Wrabiani w mango

Dziewczyna wzięła szklany pucharek i wrzuciła do środka cztery kostki lodu.

20140507-003544.jpgDopełniła mlekiem i organicznym kefirem z discountu.

Następnie urządzeniem przypominającym pipetę tudzież kroplomierz dodała pięć kropli starannie odmierzonego syropu z mango. Aptekarsko. Pięć kropli. Ni mniej ni więcej. Ozdobiła na koniec szklanicę smętnie wiszącym frędzlem owocu z puszki i podała na tacy. Procedura taka. Osiem złotych. Ni mniej ni więcej. Lód, woda i piana – przyjaciel barmana.

Jesteśmy wrabiani. Na każdym kroku i o każdej porze. Do soku pomarańczowego dodają nam wody. Zamiast oryginalnej wody dają inną wodę. A moje ulubione Martini (nie zawiera lokowania produktu) to nie to samo Martini co z Niemiec. O chemii nawet nie wspomnę. Robią nas w mango w pubach, knajpach, restauracjach i wszelkiej maści przybytkach. Dlaczego? Bo się nie znamy. Ot, zagwozdka.

Kiedyś w eleganckiej knajpie w Zakopanem zamówiłem stek z rekina. Tak, sytuacja była iście absurdalna. Stek? Z rekina? W Zakopcu? Nie pamiętam już powodów owej abberacji. Niemniej rozmowę z kelnerem owszem
– Niech Pan mi powie, jak mam poznać, że jest to stek z rekina? Nigdy w życiu go nie jadłem i nie mam pojęcia jak on smakuje.
– Ależ proszę mi wierzyć na słowo!
– Wie Pan, słowo fajna sprawa, ale czy jakiś rekinologiczny dowód jest dostępny?

I tak w koło Macieju. Jakiż bowiem dowód oryginalności steku z rekina mógłbym dostać w Tatrach? Do dziś wierzę, że jadłem stek z ryby. Rekina nie udowodniono.
Kiedyś w Poznaniu kelner wmawiał mi, że do tatara spożywa się wyłącznie ocet balsamiczny [ Smakiem wzięty z półobrotu] i tylko ostatnie rednecki zamawiają do niego maggi.

Takich sytuacji mamy setki, tysiące, może nawet miliony. Zarabianie pieniędzy bazujących na niewiedzy, nieświadomości klienta, swoiste „cwaniaczenie” na wszelkiej maści sposoby. Wtłaczanie biznesu w ramy kombinacji, manipulacji, a nie wartości dobrego rzemiosła, jakościowego produktu i adekwatnej do tego ceny. „Dobrym” przedsiębiorcą staje się zarabiający na wrabianiu w mango swoich klientów, a nie biznesowej solidności. Dzięki właśnie takim kombinacjom czy gwiazdkach w umowach, dyskusje o marketingu bywają trudne, ponieważ wielu przedsiębiorców oczekuje dostarczania socjotechnicznych narzędzi do typowego wciskania małpie kitu lub maskowania. A jest to dziś wybitnie krótkowzroczne.

Kiedy 27 kwietnia rozmawialiśmy z Pawłem Sito na antenie TOK FM [ posłuchaj ], wróciliśmy do międzywojennej zasady JEEN sformułowanej przez inż. Kazimierza Szpotańskiego – założyciela i dyrektora Fabryki Aparatów Elektrycznych w Warszawie. Skrót oznaczał Jakość – Estetykę – Ekonomiczność – Nowoczesność. Szpotański wprowadzał tę zasadę w życie – opisuję go w Sztuce Rynkologii. Z warsztatu w 1918r. rozwinęła się firma zatrudniająca 1.500 osób po 21 latach. Kupiecka czy rzemieślnicza rzetelność po 1945r. nabrała innych barw. Dziś może warto wracać do podstaw budowania swoistego „gospodarczego szlachectwa” – istoty przedsiębiorczości opierającej się o realne wartości, a nie klasyczne „krojenie naiwnych”.

Szukajmy dobrych wzorców. Punktów odniesienia. Również smakowych. Pierwsze w życiu ślimaki jadłem w uroczej knajpce na Montmarte dzięki zaproszeniu Piotra Moszyńskiego. Wiedział po prostu gdzie są dobre. A jak się robi koktajl z mango? Wrzuca się i miksuje świeże i dojrzałe owoce. Pomijając, że u nas one nie rosną. Może warto wykorzystać inne? Prawdziwe mango widziałem raz w życiu. W Lubljanie na lokalnym targu. Wielkości sporego melona. 10 euro. Sztuka. Wzorzec. Jak metr. Smaku nie zapomina się do końca życia.

4 uwagi do wpisu “Wrabiani w mango

  1. A ile razy się tak zdaża, że w serwisie przy przeglądzie niby wymieniają filtry, a tylko je przedmuchują, a liczą nam jak za nowe. W restauracjach też tak jest z wyjątkiem tych droższych, jednie tam jesteśmy wrabiani z ceną bo szarlotka kosztuje zamiast 8 zł to 80… Ale jak droga to pewnie lepsza….

  2. Jacku, jeśli chodzi o polską chemię gospodarczą (mówię tu głównie o proszkach) to z tego co wiem nie jest do końca tak, że jesteśmy oszukiwani przez złe zagraniczne koncerny. Fakt jest faktem, że proszki z Niemiec mają więcej kolorowych granulek (czyli tych najważniejszych), niż te, które dostaniemy w Polsce. Jednak z badań wynika, że Polacy po prostu sypią więcej proszku i te różnice się wyrównują. To taka pozostałość po poprzednim ustroju chyba. Tak samo było na początku lat 90. z płynami do naczyń. Jako, że woda była dosyć tania to zmywało się na zasadzie: zlew pełen wody, 1/3 butelki ludwika i jedziemy. Dlatego płyn Fairy (o ile dobrze pamiętam) poniósł u nas klęskę. Nikt nie mógł uwierzyć, że wystarczy trochę płynu, aby dobrze umyć naczynia. Sytuacja zmieniła się dopiero po wzroście cen wody. Producenci proszków walczą z naszymi przyzwyczajeniami dodając miarki itp. do swoich produktów. Ale Polacy i tak sypią więcej. Co gorsza sam tak robię…

    1. kotarbinski

      Piotr, z tego co wiem to przede wszystkim kwestia roznic technologicznych. Ale rowniez relacji jakosc/cena np. porownywalny proszek do prania tej samej marki moze byc w podobnej cenie jak w PL, ale o zupelnie innej jakosci. Bylo kilka podejsc do zbadania tego zjawiska czy dzienniarskie happeningi 🙂 [http://www.tvn24.pl/czarno-na-bialym,42,m/niemieckie-proszki-lepsze-niz-polskie-test-reportera-tvn24,316467.html ] Diabel jak zwykle tkwi w szczegolach. Jesli chodzi o Martini to polskie jest bardzo inne niz niemieckie:) A zmiana przyzwyczajen? Pod tym wzgledem trzeba duzo cierpliwosci, choc producentowi raczej nie przeszkadza zwiekszone zuzycie jego produktu :))

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s