Bajka o chudym kocie z małym telewizorem i dużą biblioteczką.

Przez poważnymi panami w gierkowskich fotelach zasiadł młodzieniaszek w garniturze. Na wyglancowanym stole konferencyjnym położył czarną aktówkę i wyciągnął z niej garść papierów. – Zanim zaczniemy – rozpoczął chłopaczek  – Mam nadzieję, że nie myślicie panowie, że chcę wykopać ze stanowiska waszego prezesa?

Panowie udali,  że rozumieją. Dzień wcześniej zostali zaproszeni na spotkanie przez prezesa spółdzielni na spotkanie ze strasznie nagabującym go gostkiem, o konieczność uruchomienia sensownego programu rozwojowego dla ich produktów i organizacji sprzedaży. Był rok 1991. W gabinetach tejże  firmy czuć było jeszcze zapach gnijącej komuny. Nie udało się. Trwające ponad 4 godziny dyskusje i prezentacje zakończyły się niczym. Młody człowiek schował aktówkę i wyszedł. Wiedział jedno. Spółdzielnia nie miała prawa przetrwać dłużej niż rok, przy tak zmieniającym się rynku i istniejących sposobach zarządzania produktami. Mylił się. Bankructwo nastąpiło po dwóch latach.

Tak, miałem wtedy 24 lata i głowę pełną wiedzy, z zerową praktyką biznesu. Rozmowy o marketingu i rozwoju z zarządami były często wołaniem na puszczy. Zagadnienie wydawało się tak abstrakcyjne dla ludzkiej mentalności, że wręcz nie to przyjęcia. Dlaczego o tym piszę? Dlaczego akurat tę notkę? Słowo wyjaśnienia.

Kilka dni temu, napisałem na Facebooku dwie notki i przypomniałem trzecią. Zabieram głos kiedy uważam, że dzieje się coś ważnego. Nie boję się tego. Teraz moim zdaniem właśnie się dzieje. Przeczytaj: „Millenialsi ruszcie d**ę”, „11 Zasad Walki o Godność Millenialsów” oraz „Miałem polski sen”. Możesz też obejrzeć mój bardzo krótki film „ Na dobranoc, Gdynia Stocznia”.  Teksty uzyskały duże zasięgi, wiele zróżnicowanych komentarzy i wywołały sporo dyskusji. To dobrze. Chciałbym jednak tą notką odnieść się do jednej kwestii, którą przekazywano – nie mam prawa wypowiadać się o tym co czują biedni Millenialsi, nie Ci z wielkich miast, patrzących zza swoich nowych jabłuszek w starbuniach.  Z prostego powodu: nigdy nie rozumiałem młodych w małych miastach, na śmieciówkach, bez perspektyw, kasy i takich takich. To nie zdzierżyłem. I stąd niniejszy tekst.

Dalej będzie o moim życiu prywatnym. Piszę o nim na blogu pierwszy raz w życiu. Czytasz na własną odpowiedzialność.

Jestem chłopakiem z małego miasta. Biednego jak mysz kościelna.  Ciechanów. Wiesz gdzie to jest? Taka mieścina, kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców, sto kilometrów na północny-wschód od Warszawy. Byłe miasto wojewódzkie, jedno z czterdziestu dziewięciu. Lata osiemdziesiąte, w których dorastałem, to było jedno Liceum Ogólnokształcące, do którego aspirowali wszyscy, którzy chcieli kiedyś cokolwiek studiować. Miałem 17 lat kiedy umarł mój ojciec. W wieku 19 lat wylądowałem na Zmechu we Wrocławiu. To były moje pierwsze studia w dużym mieście. Zakochałem się we Wrocku, ale i poczułem to kolosalne zróżnicowanie klimatu małych i dużych miast. To taki kontrast, kiedy czujesz, że się całe życie dusisz, ale dopiero spojrzenie na to z zewnątrz, uświadamia Ci jak bardzo. To uczucie, którego wychowani w dużym mieście mogą nie rozumieć. Chęć wyrwania się, zmiany. Coś co dzisiaj Millenialsi i Zety komunikują w kontekście Polski. Czują, że staje się małomiasteczkowa, zacofana, wyalienowana, prowincjonalna. Nie chcą żyć w takiej Polsce. Doskonale ich rozumiem. Miałem to samo.

Kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych zacząłem działalność gospodarczą miałem tylko dwie ręce, dwie nogi, głowę i starą maszynę do pisania po dziadku Zgliczyńskim. Nie miałem żadnych pieniędzy, żadnych sponsorów, funduszy startupów, biur coworkingowych, otwartej linii kredytowej czy kasy rodziny. Całkowicie różne szanse rozwojowe niż teraz. Teraz jeśli twoim talentem jest np. tworzenie grafiki komputerowej, możesz mieszkać w Pcimiu Małym i mieć klientów global. Albo stworzyć aplikację w modelu SaaS. Działać możesz wszędzie.

Kiedy zaczynałem, nie miałem szans niczego produkować (kasa!), ani handlować (kasa!). Mogłem tylko świadczyć usługi. Miałem tylko głowę, w którą musiałem zainwestować. Polskie studia? Zapomnij. Żeby pójść na dzienne, musiałbym mieć co? Kasę! Zaoczne? Musiałbym co? Pracować na etacie. Trzeba było iść do pracy? Wiesz jakie było bezrobocie w 1990 roku w Ciechanowie? Jakieś 30%. Trzeba się było wyprowadzić? Kasa! Wziąć kredyt? 10 żyrantów minimum, dziś masz to na dowód w 15 minut! Rzucić wszystko i wyjechać za granicę? Był taki wariant. Niestety, zachciało mi się być Judymem. W 1990 wierzyłem, że wchodząc na ścieżkę gospodarki wolnorynkowej za parę lat będzie u nas eldorado, w sensie rozwoju społecznego, gospodarczego i szans, które takie prowincjonalne miasteczka mogą wykorzystać. Chciałem rozwijać się w miejscu gdzie się urodziłem, pomimo owej tęsknoty za wyrwaniem się gdzieś w świat. Dziś mam świadomość, jak bardzo było to naiwne.

Zakochałem się w marketingu. Zainwestowałem mnóstwo pieniędzy w swoją głowę. Naprawę mnóstwo. Po 10 latach to była wartość sporego domu. Moi najbliżsi na szczęście to rozumieli. I jestem im za to wdzięczny. Budowałem programy szkoleniowe, robiłem warsztaty, tworzyłem działy marketingu, ale i mnóstwo rzeczy dziś egzotycznych np. oklejanie samochodów firmowych, pisanie biznesplanów czy koncepcji rozwojowych. Jak wtedy wyglądało prowadzenie takiego biznesu? Musiałeś mieć telefon. Stacjonarny. Przypominam tym ze smartfonami, że były czasy kiedy jeden telefon był na cały blok mieszkalny. Wysyłać oferty pocztą. Mieć adresy firm (dziś się to nazywa „leadami”).  Dzwonić do tych firm. Znaleźć dojście do ksero. Koszty druku były wtedy bardzo wysokie, bo najczęściej drukarnie były wielkie i nastawione na drukowanie książek czy czasopism. Zlecenie na 1.000 sztuk oferty szkoleniowej było koszmarnie drogie. Podróże? PKP i autobus. Nie miałem auta. Kiedy w końcu je kupiłem, zapłaciłem za starego Opla 1000 złotych, z czego 400 musiałem pożyczyć. Nacieszyłem się  nim może dwa miesiące. Auto, kupione od kumpla było z wadą, uszkodzonym wałem korbowym. Po paru bojach poszło na złom. Pewnie chcesz wiedzieć co zrobiłem z kasą? Proste. Poszła na zaległy ZUS. Proza życia.

Pewnie mogłem kupić inny samochód? Przecież dziś to jak wymiana rękawiczek. Możesz w ofertach kredytowania czy leasingu przebierać jak w ulęgałkach. Na początku lat dziewięćdziesiątych wybór był prosty: kasa na życie czy auto? Może kredycik? Przyprowadź 10 żyrantów. Daj zabezpieczenie swojego mieszkania. Właśnie. Mieszkania. Od 1990 do 2003 roku przeprowadzaliśmy się z rodziną dziesięć razy. Dziesięć.

Kiedy w 1996 trafiłem na zagraniczne stypendium to był trochę jak los na loterii. 280 kandydatów, wybranych 20 do drugiej tury, a potem 9 osób, które wyjechało. Miałem 1350 marek niemieckich na przeżycie. Próbowałem odłożyć ten tysiąc, a za 350 jakoś przeżyć.  To jakieś 175 euro. Przeżyj w Monachium za 175 euro, z czego zapłać 50% za bilet miesięczny za komunikację miejską. Tak, dobrze się domyślasz. Zupki z Aldiego, najtańsze tosty, małe piwo od wielkiego święta. Dostaję propozycję pracy od dużej firmy konsultingowej. Dziś wiem, że to była wielka szansa, której nie podjąłem. Ograniczała mnie świadomość rodziny, którą bym musiał ściągnąć do Niemiec. Ryzyka, że jeśli nie podołam, to na przykład po pół  roku w korpo, wyląduję z ręką w nocniku. Nie chciałem być obywatelem drugiej kategorii. Lubimy być gośćmi, ale najlepiej się czujemy we własnym domu. To życie nomada, przez kilkanaście lat, bardzo mocno mi to uświadomiło.

Każda działalność to jakieś fuckupy. Dziś za nie zapłacą spółki, inwestorzy, partnerzy, którzy finansują przez parę lat Twój rozwojowy biznes. Startupowi Millenialsi nie ryzykują własnym majątkiem tak bardzo jak kiedyś. Fuckupy czegoś nas uczą, ale nigdy nie są fajne. Oszuka Cię wspólnik, kumpel pożyczy dużo kasy, nie odda i pokaże Ci środkowy palec. Potem świecisz oczami za niego zgodnie z dewizą, chłop zawinił, cygana powiesili. Najbardziej boli jak okradają Cię kumple lub ludzie, którym zaufałeś. To wszystko musiałem brać na klatę, otrzepywać spodenki i iść dalej do przodu. Siedzę w marketingu już 27 lat. To całe moje zawodowe życie. Miałem dość wiele razy.  Często wtedy, kiedy klient zwlekał z płatnością wiele tygodni, (styl: aaa, może sobie poczekać) a tu trzeba było za coś zrobić święta. To są emocje, których się nie zapomina.

Dlatego tak jestem wrażliwy na kwestię Darmociągów czy rozliczeń firm z freelancerami. Duże firmy mogą czasem poczekać. Mali przedsiębiorcy często czekać nie są w stanie. Szczególnie przed świętami. Dlatego zawsze apeluję, by freelancerów w projektach rozliczać w pierwszej kolejności.

Przez moje ręce przewinęło się mnóstwo literatury, ale nie jestem teoretykiem. Całe życie zawodowe pracuję z firmami w różnych konfiguracjach. Książki kupowałem zawsze. Czasami za ostatnie pieniądze. Rodzina bywała wtedy na diecie. Biblioteczką marketingową mogę konkurować z uczelniami. Komputer kupiłem w 1992 roku za 40 milionów złotych. Monitor mono, karta Hercules, MS DOS. Zobaczyłem na własne oczy Internet na Uniwersytecie we Freiburgu w 1996r. Mój pierwszy mail założyłem w 1998 roku. Co-working? Openspace? Zapomnij. Szukało się biur tam gdzie tanio, a nie gdzie były biurowce nastawione na kasę międzynarodowych korporacji. Bliźniaki, piwnice, dzielony z właścicielami numer telefonu. Dzieciakami, robiącymi Ci głupie dowcipy, kiedy dzwoni do Ciebie ważny klient. Tak zaczynałem w Gdańsku na Zaspie w 1998r.

Małe  firmy są  genialne dla młodych ludzi pod jednym warunkiem – wszyscy potrafią razem robić wszystko. Jeśli właściciel firmy myje po sobie naczynia w kuchni czy potrafi zamieść podłogę, to dobry znak.

Dziś z sentymentem i satysfakcją patrzę, jak Michał Sadowski opisuje zdobycie kolejnego, międzynarodowego klienta. Kiedy przychodzi mu powiadomienie na komórkę jak siedzi w kinie. Jakże mu kibicuję! Dajesz, dajesz! Nauczyłeś się czegoś i robisz wzrost. Kibicuję wszystkim Polakom, którzy udowadniają, że potrafią tworzyć projekty wartościowe dla świata. Tak jak wierzę, że polscy informatycy nie będą kończyć na kodowaniu pornobzdur w openspaceach Krzemowej Doliny. Sklonować Sadka? Tak, potrafimy. Yes, we can.

Moje początki były inne. – Kto Ci pomagał w tym projekcie? – A, taki Kotarbiński. – Nie znam? Skąd? – Z Ciechanowa. – Z czego???? Kiedy przestał się śmiać, padało – A gdzie to jest? Z tej dziury? Prowincjonalnej wiochy? – Niemniej polecam  – padało na końcu. I tak się kręciło. Mogłeś kiedyś zajść komuś za skórę. Na przykład kiedy wpadłeś na pomysł przeprowadzenia szkolenia z nośnego tematu, ubiegając firmę założoną przez byłych komuchów. Wtedy masz na karku urząd skarbowy, który kontroluje cię przez kumpli owych komuchów. Z tego samego byłego komitetu. Urząd Skarbowy stwierdza, że musi Ci jakoś dokopać. Jakże inaczej. Zaczyna od porównania Twojej działalności z podobnymi firmami. Uświadamiają sobie,  że jesteś jedyną firmą na terenie całego województwa świadczącą usługi konsultingowe i szkoleniowe z obszaru marketingu. Z kim Cię zaczynają porównywać? Z oddziałami Wielkiej Szóstki Audytorów w Warszawie: Arthurem Andersenem, Ernst & Young, KPMG, PwC i tak dalej. Bareja by na to nie wpadł.

Lata dziewięćdziesiąte w biznesie to swoista mieszanka dzikiego zachodu, szans, spektakularnych fortun, zagrożeń i bankructw. Wojny ze związkami zawodowymi, które myślały, że kapitalizm to lepsza forma socjalizmu. Prawnik był na wyciagnięcie ręki. Za dużą kasę. Można było poślizgnąć się na skórce w każdej chwili. Pewien znajomy poprosił bym tłumaczył negocjacje z Niemcami. Nie zgodziłem się. Do piwa, owszem. Ale negocjacje handlowe to co innego. Obraził się, wziął kogoś innego. Potem okazało się, że zamiast paru kontenerów kurczaków, podpisał kontrakt na parę kontenerów kur. Drobna różnica w drobnym słówku. Stracił samochód i mieszkanie. Czytajcie umowy jakie podpisujecie.  Uważaj na zapisy, gdzie zamiast słówka „może” jest napisane „musi”.

Ten nie zna życia, kto nie doświadczył działalności gospodarczej w tych latach, bez złotych mostów, kasy ze sprzedaży hektarów, pobytu na saksach czy handlu walutą. Szanse rozwoju nie wszystkich są  równe. Wiara w to, że możesz wszystko jeśli tylko chcesz, jest jedną z największych ściem wciskanych przez szamanów rozwoju osobistego. Ziarno może padać na żyzną ziemię, albo na beton. Składasz ofertę programu szkoleniowego, proszą Cię o szczegóły, jeszcze więcej szczegółów, materiały, pokazowy wykład. Szkolenie dostaje kumpel prezesa, też trener, który nawet za bardzo się nie kryje z tym, jak bardzo „zainspirował go Twój program” i uprawia handshake z nieszczerym uśmiechem na jakiejś branżowej konferencji.

Na zakończenie obrazek tkwiący głęboko w moich wspomnieniach. Czerwony, spocony z gorąca człowiek w garniturze, w średnim wieku. Trzyma pod pachą stos gazetek dla podatników, dystrybuowanych w urzędach skarbowych. To biuro fundacji Business Foundation w Warszawie. Stoi w progu i wygląda, jakby za chwilę miał mieć zawał. Poznajemy się. Sympatyczny człowiek. Później w życiu widzieliśmy się może dwa, trzy razy. Tak zaczynał Ryszard Pieńkowski.

Niczego nie żałuję. Wiele się nauczyłem, choć dziś niektóre rzeczy zrobiłbym inaczej. Chciałbym bardziej chronić rodzinę przez niepewnością i ryzykiem, jakie niesie ze sobą każda działalność gospodarcza. Dziś przekazuję wiedzę i doświadczenie. Nigdy nie byłem od nikogo zależny, to bardzo trudne, ale możliwe i kosztowne. Nie miałem kumpli, załatwiających projekty, pleców politycznych czy układów. Nigdy. Pod tym względem byłem jeszcze gorszym gamoniem od Sadka. Zawsze robiłem to co chcę, a nie to, do czego mnie zmuszano. To dało mi luksus mocnego kręgosłupa i nie kierowania się tam, gdzie akurat wiatr wieje. Naprawdę wierzę w dobrą robotę, w wartości, o których mówię i piszę, jak i w to, co robię.

 

20 lipca 2017r. g.15:00

Sejm przyjął właśnie ustawę o zniszczeniu Sądu Najwyższego. Nie gniewaj się na mnie Polsko, że przez ostatnie 27 lat zrobiłem zbyt mało by wykorzystać swoją wiedzę w wystarczający sposób, by uświadomić prostym ludziom z dużymi telewizorami i małymi biblioteczkami z małych miast, na czym polega prawdziwa demokracja.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Bajka o chudym kocie z małym telewizorem i dużą biblioteczką.

  1. Duch_Nikopola

    Szanowny Jacku,
    demokracja polega właśnie na tym, że większość (może i ta słabsza intelektualnie) społeczeństwa wybiera pierwszy raz w historii większościowo grupę reprezentantów którzy wprowadzają zmiany jakie owa grupa wyborcza oczekuje. I bardzo dobrze, dura lex, sed lex!
    P.S. nie mam telewizora, mam dużą bibliotekę, myślę samodzielnie, należę do większości która chce radykalnych zmian w sądownictwie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s