Lis w Kominku

Niektórzy złośliwcy mawiają o koncernie Siemens, że jest  „skarbonką z przyłączonym działem elektrycznym”. To określenie wzięło się z potężnych dotacji państwowych, jakie koncern otrzymywał przez wiele lat.  Definiował  również pewną problematyczność z elastycznością rynkową i innowacyjnością. Model biznesu, wykorzystujący metodę na wyciąganie najsmakowitszych kasztanów z kominka, został również opanowany przez firmy „błękitnych strategii”. Ich idea polega na budowaniu kanwy wartości w oparciu o najbardziej korzystne czy najciekawsze elementy różnych modeli. Cirque du Soleil na przykład, łączy najwartościowsze elementy pantomimy, opery, klaunów, akrobatyki, teatru i (jak pisałem tutaj) nie jest cyrkiem. W obszarze internetowym, trudno mówić o szczególnie bezpiecznych modelach, ponieważ te najciekawsze są natychmiast skrzętnie kopiowane.

Jeszcze nie tak dawno, serwisy internetowe wydawały się jasno podzielone. Poprzez „portal” rozumieliśmy serwis ogólny, newsowy (horyzontalny) w Polsce głównie Onet i Wirtualna Polska. „Vortal” był serwisem specjalistycznym, wertykalnym, dotyczącym jakiejś konkretnej tematyki. W kategorii mediów newsowych, zaczęły się „wślizgiwać” serwisy bazujące głównie na istniejących dziennikach, tygodnikach, stacjach radiowych i telewizji informacyjnej. Trudno się temu dziwić, informacja wyprodukowana raz, nabierała dodatkowych kształtów i zaczynała być sprzedawana w różnorodnych kanałach dystrybucji. Zaczęła się mordercza walka, kto pierwszy, kto dosadniej, kto szerzej. Portale nabrały cech prawdziwych mediów szybkich, w których zaczęto patrzeć na nie przez pryzmat wskaźników oglądalności, klikalności, a dziś – coraz częściej, ilości udostępnień w mediach społecznościowych. Naturalnym elementem procesu digitalizacji mediów, było również powstanie cyfrowych tabloidów oraz budowanie przez nie treści lekkich, sensacyjnych i nie zawsze prawdziwych. Niektórzy powiedzą, że nawet w większości. Swoim własnym traktem podążała też blogosfera, budująca swoje „farmy” i serwisy w oparciu o udostępniane bezpłatnie (lub za drobne) platformy blogowe, gdzie można było „parkować” domeny z własnym nazwiskiem. Oraz pisać bez żadnego skrępowania. Część tej sfery ostatnimi czasy zaczęły zawłaszczać tygodniki czy miesięczniki. Posiadanie na swojej „blogowej farmie” znanych nazwisk, zawsze tym serwisom dodawało splendoru i zainteresowania.

Wczoraj wystartował Natemat.pl, zapowiadany jako wyjątkowe przedsięwzięcie medialne. Czasami odnosiło się wrażenie, że oto ujawnia się nowy Dean Kamen. Czy Tomasz Lis potrafi tworzyć  media? Tak. Czy jego ludzie potrafią tworzyć media?  Wydaje się, że tak. Czy Natemat.pl tworzy nową jakość przekazu? Nie. Wydaje się jednak, że sam model łączy w sobie wszystkie elementy układanki, o których napisałem przed chwilą.

Natemat.pl nie jest serwisem blogowym, ale z zaproszonych do współpracy blogerów, czyni swój oręż przewodni. To ich twarze, nazwiska, kontrowersyjne poglądy czy skrajne opinie, mają być miodem przyciągającym fanów serwisu. A może odwrotnie? Ale o tym na końcu.

Na konferencji prasowej, zapowiedziano nowe podejście do reklamy w serwisie internetowym. Przede wszystkim po raz pierwszy tak otwarcie i oficjalnie przyznano, że istniejące modele reklamy typu „display” czy CPC nie są wystarczająco efektywne. W sumie prochu nikt tu nie odkrył. Skuteczność reklamy, której KONTEKST nie jest związany z czytaną, oglądaną lub słuchaną treścią jest o wiele niższa, niż tej kontekstowej. Mam sfilmowane badania udowadniające tę tezę, stąd wiem co piszę:)  Ostatecznie na kontekscie reklamy czy poleceniach wyrosły takie tuzy jak Google czy Amazon.

Wcale bym się nie obraził, gdyby przy nieśmiertelnym artykule o parówkach Orlenu, który został za chwilę odpowiednio oceniony przez internautów, pojawiły się reklamy najbliższej mojej lokalizacji stacje benzynowe Orlenu. Ze specjalna ofertą na hot dogi. Quizzem, organizowanym przez personel stacji ze znajomości artykułu o parówkach. Punktami za check-in na Foursquare lub  obietnicą flaszki dla pierwszego, który wpadnie zdyszany na stację i wypowie ostatkiem sił tajne hasło. Może nawet rzucić monetą. Paweł Tkaczyk będzie szczęśliwy. To na tym polega „reklama angażująca”. A nie na tym, że się opowiada, że jest angażująca. I nie krzyczmy głośno o tym, że content reklamowy będzie jednoznacznie wyróżniany od treści redakcyjnych. Poziom treści przychylnych reklamodawcom we wszystkich mediach  jest w Polsce na tyle wysoki, że takie zarzekanie się już może budzić pewne podejrzenia.

Jeśli zapowiadamy rewolucję w świecie reklamy internetowej, to przekonajmy marketerów do tego, że taka rewolucja ma jakieś solidne podstawy eksperymentowania.  Trzeba zdecydowanie wyróżnić się od innych, a nie tylko troszkę. Któż broni projektować reklamy unikatowe, wyłącznie „dla Lisa”? Wraz ze stojącymi za nimi indywidualnymi projektami marketingowymi, wyłącznie związanymi z tym portalem.

Kiedy przeglądam Natemat.pl nie potrafię oprzeć się wrażeniu patchworka, łączącego serwis TVN24.pl i Pudelka. Duże zdjęcia, duże tytuły, przystosowane do szybkiego przeglądania – wydaje się, że gdzieś tu kiełkowała idea Flipboarda. Może to dobrze, dla mnie nadal trwa jedno wielkie poszukiwanie przez projektantów najwygodniejszych form czytania na różnych nośnikach.

Wróćmy do treści. Czy Tomaszowi Lisowi uda się to, co nie udaje się Grzegorzowi Hajdarowiczowi? Stworzenie ciekawych, ambitnych treści w wymiarze mainstreamu, umożliwiających jednocześnie zarabianie na nich pieniędzy?  To ciężkie wyzwanie. To jakby trzystu spartańskich inteligentów broniło  termopilskiego wąwozu przed nawałą perskiej armii tabloidów. Strategia monetyzacji „Pudelka”, sprawdza się lepiej niż strategia monetyzacji „Przekroju”. Możemy ubolewać, że tabloidyzacja się sprzedaje, ale wiele nowych portali nie ma po prostu wyjścia. Chcąc osiągnąć „na wejściu” dobrą oglądalność, miłą oku reklamodawców, muszą korzystać ze starych, sprawdzonych przez rynek sposobów. Zbyt daleko idące eksperymenty mogą kosztować zbyt wiele. Czy jeśli Natemat.pl stanie się portalem,  który w 30% tekstów składać się będzie z tabloidalnych treści, a w 70% z ambitnych (lub odwrotnie) to będzie to jakiś postęp? Czy jeśli za 2 lata tych treści będzie w proporcjach 50/50, uznamy to za sukces? Pozostawiam te pytania otwarte. Przekonamy się za jakiś czas. Jeśli sposobem na „zaprzyjaźnienie” narodu z coraz lepszym dziennikarstwem, będzie wejście przez furtkę z napisem „tabloidyzacja” to będzie to niewątpliwie ciekawy eksperyment medialny. Jeśli strategiami charakterystycznymi dla tabloidów uda się przekazywać ciekawe i wartościowe treści oraz utrzymywać serwis i osiągać zyski, to Tomaszowi Lisowi należy się solidna, porządna, sucha i wymoszczona norka z jakąś statuetką.

I na zakończenie, powtarzając pytanie. Czy blogerzy są miodem, czy serwis? Czy Natemat.pl jest sklepikiem newsowym z przyłączoną sekcją blogową? Czy może sklepikiem blogowym, z przyłączoną sekcją newsową? Trudne pytanie. Co jest lepsze dla blogera? Posiadanie własnego, niezależnego bloga, czy wylądowanie na „farmie” wśród setki innych, z których połowa to znane nazwiska, gwiazdy, sportowcy i inni, od których blask medialny bije na samą myśl? Czy właśnie obecność na „farmie blogerów”, zapewniającej stałą promocję, świadomość przynależności do interesującego choć różnorodnego towarzystwa oraz „bywanie u Lisa” (nie wierzę, że Tomasz Lis nie będzie osobiście promował współpracujących z nim blogerów) zapewni sukces?  Wśród nazwisk, nie znajdziemy osób uznawanych (lub autouznających się) za czołowych twórców blogosfery w Polsce. Przeoczenie? Świadomy zabieg? Wśród 140 blogów nie znajdziemy ani Natalii Hatalskiej, ani Kominka, ani Maćka Budzicha, ani Artura Kurasińskiego i wielu innych. Wśród wybranych blogerów znajdziemy osoby bardzo wartościowe i ciekawe, ale również dziwne czy niezrozumiałe. Widać osoby, które mają dodać splendoru serwisowi. Ale i wielu, którym serwis ma dodać splendoru. Być może i tak ma być,  być może wielu nie chce funkcjonować w „blogerskiej farmie”. Internet jak żadne medium na świecie, nie stworzył takiej konkurencji nadawców informacji. Trudno powiedzieć, czy lepiej mieć 100 blogerów z różnymi opiniami, czy 10, ale naprawdę mądrych i opiniotwórczych.  Osobiście przyzwyczaiłem się do czytania kilku-kilkunastu, którzy mają coś do powiedzenia w swojej,  interesującej mnie dziedzinie. Czytanie blogerów tak zwanych „wszechstronnych” i mędrkujących na każdy temat, przekracza moje chęci i możliwości czasowe. Zresztą, konkurują oni ze stadem dziennikarzy, którzy wiedzą wszystko o wszystkich lepiej.

Kogo będę czytać? Na pewno tych, dzięki którym moje życie się wzbogaci. Tomasza Lisa, bo lubię go czytać. Dorotę Zawadzką, prof. Bliklego, prof. Orłowskiego, ks. Sowę czy Lecha Wałęsę. Lubię, ale jeszcze nie wiem czy lubię czytać Irenę Eris, Romana Gutko czy Mariana Owerko (pod warunkiem, że będzie pisał o przywództwie i zarządzaniu firmą, a nie reklamował orzeszki). Na pewno nie zubożeję, jeśli odpuszczę sobie czytanie Kuby Wojewódzkiego (jak powie coś mądrego, to będzie na Facebooku, w każdej lodówce i na każdym billboardzie na skrzyżowaniu), paru polityków (cóż ciekawego może dziś napisać polityk na blogu?) i pewnie blogi, za którymi stoją tylko logo, a nie ludzie.

Tabloid był zawsze lekkim i łatwym modelem biznesowym, opierającym swą strategię o proste schematy. Z ambitnymi przekazami jest gorzej i trudniej. Na dodatek bez gwarancji powodzenia. W kraju notującym 80% wskaźnik wtórnego analfabetyzmu, wydaje się to wręcz heroicznym wyzwaniem. Dziś nie wystarczy zarzekać się, że chce się sprzedawać ambitne treści. Trzeba jeszcze umieć je sprzedać. Trzeba mieć również sponsorów i reklamodawców, rozumiejących, że to trochę inny model. Jeden idzie na „Zemstę nietoperza” bo to „jedna z najwybitniejszych operetek”, a inny dla oglądania przez wojskową lornetkę, nóg tancerek tańczących can-cana.

Model Natemat.pl jest ciekawy. Choć nie uniknął „na wejściu” naprawdę szkolnych wtop (moją ulubioną jest natemat.com.pl i „to nie ten Lis” ). Czy jutro Pudelek zaprosi do współpracy 150 blogerów? A TVN24.pl zamieni zasoby Kontaktu24 i wybranych reporterów, w solidne zaplecze opiniotwórcze? Trudno powiedzieć. Ale jedno warto – drżyjcie Kominki!

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Lis w Kominku

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s