Orlipiórstwo

W udzielonym ostatnio wywiadzie dla TOK FK, Wojciech Orliński z Gazety Wyborczej sugeruje, że współczesne media stają się swoistym kaprysem ich właścicieli. Przy okazji pojawia sie temat dziennikarstwa internetowego. Padają też nazwy kilku ujaranych blogerów, którzy zapowietrzają się z tego powodu ze szczęścia. Facepalm.

20131207-115913.jpg
Kiedyś żeby zostać dziennikarzem, trzeba było skończyć odpowiednie studia. „Dziennikarz” nazywany przez złośliwców „gryzipiórkiem” miał mieć sprawiedliwy, rzetelny i obiektywny osąd spraw którymi się zajmuje. Nie musiał być specjalistą, ale zdecydowanie z usług owych miał umieć korzystać. Swoim piórem i umysłem miał wyjaśniać maluczkim meandry społeczności, ekonomii, sportu, nauki, kultury i sztuki. Dzięki dziennikarskiemu trudowi i znojowi rosnąć powinna była świadomość narodu, który wybiera demokratycznie coraz mądrzejszych ludzi na swych włodarzy. To powoduje że wszystkim żyje się spokojniej i dostatniej. Tutaj polecam obejrzeć słynną scenę z Konopielki [ Konopielka ].

Dziś osoby nazywające się dziennikarzami wkładają obiektyw między nie swoje nogi, po czym piszą dramatyczną fabułę wyssaną z palca, nierzadko środkowego. Jedni tworzą historie, w których treść nie ma znaczenia – liczą się jedynie emocje. Inni zalewają całe kolumny hermetycznymi, intelektualnymi wypocinami, które rozumieją pewnie oni sami i kilku profesorów-pasjonatów. W ciekawym wywiadzie dla Wirtualnej Polski kilka dni temu, prof. Bartoszewski powiedział: „(…) Należę do tej starej generacji ludzi, w której bankowiec był bankowcem, lekarz – lekarzem, inżynier – inżynierem, chemik – chemikiem, historyk – historykiem, a nikt się nie znał na wszystkim. Na wszystkim się znali wariaci, szaleńcy, albo klienci ruchów populistycznych”. Dziennikarz miał się znać na obiektywnym opisywaniu świata. Dziś powinien robić to w sposób autorski, wiarygodny i wyjątkowy. Opisywać, ale niekoniecznie komentować. Parafrazując bowiem wypowiedź Piotra Najsztuba w jednym z programów „Tomasz Lis na żywo” – kiedyś dziennikarz-komentator musiał mieć odpowiednie doświadczenie, wiedzę i wiek. Dziś dziennikarz potrafi mieć swoje zdanie na każdy temat – nieważne czy się na nim zna.

Media żyją z pieniędzy czytelników i wpływów z reklamy. Warto o tym przypominać, bo niektórzy określając ich pogardliwie zdają się o tym zapominać. Dziś nie ma mediów bez tych grup. Tak jak kiedyś nie istniała kultura bez finansujących jej możnowładców. Z pełnym poszanowaniem zasad chińskiego muru i oddzielenia dziennikarskich i biznesowych sfer wpływów. Tyle tylko, że w Polsce jest to często totalna fikcja, a przykładów jest aż nadto. Wyciszanie konfliktów czy kryzysów firmowych przy pomocy dodatkowych środków na reklamę w mediach jest swoistą tajemnicą poliszynela – o której ani media, ani firmy nie mają ochoty rozmawiać. O zależnościach politycznych nawet nie chcę wspominać.

Jeśli Jeff Bezos zamieni Washington Post w reklamową gazetkę Amazona to ludzie zaczną kupować konkurencję. Albo powstanie inna gazetka. A wiarygodność marki sięgnie bruku. A to się po prostu Jeffowi nie opłaci z oczywistych względów. Oczywiście, Jeff może traktować to jako hobby, ale nikt nie będzie chciał kupować gazetki reklamowej, bo ona zasadniczo jest za darmo.

I tutaj jest pies pogrzebany. Dlaczego ludzie nie chcą kupować treści? Nie tylko w sieci? Czy stanowią one dla nich wartość? Czy dziennikarz pracujący dwa tygodnie nad artykułem dostarczył wartość równą połowie jego miesięcznej pensji? Czy jeśli pracuje nad ważnym społecznie tematem, całkowicie nieatrakcyjnym – redakcja godzi się na takie finansowanie? Dziennikarze nie muszą dawać się sprzedawać oligarchom, wystarczy że zaczną zakładać własne spółdzielnie. Jeśli potrafią monetyzować wartość swojego postrzegania świata, to zarobią na miskę ryżu.

Byłem kiedyś w bookstore w Helsinkach. Sześć pięter uginających się półek książek, gazet i czasopism z całego świata. Sztuka pisarska się nie kończy, ale stała normalnym produktem jak każdy inny. Utraciła elitarność z wynalazkiem Gutenberga. Uległa ponownej zmianie gdy każdy z nas stał się medialnym twórcą. Podlega klasycznym prawom rynku. To nie kwestia ulegania płaskim gustom czy tabloidyzacji, ale również autorskiego pióra, stylu, rzetelnego i dobrze wypromowanego. Chłam i Jakość promuje się tak samo – tylko Jakość czasem w swej megalomanii uważa, że tego nie potrzebuje. Chłam za to lasować się będzie agresywnie, wszędzie i prostacko. Czas wartościowych autorów napompowanych swą wielkością już się skończył – dziś muszą wyjść do czytelnika. Może dziennikarze zaczną solidarnie promować czytelnictwo? Polakom-szarakom by się to przydało.

Internet stał się rajem dla twórców treści. W tym dla dziennikarzy i osób po prostu lubiących pisać. Mamy miliardy stron i wszelakiej maści tekstów. Jakościowo dennych i genialnych. Dyskutujmy o ich poziomie i wiarygodności, a nie kto jest czy nie dziennikarzem internetowym. Łatwość publikacji tekstów w sieci przełamała monopol dziennikarzy na opowiadanie ludziom o świecie, co oczywiście nie spotkało się z ich entuzjazmem. Wspominałem o tym w notce „Czerwone stringi internauty„.

Dlaczego nie ma znanych dziennikarzy internetowych? Bo sławę medialną nakręcają nadal klasyczne media. Po to by stać się znanym, wystarczy fiknąć kilka razy nogami na antenie lub nawiedzać wszystkie możliwe telewizje, gdzie dziennikarze przepytują dziennikarzy, którzy zawzięcie się kłócą na tematy, w których nie są ekspertami. Eksperci zresztą też się kłócą. Generalnie media kłótliwe są, bowiem rzeczowa, mądra i inspirująca dyskusja nie ciągnie tak słupków oglądalności jak krzyki, wojny i żenujące wystąpienia na antenie. Ale to już od rzymskich igrzysk wiadomo.

Nie ukrywam, że mam problem ze zdefiniowaniem pojęcia „dziennikarza” w ostatnich latach. Otóż jeden dziennikarz, pisze o innym dziennikarzu, że był pijany na wizji. Gdy tymczasem ów był zwyczajnie, ciężko chory. [Andrzej Turski, Panorama]. Pojęcie „dziennikarstwa” miało kiedyś swój wymiar i znaczenie. Jakie ma dziś? Nie muszę na szczęście odpowiadać na to pytanie – pozostawiam je zawodowcom.

Coś się kończy, coś zaczyna. Konserwatywne dziennikarstwo nie jest już pasjonujące dla masowego czytelnika. Jaka formuła może je zasąpić? Nie mam pojęcia, ale jestem przekonany że w końcu autorom uda się znaleźć atrakcyjną, mądrą i inspirującą za którą ów chce zapłacić.

Advertisements

3 uwagi do wpisu “Orlipiórstwo

  1. Warto było by się zastanowić nad definicją dzienikarza. Czy Bloger jest również swego rodzaju dzienikarzem?
    Dalej, czemu dziwić się dziennikarzom, że piszą kontrowersje skoro populizm ludzki tak o to zabiega?
    Media papierowe powoli upadają, więc czemu dziwimy się Bezosowi?

  2. Tekst całkiem słuszny, ale mam jedno małe veto:

    NIGDY nie trzeba było skończyć ŻADNYCH studiów, żeby być dziennikarzem. Powód jest prosty – najpierw narodziło się dziennikarstwo, a dopiero potem potrzeba kształcenia dziennikarzy. Również dziś większość dziennikarzy to osoby, które skończyły inne studia niż dziennikarstwo.

    Jeśli chodzi o kupowanie treści – widzę iskierkę nadziei. Ludzie inteligentni odwracają się od tabloidowego chłamu, a osoby, które mają do zaoferowania coś interesującego i innowacyjnego, chcą się wydawać na papierze. Przykład: Magazyn Lag – http://lagmag.pl/

  3. Chris

    By pisać i publikować, trzeba, prócz oczywistych zdolności językowych, mieć także coś interesującego do powiedzenia.

    Zapomina o tym zdecydowana większość tych co zowią się blogerami i tych, co obwołują się dziennikarzami.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s