Blągery wykute z obciachu

Blogosfera od dawna toczy spory i zwady o wpływowość. Rzadko która sfera social media ma tylu agresywnych kogutów i kurek, wyrywających sobie pióra, drących elektronicznie dzioby, strojących się w cudze łaszki jak i wylewających wiadra wazeliny.

blog2

Miałem nadzieję, że choroby wieku dziecięcego ma już za sobą, tymczasem ostatnie dni pokazują nowe źródła zarażeń, wyjątkowo agresywnym wirusem – wirusem pospolitej, ludzkiej podłości.

Klasyczna, analogowa, medialna wpływowość budowana była poprzez solidność warsztatu dziennikarskiego, branżową eksperckość, polityczną władzę czy rozpoznawalność twarzy. Ta ostatnia cecha typowa dla telewizyjnych osobowości, od Jana Suzina i Bożeny Walter zaczynając, na Jarku Kuźniarze kończąc. Siła mediów pod tym względem była zawsze bezdyskusyjna. Swoistym symbolem przełomu był skandalista Howard Stern, który przekroczył granicę swoimi programami, stanowiąc swoisty wzorzec dla osobowości telewizyjnych w rodzaju Kuby Wojewódzkiego. Był to moment, w którym media zaczęły ulegać słupkom, kosztem swojego profesjonalizmu. Efektem tego jest poziom krajowej publicystyki, który doszedł do poziomu magla, a nawet go zdecydowanie przekroczył. Dziennikarze mieli kiedyś etykę, rzetelność i słupki, dziś nierzadko zostały tylko słupki.

Każde medium jest wyjątkowym narzędziem budowania wpływowości. Kiedy rozwinęły się narzędzia b(v)logowania i dalszego udostępniania treści, nawet Jaś Kowalski spod Siebierza w gminie Mszana zyskał równe szanse z Ziutą Nowak w Mordorze na Domaniewskiej. Jest jednak drobna różnica pomiędzy nadawcą typu telewizja, radio czy prasa, a nadawcą elektronicznym. Tym pierwszym nie wolno wszystkiego. Ten drugi, zrobi wszystko co mu się żywnie podoba. Więcej, Jaś od Ziuty będzie bardziej zdeterminowany – to kwestia swoistego awansu społecznego.

Internet w wersji b(v)logosfery zaroił się od aspirujących, żądnych sławy i chętnych zapłacić każdą cenę, za swoją wpływowość. Metoda była prosta, jak budowa cepa czyli być gorszym od tabloidów, wyróżnić się nie tyle profesjonalnym warsztatem, ile tanim, jarmarcznym chwytem. Wszystko po to, by nagłośnić własny narcyzm, uczynić się księciuniem tabloidalnych sedesów, a sławę zamienić na liczbę fanów, lajków, UU  i statystyk. Wszak sponsorzy nadal patrzą na ilość, a nie jakość targetu. „Wpływowość” stała się towarem, a fani czy statystyki sprowadzono do roli hurtowni danych, w której można było sobie kupić dowolny rodzaj bezwartościowego zaangażowania. Byle tabelka się zgadzała.

Wpływowość elektroniczna zaczęła budować e-idoli, e-autorytety, e-celebrytów i e-idiotów. Social media zaczęły przeżywać swoisty dziki zachód, gdzie liczył się ten co wielki w gębie i cwany w hejcie, a na końcu okazywało się, że ma mikroskopijne cojones i godności za grosz. W pewnym momencie światek elektroniczny zaczął sam się pogrążać, tworząc fatalnie merytorycznie badania, brane z sufitu niemiarodajne rankingi, oblewając się sosem wzajemnego kolesiostwa i wazeliny oraz robiących w balona wszelkiej maści dziennikarzy, którzy „mniej obyci w internatach” robili im zwykły fame. Wielu marketerów czy dziennikarzy dawało się wrabiać jak dzieci, płacąc za własną indolencję. Ile było blogerskich ustawek i prowokacji, które były zwykłą ściemą? Ile sław powstało, bo ktoś kupił sobie statystyki? Ile treści stworzono kopiując bez skrępowania innych? Zapewniam, że całkiem sporo. B(v)logosfera awansowała nadawców, których nigdy żadne porządne medium by nie wzięło pod uwagę. Ich cechą było po prostu to, że byli pierwsi w swoich kategoriach i udało im się ją zagospodarować.

B(v)loger zamiast elektronicznym autorytetem, mądrym głosem internetowego społeczeństwa – stawał się symbolem naciągactwo, rozdętego ego i gościa, którego można kupić za tanie fistaszki i fatałaszki. Dopiero po pewnym czasie, ci którzy potrafili bronić wartości swoich treści, zaczynali być naprawdę doceniani. Nie każda wpływowość zamienia się w autorytet.

Niektórzy poznali swoją siłę, kiedy odkryli wartość w autentycznej wdzięczności swoich fanów.

B(v)loger może być spójny (organiczny) w swoim wizerunku (taki sam w on- jak i offline)  lub elektronicznym awatarem. Tylko, że emocje fanów i ich zaangażowanie, w większości przypadków bywają autentyczne. Zachowanie organiczne, spójne z systemem wartości b(v)logera – nawet jak popełni błąd, będzie mu wybaczone. Mylić się jest rzeczą ludzką. Inaczej w przypadku awatara, tu bowiem mamy do czynienia z manipulacją emocjami fanów, budowania własnych zachowań i treści w taki sposób, by osiągnąć swój cel (najczęściej wzrost statystyk).

B(v)loger jako autorytet, guru własnej społeczności, czuje w pewnym momencie ciężar odpowiedzialności. Ludzie po prostu mu wierzą i go szanują. To oczywiste. Trzeba być „wypranym do blachy tosterem”, żeby mieć to w głębokim poważaniu. Im bardziej jesteś sławny, tym ważniejsze staje się co komunikujesz, jak i po co to robisz. Kiedy zbudowałeś swoją pozycję w sieci na obciachu, tylko ceniący obciach będą wierni. Podobnie jak wyprane z wyższych uczuć inne „tostery”, grzejące się w ciepełku twej sławy. Kiedy lekceważysz swoich fanów, zostaną tylko ci, których wierność sobie kupisz.  Kiedy traktujesz fanów jak „ciemny lud”, który łyka jak pelikan wszystko co im dostarczysz, nie licz na szacunek i lojalność. Lajki i statsy można sobie kupić, ale prawdziwej wiarygodności i autorytetu, nigdy.

Dziś świat się ponownie zmienia. W normalnej rzeczywistości, nawet zwierzęta potrafią szanować własnych zmarłych. Dla ludzi, bez względu na system wartości, to jedna z  kluczowych cech definiujących człowieczeństwo. W realiach sieci, szacunek dla podstawowych cech humanistycznych, na pstrym koniu jeździ. Nieodparta chęć wyróżnienia się, wątpliwej sławy trollowanie, uderza w wartości, które wydawały się, do tej pory nienaruszalne, święte, nie podlegające dyskusji. Samobójcza śmierć nastolatka, czy nagły zgon młodziutkiej blogerki i reakcje niektórych internautów lub ich awatarów, dowodzą degrengolady wypranych umysłów. Czy jeśli ktoś „żyje” dłużej w świecie elektronicznym, niż realu, zatraca zwykłe, ludzkie reakcje i emocje? Tak, to są pojedyncze przypadki, nie tworzą reguł, ale internetowa  socjologia notuje ich coraz więcej. Dla elektronicznych golemów, łamanie nienaruszalnych, społecznych zasad wzajemnego szacunku to sport. Zwalczanie takich zjawisk, to kwestia podstawowej higieny – trzeba użyć odpowiednich środków i spuścić wodę. Tu nawet nie ma sensu prowadzić wielkich dyskusji – tosterów nie nauczy się współczucia, chyba, że ma się zdolności Pana Kleksa.

blog1
To są komentarze z Facebooka, a nie komentarze blogerów.

Pozycja b(v)logerów , ich reakcje w takich sytuacjach, są więcej niż kluczowe. To oni pełnią rolę elektronicznych autorytetów, guru czy mistrzów własnych społeczności. Wszyscy na nich patrzą. Od ich reakcji, zaangażowania, komentarzy, dyskusji, zależy kształtowanie opinii i reakcji innych. Są kwintesencją środka, impulsu do działania, bo internauci doskonale wiedzą jak pociągnąć za wirtualną spłuczkę.

Oczywiście b(v)loger może potraktować takie zdarzenia kalkulując na zimno, a nie z ludzką empatią. Wykorzysta falę zainteresowania, by samemu zaświecić światłem odbitym. Tutaj, w jego mniemaniu, im więcej wzbudzi kontrowersji, tym lepiej dla statystyk. Byle nazwiska nie pomylili? Czasem nie wiem co gorsze? Elektroniczne hieny czy ci, którzy na ich działaniach, próbują ugrać swoje trzy grosze.

Advertisements

4 uwagi do wpisu “Blągery wykute z obciachu

  1. Podziwiam ludzi, którzy piszą na blogach z sensem, celem informacyjnym, opowiadają o życiowych przeżyciach lub mają talent do pisania jak Pan. Nie chcę siać ostracyzmu, aczkolwiek pewne blogerki modowe(nie tylko) działają głównie celem pustej, sztucznej i bezmyślnej atencji – tak jak te komentarze na facebook’u.

  2. sympans

    „To oni pełnią rolę elektronicznych autorytetów, guru czy mistrzów własnych społeczności. Wszyscy na nich patrzą ” – myślę, że Autor stanowczo przecenia blogerów, ich wpływ na innych i pełnioną rolę. Łatwo wpaść w pułapkę takiego przekonania, jeżdżąc z jednej blogerskiej imprezy na inną i nieustannie otaczając się reprezentantami tego środowiska.

    A rzeczywistość jest zupełnie inna: blogerzy piszą głównie dla… blogerów. Reszta internautów, o społeczeństwie już nie wspominając, nie zwraca na nich najmniejszej uwagi.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s