy w Mordorze na Domaniewskiej.

 

Reklamy

Przerażani

Matka z dzieckiem na spacerze w parku. Przechadza się niespiesznie. Nagle zostaje potrącona przez biegnącego. Odpycha ją. Wyrywa z wózka dziecko i ucieka. Kobieta zastyga na kilka milisekund. Po czym zaczyna przeraźliwie krzyczeć. Nadbiegają ludzie. Matka wybucha płaczem

20140115-130647.jpg
Pewne zjawiska nazwałem kiedyś we wpisie „happenerstwem„. Wpisuje się to idealnie w pojęcie „prank-vertisingu” czyli swoistego shockvertisingu, opartego na wywołaniu skrajnych emocji, przede wszystkim szoku, zaskoczenia czy przerażenia. Jest takich projektów coraz więcej. Jedne nas bawią bardziej, inne mniej, ale wiele nie bawi nas wcale. Dowcip bowiem dowcipowi nierówny.

Projekty prank-vertisingu realizowane są przede wszystkim na potrzeby wywołania internetowego viralu. Zasięg samego eventu jest oczywiście mały, stąd to jedyny logiczny powód. Czy wszyscy uczestnicy tych eventów to aktorzy? Wszak reakcje są bardzo naturalne. Odpowiedź brzmi – nie wiem. To może być tajemnicą kontraktu klienta i agencji. Czy agencja ryzykowałaby w opisanej historii na początku proces sądowy o wywołane emocje? Czy jeśli dziecku coś by się stało? Czy jeśli matka dostałaby ataku serca w wyniku silnego wzruszenia? I zasadnicze pytanie, czy agencja ma prawo dokonywać takich „eksperymentów” na zwykłych ludziach? Wydaje mi się, że nie – co pozwala przypuszczać, że są to po prostu zwykłe ustawki, a przerażenie świetnie zagrane przez wynajętych aktorów lub naturszczyków. A jeśli to ustawka, to atrakcyjność materiału jest żadna bo o niej decyduje …autentyczność. Czyli typowa kwadratura koła.

Filmy klasy prank-vertisingu nie sa zjawiskiem nowym. Rok temu w ciekawy sposób pisał o nich Jim Joseph w Huffington Prank-vertising: More Shock Than Awe? Ten model robienia dowcipów proponowały początkowo liczne kanały telewizyjne, realizując projekty zaskakujące widza. Ktoś wyskoczył z tortu, złapał za rękę ze skrzynki pocztowej czy zdjął biustonosz. Żart jak żart, choć w zależności od wieku, każde ze wspomnianych zdarzeń mogłoby się rôżnie zakończyć.

W jednym z „dowcipnych” filmów, w zatrzymanej windzie nagle pojawia się mała dziewczynka z lalką, pełniąca rolę upiora. Czy gdyby przerażona sytuacją kobieta udusiła własnoręcznie ową dziewczynkę, sąd uzna to za afekt i usprawiedliwioną samoobronę? Czy jeśli byłbym świadkiem porwania opisanego na początku i użył broni strzelając po prostu porywaczowi w głowę to przekroczyłbym granicę obrony koniecznej? Nie mam pojęcia, ciekaw jestem co na to prawnicy?

Dziś możliwości techniczne zbliżenia żartu do rzeczywistości są bardzo wysokie. Techniki scenograficzne, charakteryzacja, elektronika i mechanika czyli cała branża rynku FX jest doskonale rozwinięta. Przy odpowiednich budżetach przeciętnemu człowiekowi może wydać się, że przekracza granicę matrixa. Tyle, że tworzenie eksperymentów socjologicznych w celach komercyjnych jest tu totalnym nieporozumieniem. Pod warunkiem, podkreślam, że to nie jedna, wielka ustawka.

Moda na prank-vertising, tak jak wszystko co amerykańskie, dotrze w końcu do Polski. A może już dotarła i trwają prace nad wybranymi projektami? Nie mam pojęcia. Ale w Polsce lubią robić eventy sposobem gospodarczym, tanio czyli jak najtaniej oraz oczywiście dobrze, co jest ekonomiczną sprzecznością. Obawiam się, że niektóre projekty będą straszyć ludzi naprawdę z pełną premedytacją, bo na aktorów nie będzie budżetu. Jeśli coś komuś się stanie to będzie usprawiedliwieniem „żart”, „nie chcieliśmy”, „nie przewidzieliśmy”, „przecież za granicą już to robili i nikomu nic się nie stało” itp.

Lojalnie uprzedzam – jakakolwiek staruszka, która „zejdzie” pod wpływem filmiku jak poniżej, to wydarzenie typu katastrofa samolotu dla linii lotniczych. Jeśli polskie firmy czy agencje planują robić sobie takie virale, powinny mieć świadomość ryzyka jakie to ze sobą niesie dla marki. Nie przypominam sobie by w historii reklamy, ktoś miał zawał w wyniku obejrzenia spotu. Tutaj może zdarzyć się inaczej. I bardzo chciałbym się mylić.

Szefuńcio blogujący

Spotkałem się z opinią, że pisanie blogów przez prezesów i menedżerów jest niewłaściwe. Wręcz niegodne. Ich czas bowiem jest na tyle cenny, że nie wolno zniżać się do tak czasochłonnej roli jak blogowanie.

20140112-151754.jpg
W sumie to czysty ekshibizjonizm, amerykański wymysł, poniżająca wręcz czynność. Prezes czy manager powinien swą niedostępnością budzić wśród swych podwładnych strach, otaczać tajemnicą swe poglądy, nie uzasadniać decyzji, a z firmamentu schodzić wyłącznie przy nadzwyczajnych okazjach. Schodami po czerwonym dywanie. Takie tam, bizantyjskie zarządzanie. Oczywiście przed każdym prezesem trzeba mieć wygląd lichy i durnowaty by pojmowaniem spraw nie peszyć przełożonego. Standard.

Żeby boss pisał blog muszą być spełnione trzy warunki: musi wiedzieć o czym chce pisać, jak to robić i kiedy znaleźć na to czas. Na dodatek uważać, by nie blogować w godzinach pracy bo odliczą od success fee. Najlepiej w toalecie na firmowym ajfonie w mobilnym WordPressie. Damskiej bo w męskiej strach jak łapią. Z prezesami to co innego. Oni zapewne dyktują asystentkom swoje blogi, które następnie są analizowane przez dział prawny, potem public relations i po niezbędnych poprawkach, akceptacji żony oraz dodaniu linków produktowych – wrzucane do sieci. W trybie pilnym i na poduszkach.

Tylko, że era hermetycznego bizancjum powoli kończy się w erze transmediów. To co hermetyczne w świecie zyskującym na transparentności, staje się coraz bardziej podejrzane. Obraz managera i prezesa firmy na wszechobecnym oceanie przepływu informacji ulega zmianie. Pisałem o tym na blogu Harvard Business Review Polska [ Jak być CEO 2.0? Poznaj prezesów Yves Rocher, Desigual i Koton ]. Ostatnio również ze studentami prowadziliśmy dyskusję o menedżerach i właścicielach firm oraz zmianach w mentalności przez ostatnie 15 lat. W odmętach internetowych treści poszukuje się właśnie tych wartościowych, przydatnych i ciekawych. Brokerka informacji kwitnie. A kto nie potrafi korzystać z dostępnych wszędzie aplikacji i narzędzi selektywności to albo jest trąba, albo niech się w końcu nauczy.

Bloger-manager albo bloger-prezes kiedy juz zdecyduje się na to by coś pisać – niech pracuje samodzielnie. Cechą każdej wartościowej treści jest jej autentyczność. Choćby lekko grafomańska. Przymus albo moda nie jest dobrym doradcą. Tematyka może być dwojaka: łowienie ryb, jazda ma motocyklu, nurkowanie albo jazda na nartach. Doprawdy, przypuszczenia, że poniżającym dla szefa jest pisanie bloga o sportowej czy kucharskiej pasji ubawia mnie po pachy. Ktoś chyba nigdy Bransona przebranego sa stewardessę nie widział. O zdjęciach psa Baracka Obamy nie wspomnę. Druga tematyka to biznes, zarządzanie, a może i giełda czy finanse. Tu naturalnie trzeba uważać, ponieważ konkurencja i inwestorzy pilnie będą śledzić takie wpisy. A drobna literówka w puszczonym w świat zdaniu „od jutra inwestuję w polskie zupy” może nieźle zamieszać giełdowym światkiem. I rynkiem faktoidów. O blogerskich wpisach dyktowanych przez zmuszanych do tego frotmanów PR nawet nie wspominam. Szkoda palców.

We wszyskich powyższych sytuacjach, manager a szczególnie prezes może spotkać się z hejtem. A to, że te podróże to za ciężką harówę pracowników. Kiedy złowił tego wielkiego tuńczyka na Malediwach to ktoś właśnie umierał w biurze z palcami na klawiaturze. A wymądrzanie się o kapitale intelektualnym versus Kowalski wywalony na kopach bo tylko jedno piwko sobie wypił przed prezentacją dla klienta? Tak, bycie menedżerskim lub prezesowskim blogerem to duże ryzyko. Poza tym firmowego samca alfa mają wszyscy równo słuchać. Makiawelliczne kierowanie firmą w otoczeniu firmowych lizusów i potakiwaczy nie sprzyja blogowaniu. „-No!” jak mawiał genialny Roman Wilhelmi w kreacji Nikodema Dyzmy.

Nie jest moją rolą dawanie rad czy zarzadzający mają pisać blogi lub nie. To sprawa indywidualna i uwarunkowana najróżniejszymi czynnikami. Od skrajnego ekshibicjonizmu, poprzez element publicity marki do zwykłej chęci dzielenia się swoimi spostrzeżeniami czy wiedzą. Uznawanie tego za dyskredytujące dla bossa jest jaskrawą manipulacją – o tym bowiem decydują wprowadzane treści, a nie fakt blogowania. Jeśli owe treści będą stać również w skrajnej sprzeczności do np. stylu zarządzania – te zafałszowania błyskawicznie znają swoje odzwierciedlenie.

Prezesi i managerowie – jeśli czujecie, że chcecie i możecie – piszcie blogi. Jeśli chcecie by wasi ludzie dobrze rozumieli filozofię prowadzonego przez was biznesu – piszcie blogi. Jeśli chcecie by wasi klienci personifikowali was i markę – piszcie blogi. Jeśli wasza pasją jest nurkowanie czy narciarstwo i chcecie mieć radość z dzielenia się nią z innymi – piszcie blogi. Ktoś, kto nigdy z nikim nie potrafił się czymś pasjonującym bezinteresownie podzielić i mieć z tego satysfkcję – nigdy tego nie pojmie. To treści, które umieszczacie mogą was poniżać lub wywyższać, ale nie prowadzenie bloga.

Przy okazji wymyślil mi się DUP Effect (z francuskiego: dupièrd effect). Definicja: przygotowanie notki na bloga pod hasłem „co by tu kontrowersyjnego napisać, by na mnie zwrócili uwagę”.

Propaganda Markietanctwa (pojęcie)

Propaganda markietanctwa (propagowanie markietanctwa) – traktowanie dziedziny marketingu, jako bezpośredniego narzędzia przeznaczonego wyłącznie do wsparcia sprzedaży oraz utrwalanie stereotypów o „oszukańczej roli marketingu wobec społeczeństwa” (słynne „chwyty” i „tricki”). Rolą marketerów jest tworzenie wartości dla klientów i właścicieli, a nie realizacja zadań wyłącznego supportu dla sprzedaży. Propagandę markietanctwa uprawiają często laicy, którzy poznali kilka technik marketingowych jednak całkowicie nie rozumieją zasad ich używania. Czynią to również często ludzie przypadkowi, którzy uważają pracę w marketingu za lekką, łatwą i przyjemną oraz nie wymagającą kompetencji „twardych”, a jedynie behawioralnych.

Psuj Rynkowy [pojęcie]

Psuj Rynkowy – domorosły, wyszczekany „spec” od „pijarow, Internetow, marketingów, soszialów, fejsów, tłytów i brendów”, który doi z budżetu marketera jak wielbłąd deszczówkę, a po którym trzeba sprzątać, poprawiać i reperować, nie wspominając o psychoterapii zszokowanego CMO. (inspiracja od Marty Ch Nowak)

Bardzo Kulturalny Sqrwysyn

Chlipała i chlipała, a ojciec nie był w stanie jej uspokoić. Jak typowy śledczy, próbował ustalić skąd ten żal. Oboje stali pośrodku sklepu ABC DIY czyli Do It Yourself, a córka chwilę wcześniej miała załatwić reklamację na oddzielnym stoisku. Kiedy w końcu opanowała emocje, opowiedziała jak trzech rozbawionych panów z obsługi zrobiło sobie z niej chamski ubaw, a na końcu kazali się od… czepić. Informując, że od reklamacji to nie są oni, tylko reklamacja przy wejściu.  Ojciec niewiele myśląc, spotkał się w cztery oczy z samym kierownikiem sklepu. Usłyszał w zasadzie, że kierownik rozumie, przeprasza, ale nic nie może. Szef stoiska to  Antka szwagra kobity brat i on tu nic nie może. To znaczy. Przeprosić może. Tatuś westchnął. Przyjął do wiadomości. Ale kiedy rozbawiona trójca pożegnała ich wychodzących, dyskretną feerią środkowych palców – nie wytrzymał. Postanowił zostać Bekasem czyli Bardzo Kulturalnym Sqrwysynem.

Po powrocie do domu odszukał namiary międzynarodowej centrali ABC. Ustalenie personaliów prezesa było dziecinnie proste. Podobnie jak rzecznika prasowego. Swoją wiadomość zaczął od tematu: Marka ABC jest w niebezpieczeństwie! Następnego dnia zalała go lawina telefonów i maili od centrali, polskiego oddziału, regionu i sklepu. Po 48 godzinach cała trójka już nie pracowała. W trybie dyscyplinarnym. Mieli pecha – kamery przemysłowe dokładnie zarejestrowały pożegnalne paluszki.

Dwupasmówka. Młodzieniec z prawego pasa przy ponad 160 na godzinę, pcha się bezpośrednio przed maskę. Na mrugnięcie światłami reaguje kilkoma celowymi hamowaniami. Na pożegnanie wystawia również środkowy palec. Kierowca zostaje Bekasem. Notuje numery i sprawa ląduje w sądzie.  Odczuwa prawdziwą satysfakcję, widząc panicznie tłumaczącego się i wystraszonego delikwenta, z którego wywiało resztki arogancji.

Duża korporacja. Szef Projektu podpytuje się Asystentkę Menedżerki o szczegóły jednego z kluczowych zadań. Sugeruje, że część z nich nie zostało wykonanych. Okazuje się, że złośliwa i niekompetentna Menedżerka celowo zataiła istotne informacje. To spowodowało powstanie komunikacyjnego węzła gordyjskiego, w którym mieszają się pomówienia, fakty, insynuacje, niedopowiedzenia i niejasności. Asystentka zostaje Bekasem i odstawia lojalność wobec własnej Menedżerki na półkę. Ma dość. Ujawnia całość korespondencji Szefowi Projektu, w tym szereg informacji kompromitujących profesjonalizm swojej przełożonej.

Bekasy są wśród nas. Są w stanie przez długi czas nie reagować na obłudę w zespołach, hipokryzję, podwójną moralność czy kombinatorstwo. Do czasu, kiedy okoliczności zmuszą je do ujawnienia swej zimnej i bezlitosnej natury. Bywają jak Carrie – genialna choć tragiczna bohaterka powieści Stephena Kinga.

Dziś Halloween. Również dla wszelkiej maści hipokrytów.  Warto uważać na Carrie.

HAHEJ – HAłaśliwy HEJter

(nowe pojęcie) HAHEJ – Hałaśliwy Hejter. Nie rozumie wypowiedzi, ale odnosi się do niej agresywnie i wulgarnie. (Zasada : „nie wiem, ale się wypowiem”). Atakuje przede wszyskim personalnie, a nie merytorycznie. Grubianin, który delikatnie zwróconą uwagę, zamieni w stek wulgarnych obelg w odpowiedzi.

HAHEJA – spotkasz na fejsbuku, forach i listach dyskusyjnych. Nie rozumie  haters gonna hate  bo jest po prostu na to zbyt prymitywny. Przypomina trolla wpuszczonego do muzeum w Luwrze.

Jedyną skuteczną receptą na HAHEJA jest jego odstrzelenie. Jakiekolwiek próby wychowania go, są bezskuteczne. Spróbuj wychować taboret.

Nazwę skrajnej i szczególnej odmiany HAHEJA uzyskasz zamieniając literę E w U.

Hapenerzy

Lotnisko Rębiechowo w Gdańsku. Na pustym pasie startowym autobus z zasłoniętymi szybami. W pewnej odległości las kamer z wycelowanym obiektywami. Czarne uniformy antyterrorystów mieszają się z odblaskowymi kamizelkami policji i służb ratowniczych. Przekaz na żywo. Kolejna godzina przetrzymywania zakładników. Nagle na czołowej szybie pojawia się napisana odręcznie kartka papieru. Wśród tłumów poruszenie. Narastający trzask migawek. „Jeśli chcesz, abyśmy się poddali -wyślij SMS na numer XXX. Jeśli chcesz, aby rozwalili nas antyterroryści – wyślij SMS na numer YYY. Tylko 2 zł. + VAT. Wejdź na stronę   http://www.napoj.pl i delektuj sie naszym najnowszym smakiem”Kiedy czeka nas taki scenariusz ?
Pewien spec z agencji reklamowej, wpadł na szatański pomysł nagrania na automatyczną sekretarkę komunikatu, że ktoś nie złożył zeznania podatkowego. Rozpowszechnił to do bodajże 10tys. osób. Nagranie po dłuższej chwili milczenia, kończyło się informacją o „dowcipie”.
Producent gry komputerowej „Medal of Honor” w trybie multiplayer, zakłada pełny realizm potyczek talibów i żołnierzy amerykańskich czy brytyjskich. Czy liczy na  podobne zainteresowanie medialne, jak w przypadku  „Modern Warfare 2” ? Gdzie w jednej ze scen gracz uczestniczy w masakrze cywilów na moskiewskim lotnisku ? (W Rosji wycofano grę z dystrybucji i usunięto ten fragment).
Pewien poseł, który w opinii niektórych jest megalomanem pierwszej klasy, wysyła radykalny list lub publikuje kontrowersyjny wpis na blogu. Do czego będą zdolni jemu podobni, aby zamienić anonimowy obchód sejmowego stoliczka, na światło studyjnych lamp w prime time ?
Kampania promocyjna miasta, poprzez pokazanie męskiej, gołej d… , wystrzeliwanie w powietrze blondynki tudzież fruwanie nad miastem w motylich skrzydłach, próbuje przebić się do medialnej świadomości. I udaje się. Czy jest to dowódem jej skuteczności ? Jaki jest cel tak skonstruowanej kampanii ?
Czy schemat tworzenia eventów, tak zabawnie  sportretowany w filmie „Testosteron” przekracza kolejne granice ? Czy coraz częściej za zwróceniem uwagi społecznej, stać będą hapenerzy ?
Nie ukrywam, że podziwiam zawsze akcje Greenpeace. Tutaj nie ma nic udawanego czy sztucznego. Często owi „hapenerzy”  ryzykują własnym życiem. Również koordynatorzy akcji społecznych np. obrońcy zwierząt, odwołują się do drastycznych form happeningowych. Niestety, coraz cześciej tylko taka forma daje im prawdopodobieństwio trafienia na  „jedynki” czy pierwsze minuty serwisów informacyjnych.
Ale co z akcjami  fałszującymi rzeczywistość ? 30października 1930r. stacja radiowa CBS nadała słuchowisko „Wojna Światów”, która wywołała popłoch w całych Stanach Zjednoczonych. Kilkadziesiąt lat później podobne audycje tv wywołują panikę i wściekłość w Gruzji.  Wsześniej Belgię zmrożono przekazem o podziale państwa. O słynną wyprawę Prezydenta Gruzji i Prezydenta RP, nad rosyjską granice, do dziś toczą się spory … Na ile zagrożenie było prawdziwe, a na ile był to po prostu spektakl urządzony na cześć międzynarodowej opinii publicznej. Czy jutro czeka nas widowiskowy wypadek TIRa jednego z browarów, którego obrandowanie zostanie pokazane we wszystkich stacjach informacyjnych ? Ponieważ koszt GRP w tym przypadku będzie zdecydowanie niższy niż  typowej kampanii ATL ? A relatywna oglądalność bloków reklamowych spada na łeb ? Czy niedługo wymyślaniem właśnie takich przedsięwzięć chwalić się będą agencje PR czy agencje reklamowe typu full service ?
Przedwczoraj jedna z partii politycznych legitymizowała wieczorny marsz z pochodniami. Nasunęło mi to wydarzenie, wiele skojarzeń z Leni Riefenstahl. Jej ponadprzeciętnego talentu filmowego. Wizjonerki, którą faszyzm wciągnął w swoje propagandowe tryby. Pasjonatki, której obrazy stały się motorem dla mas. Wyznacznikiem medialnych widowisk. Czy była pierwszym, filmowym hapenerem ?
PS. Słowa „hapener” użył Grzegorz Schetyna w „Kropce nad i” w kontekście Janusza Palikota.

Od Marketingu 1.0 do Marketingu 3.0

Marketing 1.0 to era nadrzewnych homoludów. Wszyscy siedzą na czubkach drzew, ukryci między liśćmi. Kiedy pojawia się pod nim klient, wszyscy rzucają się aby go złupić, oskubać a niektórzy jeszcze dopełniają temat baseballem …

Marketing 2.0 to era uprzejmych homoludów opartych o drzewo. Przesympatycznych, wypachnionych, nastawionych na wysłuchanie przechodnia i skłonnych spełnić każdą jego zachciankę. Kiedy pojawia się klient, wszyscy zgodnie z zasadą win-win, pragną odejść zadowolonymi. Jeśli klient ma problem z opłacaniem zachcianek ( z których 80% to wynik perswazji handlowej), wszyscy rzucają się aby go złupić, oskubać a niektórzy jeszcze dopełniają temat baseballem …

Marketing 3.0 to era rzesz klientów rzucających się na homoludów aby ich złupić, oskubać a niektórzy jeszcze dopełnić baseballem … Aby następnie uprzejmie przystąpić do negocjacji win-win.

WSZELKIE PODOBIEŃSTWA DO TEORII MARKETING 3.0 SĄ CZYSTYM PRZYPADKIEM :))

A poniżej wizualizacje:

WIZUALIZACJA MARKETINGU TYPU 1.0

WIZUALIZACJA MARKETINGU TYPU 2.0

WIZUALIZACJA MARKETINGU 3.0

poszukiwania trwają :))