Kosy na sztorc

Polak-Szarak to podobno spokojna natura. Przynajmniej do czasu, dopóki ktoś go nie zdenerwuje. O psychologii dla wściekniętych nie wspominając.  W sytuacjach pełnych zagrożeń Naród chwytał za pierwsze z brzegu narzędzie rolnicze (przynajmniej przed rozrostem klasy wielkomieszczan) i przerabiał je na narzędzie bojowe. Do dziś trwają wprawdzie spory czy pierwsze było nunchaku czy cep. Wydaje się jednak, że pierwszym był sierp, a po nim kosa. 

Do rzeczy.  Grzeczny Naród kosą zbierał plon ku swemu, pańskiemu i kościelnemu pożytkowi. Naród poddenerwowany,  stawiał je na sztorc i z werwą godną prawdziwych Słowian rzucał się ku temu i owemu. Najsłynniejszy rzut na taśmę, jak niektórzy pamiętają, miał miejsce podczas Insurekcji Kościuszkowskiej w 1794r. oraz w 1863r. Jednostki Kosynierów, przebrane w mundury w stylu krakowskim  czyli czerwonych rogatywkach i białych sukmanach, siały spustoszenie wśród piechoty i konnicy. Podobno ostatni atak kosynierów miał miejsce w Gdyni w 1939r. gdzie pod dowództwem Stanisława Wężyka walczyli na Oksywiu. Jakkolwiek by nie przypominać historii, kosa na sztorc była zawsze symbolem narodowej obrony przed obcymi i wrażymi siłami.

Wejście na rynek nowej, zagranicznej marki jest zawsze silnym zagrożeniem dla tych lokalnych.  Truizm, ale warto przypominać. W przypadku marek internetowych jest to o tyle kluczowe, że nie znają one żadnych granic i nie muszą budować fabryk za miliony euro w celu hedonistycznej egzystencji.  E-brandy, mogą rozwijać się i zarabiać w zasadzie gdziekolwiek są – to ich specyficzna i kluczowa cecha, ponieważ nie potrzebują zbyt wiele fizycznej infrastruktury typu kopalnia, cementownia czy producent pieluch. Dzięki temu mają możliwość błyskawicznego i niczym nieskrępowanego, globalnego rozwoju. Oczywiście, dla marek e-commerce ograniczeniem jest posiadanie fizycznych magazynów, ale wyszukiwarki internetowe, księgarnie e-bookowe, porównywarki cenowe, serwisy aukcyjne, turystyczne czy hotelarskie poza solidnym oprogramowaniem, serwerami, hostingiem i zespołem  nie potrzebują do szczęścia niczego więcej.

Dziś dotarła do wszystkich radosna wieść o wejściu do Polski marki Yelp. Nie, nie. To nie literówka w nazwie proszku do prania. Ambitniejszym dodam, że czyta się tak samo. Yelp jest wyszukiwarką usług lokalnych, stwarzającym realne zagrożenie dla mnóstwa mnożących się jak grzyby po deszczu – aplikacji wykorzystujących zaangażowanie lokalnych społeczności. Gra bowiem nie toczy się o serwisy typu Gastronauci, ale o przechwycenie zaangażowania użytkownika. Jego chęci do współtworzenia tego rodzaju serwisów, pozostawiania swoich opinii, wrażeń o ocen.  Z tym jest różnie, ponieważ Polak-Szarak dopiero się tego uczy i musi na dodatek przebijać przez sterty wszędobylskiego hejterstwa. Nie sztuką jest bowiem napsioczyć anonimowo w serwisie gastronomicznym na jedzenie, obsługę i pajęczynę w rogu baru. Sztuką jest bez wynagrodzenia i z samej chęci podzielenia się z innymi swoimi wrażeniami, napisać coś sensownego. Zgodnie z prosta zasadą – piszę, bo chętnie przeczytam opinie innych, w nieznanym mi miejscu. Taka, mini postawa e-obywatelska. Jakkolwiek to zabrzmi. Tworzę wartość własnego wpisu, bo inny reprezentant internetowej społeczności uczyni to samo. Równowaga Nasha.

Yelp zatrudnia 1,3 tys. osób i łączy w sobie cechy książki telefonicznej, serwisu z rekomendacjami i geolokalizacją. Można się checkinować, przyznawać gwiazdki i pisać recenzje. Yelp w marcu zaistniał na giełdzie, kusząc inwestorów planami ekspansji globalnej. Poza USA, funkcjonuje już na 18 rynkach. Wprawdzie firma jeszcze nie zarabia, ale ma wysoką dynamikę przychodów i mocno inwestuje.

Podobne Yelpowi marki określam jako brandy antropofitowe czyli obce brandy, uderzające na nowe rynki, bez posiadania dodatniego wyniku finansowego w kraju macierzystym, o wysokiej dynamice wzrostu, która wynika z dużych inwestycji w rozwój rynków zewnętrznych. Wyjaśniając pojęcie „antropofitu” – to  roślina adaptująca się poza naturalnym siedliskiem, często wypierająca lokalne gatunki.  Yelp stwarza zagrożenie z dwóch powodów. Po pierwsze, jest marką amerykańską, a w Polsce wszystko co „hamerykańskie” ma 500 punktów do lansu. Nie każdy jest Allegro, który wykurza E-baya. I po drugie – brand antropotowy może długo inwestować w rozwój rynku. Oczywiście do czasu wykończenia lokalnej konkurencji.

Na razie wydaje się, że strategia Yelpa zakłada „obwąchiwanie” rynku, może trochę „rozpoznania ogniem”. Ale dla młodych, nieopierzonych e-brandów, skoncentrowanych na angażowaniu lokalnej społeczności w celu oceny sieci usług oraz wykorzystania geolokalizacji, może być to realne zagrożenie. Dlatego warto przede wszystkim przyjrzeć się zagranicznej strategii tej marki, oszacować siłę własnych szabel oraz zorientować się jakie są możliwości konsolidacji działań czy budowania aliansów. Może oczywiście się okazać, że to bajka o żelaznym wilku, ale warto pamiętać – zagrożenie może być fałszywe. Strach jest zawsze prawdziwy. Kosy na sztorc, panie i panowie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s