Tanatologia marek – mała polemika

Marku, mała polemika do Twojego ciekawego wpisu o tanatologii marek:

http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/10/jak-umieraja-brandy-czyli-propozycja.html

Każde wymyślanie od nowa, to ryzyko. A to jest niechętnie podejmowane ( pod warunkiem, że nie dotyczy do właściciela/li firmy). Przyjąć pewnie należałoby, że pycha jest pochodną pychy ich właścicieli, a nie organizacji in spe.

Umacnianiem wiary w marketing korporacyjny, zajmują się najczęściej menedżerowie. Których najczęściej  zawodowym celem, jest motywować, inspirować,  rozwijać i wspierać swoich pracowników. Te dewizy,  które można znaleźć w każdym podręczniku współczesnego HR, są już tak wyświechtane, że chyba nikt po minimum tygodniowej pracy w korporacji im nie dowierza. Problem leży nie w zapisach, kodeksach etycznych czy modnym ostatnio CSR, ale erozji wartości relacji międzyludzkich i szacunku do wzajemnej obyczajowości i norm kulturowych. Pojęcie „szacunku”, jako określonej wartości, zaczyna mieć coraz istotniejsze znaczenie w relacjach pracownik-pracownik, klient-pracownik czy firma-firma lub firma-dostawca. Bez niego bowiem, jakakolwiek rzeczywista interakcja, oparta na wzajemnie korzystnej wymianie, chyba nigdy nie będzie możliwa.

Od wielu lat staram się tłumaczyć, że marketing to określona władza. Marketer – poprzez kompilację swojej wiedzy, umiejętności oraz możliwych do wykorzystania narzędzi i środków, potrafi kierować procesami społecznymi. Więcej – dziś żaden wielki proces jakichkolwiek zmian, nie jest możliwy bez skutecznego wykorzystania zasad marketingu.

Problemem jest to, że dotyczy to procesów pozytywnych jak i negatywnych. Nóż może posłużyć zarówno do pokrojenia chleba, jak i morderstwa innego i człowieka… (Pozdrawiam GK 🙂

Wydaje się, że właśnie tutaj ukryte są źródła pychy.  Podsycane korporacyjną „papką”, składającą się z  amwayowskich, socjotechnicznych sztuczek, polegających na „klaskaniu i trzymaniu się za ręce”.

Wyrażającej się w firmowych imprezach, które trzeba organizować, ale nikt nie chce na nie chodzić … Czy świętym przekonaniu o własnej sile rynkowej i odporności. Jakże często weryfikowanej przez konkurencję.

Zapytałem kiedyś swoich studentów – ilu z was gra na giełdzie ? Podniosło ręce bodajże 70% sali. A dla ilu z was ma znaczenie, że firma odnosi sukcesy dzięki wykorzystywaniu ludzi, wyścigowi szczurów, nieetycznym postępowaniu z dostawcami czy nieuczciwym praktykom rynkowym ? Nie miało to dla nich znaczenia. Tylko cyfry. Cóż, dla wielu zrozumienie balansowania pomiędzy „byciem świnią, a byciem durniem” bywa zbyt trudne.

Kiedyś „pyszny” przedstawiciel jednej ze znanych sieci komórkowych, ogłosił efekty swojej rewelacyjnej kampanii. Otóż do 10 tysięcy abonentów, wykonano telefony i nagrano na poczcie głosowej informację, o pilnym zgłoszeniu się do Urzędu Skarbowego w celu weryfikacji poważnego błędu w złożonym PIT. Ani Pan Marketer”, ani nikt z agencji nie widział żadnego problemu w jakiejkolwiek etyczności tego rodzaju akcji … Wtedy napisałem chyba po raz pierwszy, że durnowatość korporacyjnych marketerów, z najwyższych pięter –  sięgnęła bruku.

Pycha w relacjach z klientem pojawia się zawsze, kiedy staje się on „odhumanizowany”. Pojawia się cyferka w statystykach, zamiast żywego człowieka. Kiedyś słyszałem o Wojciechu Kruku, który zawsze tradycyjnie choć raz w roku staje za ladą. Dygresja : ciekaw jestem, czy kiedykolwiek szef któregoś z telkomów rozmawiał ze zwykłym Kowalskim :))).

Być może właśnie w tej rzemieślniczej solidności, przywiązaniu do dobrych, handlowych praktyk i kupieckich tradycji – tkwią podstawy czegoś, co można definiować jako „etykę marketingu”.

Niemniej, poruszamy się cały czas w świecie chrześcijańskiego świata wartości. Świata, który nie do  końca przyjazny jest przedsiębiorczości. Świata, który zawsze traktował bogactwo, jako wynik bliżej nieokreślonych machinacji, a nie ciężkiej pracy, nauki czy wyrzeczeń. W przeciwieństwie chociażby do systemu wartości protestanckich. Niemniej, w encyklikach Jana Pawła II, są zawarte istotne elementy szacunku dla pracy ludzkiej, w tym indywidualnej i pozwalającej się rozwijać przedsiębiorczości. Wszak dopiero niedawno dopiero do niektórych dotarło, że kapitalizm może być budującym elementem pomnażania dobrobytu i nie za cenę wyzysku. Wyzysk po prostu nigdy strategicznie nie mógł być opłacalny – ani dla pracownika, ani dla właściciela firmy.

„Tanatologia marek” – rzeczywiście brzmi ciekawie, jako określone zagadnienie. Pewnie należałoby spróbować teraz wziąć na warsztat kilka brandów i spróbować je zdefiniować w kontekście „dolegliwości” zdefiniowanych przez Margula. Wzrost, rozwój i schyłek wielu marek oraz ich wpływ na nasze życie, jest często całkiem spory. Choć nie wiem, czy porównywanie z ruchami religijnymi jest do końca sensowne (emocje związane z posiadaniem marek, a przynależnością do jakiejś religii bywają zgoła inne :)). Choć… czyż jednym z pierwszych przypadków manicheizmu, nie jest Sinead O`Connor ? :))

Niemniej, zawsze porównywanie religii i rozwoju marek pozostaje ryzykowne. To łatwy „łup” np. dla niezbyt wykształconych dziennikarzy różnych tabloidalnych mediów. Wątek religijności i sekciarstwa, zawsze się dobrze sprzedawał, stąd uważajmy, żeby „tanatologię marek” nie zamieniono w religijną socjotechnikę, której podstawowym celem jest wyłącznie kolejne wywołanie zamieszania.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s