Majonez Babci Reginy

Pchał przed sobą ciężki, wypełniony słojami wózek. Spocony dotarł do bramy domu i zakołatał. – Pani Smith ! Pani Smith ! Mam coś nowego dla Pani! – słowa zachrzęściły twardym, niemieckim akcentem. – To znowu Ty, Henry ? Masz tym razem coś specjalnego? – Oczywiście ! Proszę spróbować tego sosu pomidorowego. To moja specjalna, autorska receptura ! – O, świetnie ! Ile kosztuje. – Dziś to prezent dla Pani. Niech Pani zaprosi jeszcze te dwie przemiłe sąsiadki, jeśli będzie Wam smakował to będę szczęśliwy. Pojawię się za kilka dni! Henry pomachał na pożegnanie i  ruszył wózkiem dalej. Tak zaczynał Heinz – twórca chyba najbardziej znanego ketchupu na świecie.

 

Bardzo lubię filmy opowiadające historie biznesowe. Ich schemat bywa nierzadko podobny. Duża firma, produkuje coś wiele lat, nagle ktoś chce ich kupić, bo znalazła się w kłopotach. Kupujący to oczywiście czarny charakter, zły biznesmen albo krwiożerczy fundusz inwestycyjny. Oczywiście pojawia się indywidualista, który charyzmatycznie przekonuje do dokonania zmian, wymyśla kultowy produkt, zdobywa rynek i odnosi sukces. Na koniec dobro zostaje nagrodzone, a zło ukarane. Piękne i słodkie.

Kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych, polski rynek uległ maksymalnemu otwarciu, takich firm było tysiące. Nagle ich pracownicy zostali uświadomieni, że ich ciężka praca nie przekładała się na produkty czy usługi, które pożąda rynek. Równie nagle, pojawiła się konkurencja, której albo wcześniej nie było, albo nie miała szczególnego znaczenia. Takie historie portretował między innymi Filip Bajon w „Lepiej być piękną i bogatą” z Adrianną Biedrzyńską w roli głównej.  A śmierć socjalistycznych marek i ogórków spreewaldzkich –  obejrzysz w komedii „Good Bye Lenin”.  Przez pierwsze dziesięć – piętnaście lat, na rodzimy rynek, bez szczególnego oporu, walki, nieomalże jak w masło, weszły międzynarodowe marki koncernów z całej Europy. Kolorowymi opakowaniami, masową reklamą i powabem „zachodu” opanowywały górną, średnią i dolną półkę. Napis „Poland”, pojawił się w poważnych planach rozwoju rynku chyba wszystkich, największych, światowych koncernów. Byliśmy jak nadzy Indianie. Nie mieliśmy doświadczonych marketerów, którzy byliby ówcześnie w stanie bronić jakichkolwiek segmentów rynku i zmieniać firmy w obliczu konkurencji.

Dziś okazuje się, że gospodarcza Polska, stoi głównie handlem i usługami. Czy mamy w Polsce podobne historie do (obejrzanego dziś jednym okiem) filmu „New in Town ”. Ktoś ratuje przed upadłością dużą fabrykę, dzięki wymyślonej przez siebie recepturze puddingu z tapioki, który oczywiście z gracją i przytupem, zdobywa rynek. Z przyjemnością obejrzałbym podobną historię o majonezie kieleckim. Ale nie jestem pewien (po śledzeniu facebookowego profilu tegoż) czy ktoś tam potrafi opowiadać ciekawe historie marek …

Na świecie najsłynniejsze marki produktów spożywczych, najczęściej ewoluowały z autorskich receptur lub produktów regionalnych. Wspomniany, sprytny H.J. Heinz, najpierw sprzedawał swój sos pomidorowy w słojach znanych ówcześnie marek. Dopiero, kiedy przekonał się, że klientka sos polubiła, mówił, że jest to jego autorski pomysł. Wiele pracy i wysiłku kosztowało go eksperymentowanie z pomidorami i przyprawami. A my? Ile mamy produktów regionalnych, które po 22 latach podbiły Europę? Wszyscy wiedzą co to jest oscypek, ale czy znacie nazwisko-firmę gazdy, który robi najlepsze oscypki w Polsce? Wśród tysięcy regionalnych produktów, milionów prastarych recept  recept babć, na których zastygła fantastyczna słowiańska, polska i wielokulturowa tradycja naszego kraju – ile z nich stało się polskimi markami? Narodowymi klejnotami rodowymi? Być może ważniejszymi niż gaz łupkowy, węgiel kamienny czy Stadion Narodowy? Gdzie są te marki? Bo wypuszczanych co rok, wyposzczonych speców od marketingu mamy na pęczki…

Polak-Szarak może dziś robić wino i je sprzedawać. Tylko, że my nie jesteśmy krajem winiarzy. Za to, żeby robić i sprzedawać nalewki, trzeba być alkoholowym potentatem. A Polak nalewkę zrobi ze wszystkiego. No, prawie. Pomijam, że gdyby Heinz spróbował wyprodukować w Polsce choćby słoik ketchupu, mógłby niewątpliwie  zainteresować się nim Sanepid i cała historia przypominałaby  perypetie Elżbiety Wierzchowskiej i Andrzeja Kiełbasińskiego („Kawowy Kołobrzeg”).

Kiedyś Polak-Szarak kupował na pniu to co było na półkach. Dziś patrzy też coraz częściej na jakość, ale na górnych półkach w delikatesach nie widać zbyt wielu rodzimych marek. Heinz opracował swoją recepturę, którą zachwycił klientów. Nie kopiował nikogo. Nie wrzucił do słoika kilku marnych pomidorów, a po zmiksowaniu nie doprawił ich solą (wypadową). Następnie nie założył krawata i z uśmiechem na ustach nie wciskał gawiedzi tej papki, przekonując, że jest to towar najwyższej jakości i koniecznie renomowany. Kowalski niestety (bywa, że z przystawionym do skroni pistoletem kupca sieci handlowej) ma dylemat. Zalać tonę śledzia olejem, wrzucić parę listków i sprzedaż „po taniości”, czy tworzyć wymyślne receptury „kaszubskiego śledzia, wejherowskiego”  oraz dodawać różniste ingrediencje, które podwyższą cenę o 20%. Być private label czy mieć własną markę? Oto jest pytanie.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s