Irlandzka jesień średniowiecza

Przed jednym z występów Eminem zażądał zbudowania drewnianego basenu w ogrodzie. Miał w nim pływać karp koi i parę rzadkich gatunków ryb. Leo Messi zażyczył sobie w hotelu trzech jacuzzi i basenu wodą z temperaturą dokładnie 28 stopni. Chłopaki z Van Halen bali się tylko jednego – brązowych M&Ms. Dlatego przed podaniem kazali sobie dokładnie selekcjonować kolory.

irlandzka jesien sredniowjecza jacek kotarbinski blog o marketingu

Bawią nas dziwactwa celebrytów. Przyzwyczailiśmy się, że gwiazdy, artyści, twórcy mają prawo mieć swoje fanaberie. Jednak pomiędzy życzeniami, a roszczeniami i żądaniami istnieje drobna, niepisana granica. Najciekawsze, że kiedy na rynku pojawili się „webryci” (tu: celebryci znani z internetu, influencerzy) przełamali monopol na roszczenia i dziwactwa. Na pocieszenie dodam, że jesteśmy na początku tej drogi.

Obecna dekada i zapewne najbliższa będzie dekadą influencer marketingu.

Dość istotnego elementu marketingu 4.0 czyli wpływowości decyzyjnej osób, za którymi stoją internetowe społeczności fanów, którzy w momencie zagrożenia swojego idola, zrobią marce jesień średniowiecza. Spróbujcie rozdrażnić followersów np. Edyty Górniak … .

Ostatnio w sieci gorąco od akcji #bloggergate. W skrócie i po kolei. 22-letnia Elle Darby wybierała się do Dublina (Elle: 87k YT, 76k Insta czyli nie tam zaraz jakieś wielkie halo – dla porównania YT: Arlena Witt 298k,  Krzysiek Gonciarz 670k, Polimaty 494k, a wszyscy nadają po polsku) . Dziewczyna napisała grzecznie do bossa The White Mose Cafe czy w zamian za nocleg i promocję, właściciel nie zgodziłby się jej ugościć. Przez 5 dni. Miejsce do którego zwróciła się influencerka ma w Dublinie swoją renomę. Na Tripadvisor ocena 4,5, 159 recenzji, 77% ocenia ją doskonale. Nieźle. Najciekawsze, że Tripadvisor wyłączył na razie możliwość oceniania tego miejsca „z powodu napływu dużej liczby nowych recenzji od osób, które nie korzystały z usług tej firmy, a postanowiły je napisać pod wpływem ostatnich doniesień medialnych”. Zachowali się przytomnie. Pamiętam jeden z odcinków Magdy Gessler, po którym jedna z restauracji, w ciągu kilku godzin została zmiażdżona kilkoma tysiącami jedynek  na Facebooku.

Elle nie otrzymała bezpośredniej, dyskretnej odpowiedzi od szefa The White Mose Cafe, czyli zwykłego „nie”. Przekazanej w taki sposób, by dziewczyna poczuła się jakby ją zaprosili do sesji Vogue. Amerykańskiej oczywiście. Paul Stenson, właściciel przybytku, zwrócił się do niej na Facebooku. Anonimowo. Przyznam, że odpowiedź Paula też mnie zaskoczyła – z poniższego filmu wynika, że chłopak ma poczucie humoru, a jak wiadomo Irlandczycy lubią się śmiać.

Paul mógł odpowiedzieć prosto. Nie, bo nie. I tyle. Jego biznes, jego prawa. Ale tu włączył tryb ewangelizatora.  „- Może powinienem powiedzieć mojemu personelowi, że pojawią się w Twoim filmie, zamiast odbierać zapłatę za pracę, jaką wykonają w czasie pobytu?”– napisał. Nie wskazał bezpośrednio Elle w swoim wpisie, ale internauci potrafili ją zidentyfikować. Natychmiast zaatakowali dziewczynę. Elle Darby w odpowiedzi nagrała swoją odpowiedź. I tak od słowa do słowa zaczął się shitstorm, z którego najbardziej ucieszyły się statystyki, czyli czy rośnie, czy spada – nieważne. Byle był ruch na serwerach.

Czy Ty zabiłeś, czy Ciebie zabito – nieważne. Ważne, że jesteś zamieszany.

Nie po raz pierwszy i nie ostatni influencerzy będą zwracać się z prośbą do różnych marek o to, by zaoferowały im jakieś świadczenia w zamian za promocję. Uwaga, jest różnica pomiędzy sytuacją, w której influencer zwraca się do marki, a gdy marka zwraca się do influencera. Drobny niuans, a jednak.  W pierwszym przypadku, marka może nawet nie odpowiedzieć na wysłanego maila. Jej prawo. To oczywiście wyraz kultury jej managerów, ale w Polsce mnóstwo firm nie odpowiada na wysyłane do nich zapytania. Nie, bo nie. Powtarzam, to kwestia wewnętrznej kultury organizacyjnej. W drugą stronę tak samo. Influencer może zignorować zapytanie marki. Kiedy jednak już zdecydujemy się na udzielenie odpowiedzi, nie bawmy się w zbawców świata. I to był błąd Paula. Zachował się po buracku, fakt. Stawiam jednak kości przeciwko orzechom, że …miał ku temu całkiem sensowne powody.

Wielu ludzi nie jest w stanie radzić sobie ze sławą.

Historie melanżu powodzenia, alkoholu, narkotyków, samobójstw i nieszczęśliwych miłości, wypełniają media całego świata. Sława skutkuje często sodówką, tylko trzeba najpierw być sławnym. Niektórzy uważają się za sławnych, odbija im, a później okazuje się, że kończy się to depresją. To, że masz 100k na YT nie oznacza jeszcze sławy. ReZigiusz ma ponad 3M subów na YT,  rozpoznają  jego twarz na ulicy. Przynajmniej jego target. ReZigiusz jest sławny (podkreślam: w swoim targecie), ale sodówka mu nie strzeliła do głowy. Kiedyś go poznałem na konferencji we Wrocławiu, to naprawdę fajnie ułożony , młody człowiek. Można? Można. Najgorzej jak sodówka potrafi odbić ludkom, którzy przekroczyli 1k subów i już można puszczać reklamy przed ich filmikami.

Czasami mam wrażenie, że im bardziej ktoś gwiazdorzy, tym mniej ma do powiedzenia.

Media społecznościowe przełamały monopol kina, telewizji, prasy, polityki i kościoła, na budowanie sławy i własnej społeczności.

Mniejsza o powody i efekty tak budowanej wpływowości – to ma miejsce tu i teraz. Trend będzie raczej rosnący, a nie malejący. Ilu fanów Elle przybyło po tym zamieszaniu? Czy Paul straci na tym czy zyska? Czas pokaże. Na pewno wzrosła rozpoznawalność marki Elle Darby i The White Mose Cafe, a za parę tygodni już mało kto będzie pamiętał, dlaczego tak się stało.

Syndromem tej dekady będą sytuacje, że rozkapryszeni webryci zdemolują Ci biznes, niczym kiedyś gwiazdy rocka, które robiły imprezę w hotelu.  Gwiazdorzenie w czasach influencer marketingu może przypominać szantaż w stylu: „daj mi to, co chcę, a jak odmówisz – zrobię Ci jesień średniowiecza, wykorzystując moje zasięgi”. Moim zdaniem, dlatego szef The White Mose Cafe się wkurzył. Biedna Ellen mogła być kroplą, która przelała czarę goryczy. Zamiast jej odpowiedzieć dowcipnym filmikiem lub zwykłym „nie”, zrobił jej wykład na temat kosztów, ludzi, opłacalności biznesu. Innymi słowy udzielił 22-letniej dziewczynie, brutalnej lekcji życia, czytaj: „na Twoje przyjemności ktoś musi tu pracować, płacić realne pieniądze i poświęcać temu czas”. Warto, by młodzi influencerzy o tym nie zapominali. Nie ma darmowych obiadów. A „sława”, którą influencer zapewni swoimi zasięgami nie zawsze jest taką darmową i bezpłatną promocją, na jaką wygląda. To dokładnie widziałem, jako juror EFFIE w wielu projektach cyfrowych – duże zasięgi i udział znanych influencerów, wcale nie był gwarantem oczekiwanych efektów.

Influencer marketing jest biznesem takim samym jak każdy inny.

Obie strony układanki – marketer i twórca, muszą osiągać z tego tytułu określone korzyści. Jeżeli jedna strona nie jest zadowolona, to nie ma sensu tego ciągnąć. To zupełnie normalne.

O determinacji Paula świadczy jeszcze jedno. Hotele na świecie mają prostą, świętą zasadę – zachowanie dyskrecji wobec swoich gości. Jak bardzo trzeba być wkurzonym, by o niej zapomnieć?  Błędem Paula nie była sama odmowa, tylko styl w jakim ją wyartykułował (przypomnę, że nie ujawnił danych Elle, zrobili to internauci). Warto uczyć się odmawiać z klasą  bo szanujcie wtedy emocje innych ludzi. Świat cyfrowy chociaż kocha sprzedawanie emocji, potrafi niestety mocno stępiać empatię, ponieważ tutaj bezpośrednie kontakty są rzadsze.

Czytajcie więcej bajek Ezopa, a mniej kolorowych pisemek. Warto.

EDIT:

Tako rzecze Janina Daily:

– Owszem, Van Halen mieli zapisane w kontrakcie, że przed każdym koncertem ma czekać na nich miseczka M&M’s za wyjątkiem tych brązowych. Prawdą jest również, że gdy przed koncertem znajdowali brązowe M&Ms w garderobie to odmawiali grania i nie wychodzili na scenę. Niemniej nie było to spowodowane ich gwiazdorzeniem. Ani traumą związaną z brązowymi drażami. Van Halen słynęli z tego, że robili na scenie show – ich koncerty wymagały bardzo często ciężkiej scenografii, dodatkowego oświetlenia, mnóstwa sprzętu. Wiele scen koncertowych było jednak starych, nieprzystosowanych do tak ciężkiego sprzętu i granie na nich było zwyczajnie niebezpieczne – i dla muzyków, i dla publiczności. Kontrakt, który zespół podpisywał z organizatorami koncertów składał się z kilkunastu, czasem nawet kilkudziesięciu stron. Zawierał szczegółowe instrukcje dotyczące tego, jak ma zostać przystosowana scena, jakie warunki ma spełniać sala i co musi być zostać przygotowane, by koncert mógł się odbyć sprawnie i – przede wszystkim – bez żadnych wypadków. W kontrakcie owszem, zawarli również wzmiankę o brązowych M&Msach. Był to swego rodzaju wskaźnik, czy organizatorzy przeczytali umowę i listę wymagań zespołu. Jeśli nie byli w stanie spełnić tak prostego życzenia, jakim jest brak brązowych M&Msów, to zespół miał podstawy, by sądzić, że do innych wymagań również się nie dostosowali (być może w ogóle ich nie przeczytali). Również tych związanych ze sceną i bezpieczeństwem w czasie koncertu. I wtedy tak, odmawiali wyjścia na scenę. Oni nie gwiazdorzyli. Oni w bardzo sprytny sposób upewniali się, że wszyscy w czasie koncertu będą bezpieczni i wszystko odbędzie się zgodnie z planem. Kosztem tego, że od kilkudziesięciu lat ludzie powtarzają tę plotkę jako szyderczy przykład na gwiazdorzenie celebrytów. Nie wszystko jest takim, jakie się wydaje. Najprostsze oceny nie zawsze są właściwe. W tym wypadku zespół Van Halen totalnie może powiedzieć: joke’s on you, people. Źródło: https://vimeo.com/36615187 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s