Czas na E-bajer ?

dowcip o encyklopedii
Gdzieś był taki cytat „każdy żyje ze sprzedawania czegoś”. Pewien przedsiębiorca sprzedawał encyklopedie, ale kiepsko mu szło.
Zgłosił się do niego chętny do pracy. Kandydat miał niestety pewien problem – przeraźliwie się jąkał. Boss postawił warunek – jeśli
sprzeda 10 sztuk w przeciągu tygodnia, przyjmie go do pracy. Kandydat zgodził się, zabrał 10 encyklopedii i już późnym popołudniem
wrócił z gotówką. Sprzedał wszystkie. Sytuacja powtórzyła się kolejnego dnia i następnego… Przedsiębiorca, po kolejnej,
nieprzespanej z ciekawości nocy, postanowił wyśledzić tę cudowną metodę sprzedaży swojego nowego pracownika. A ten, w chwili
gdy ktoś otwierał drzwi, wyciągał przed siebie encyklopedię i mówił ”  Kkuupppisz pppaaaan ksiaaażkeee, czczczyyy mmmmaammm
czczczyyytać ddddaaalej…”
Przypomniała mi się ta historyjka, kiedy przeczytałem wpis Maćka Budzicha, o jego wrażeniach z konferencji Piotra Majewskiego
Z zainteresowałem przeczytałem jego opinię, jak też szereg wcześniejszych komentarzy do metodologii Wcześniej czytałem książkę,
również przejrzałem możliwości Implobota. Kiedyś również mialem możliwość wypicia kawy wspólnie z Piotrem w Sopocie. Nie
ukrywam, że byłem ciekaw tej konferencji i żałuję, że nie mogłem na niej być.  Przykład zjawiska i biznesu Piotra, jest moim zdaniem
świetnym przyczynkiem, żeby rozmawiać o metodologii e-biznesu. Wydaje się, że ta sfera rynku z fazy szczenięcej ( i robienia
wszystkiego przez wszystkich) zaczyna się profesjonalizować. A profesjonalizacja, oznacza ewolucję osób, które z uczniów stają się
mistrzami. Lub kandydatami na guru. Działalność Piotra oraz to co robi, jest na swój sposób – mistrzowską autokreacją i sprzedażą
swojej koncepcji e-biznesu. Nie wiem czy jest już „guru” w środowiskach internautów – na pewno jakimś kandydatem :)) Jego książka,
jest jedną z nielicznych pozycji, napisanych przez w pełni rdzennych, polskich autorów. To jest moim zdaniem ważne, z punktu widzenia
specyfiki naszego lokalnego rynku.
„E-marketing” z kolei, jako pewien obszar wiedzy, jest generalnie nadal „dzikim zachodem”. Nie wiem jak na świecie, ale w Polsce na
pewno. Kolarzy się najczęściej z mniej lub bardziej rozbudowaną formą spamu. Lub przesyłaniem sobie zabawnych virali. Albo
irytującymi pop-upami, których nie można zamknąć. Poprawcie mnie, jeśli się mylę. Innymi słowy, ostatnim skojarzeniem, jaki ma e-
marketing, to budowanie dialogu z klientem.
Narzędzia e-marketingowe, są z punktu widzenia inwestycji – śmiesznie tanie. Internet pełen jest najróżniejszego oprogramowania,
dzięki któremu możemy „nadawać” informacje lub zarządzać bazami danych. Koszty transferowe są śmieszne ect. – ci wszyscy, którzy
się tym zajmują wiedzą to doskonale. Konkluzja: bariery wejścia w rynek e-marketingu, są śmiesznie niskie. Nieomalże każdy może to
robić (jeśli jest informatykiem – sam sobie zrobi aplikację, jeśli nie – wykorzysta dostępne na rynku). Cała reszta – to graficzna fasada,
oferta portfela usług. Nawet nie baz danych – bo bazę danych ma dostarczyć klient. (Moim zdaniem prawdziwe pieniądze w e-
marketingu, to zweryfikowani klienci CZYTAJACY mailingi i KORZYSTAJACY z zawartych tam ofert produktów czy usług.) Czy
pojawiające się ostatnio usługi typu „płacimy Ci za oglądanie reklam” odniosą sukces ? Trudno powiedzieć.
Z punktu widzenia kosztów, czy wysyłam ofertę w stu mailach czy milionie – nie ma to znaczenia. W przeciwieństwie do wysyłanej
oferty np. pocztą. I właśnie dzięki temu, mamy przemysł antyspamowy, rozwiązania legislacyjne. Dzięki temu, ziściła się wizja
Stanisława Lema z „Cyberiady” i Zbójca Gębona, pragnącego poznać KAŻDĄ informację pojawiającą się we Wszechświecie. Moim
zdaniem Lem widząc dzisiejszy e-marketing, radośnie chichoce gdzieś z góry :))))
Jednak nadal problemem jest to, że np. samo pojęcie „spamu” jest bzdurnie i opacznie nadal pojmowane. Napisałem kiedyś ( i trzymam
się tej opinii :)), że ze spamem jest tak, jak z molestowaniem seksualnym w pracy. Jeśli molestowanej osobie sytuacja nie odpowiada –
to głośno o tym krzyczy lub unika określonych sytuacji. I jest to zjawisko naganne. Ale jeśli jest inaczej, to mamy do czynienia z
klasycznym podrywem czy adoracją. A to już zupełnie inna kwestia.  Każdy z nas, kiedy otrzyma pocztą elektroniczną
NIEZAMÓWIONĄ ofertę, która go bardzo zainteresuje – nie wykrzykuje kwestii o spamach, nie licytuje określonych ustępów prawnych
ani nie wydzwania do prokuratury. Cieszy się przede wszystkim z tego, że dostał ciekawą ofertę.
Spam spamowi nierówny. Powinniśmy umieć odróżnić „biznesowe oferty” z Nigerii, „nagłe spadki” ze Szkocji, usługi powiększania czy
pomniejszania penisów i viagry za free od okazyjnych sprzedaży koni wierzchowych, licytacji świątecznych karpii czy zwykłych
prowokacji. Faktem jest, że dziś na 100 maili – 99 to śmieci, a 1 to ważna informacja. Ale może sztuką jest nauczyć się jak wyłapać ten
jeden mail, a nie jak walczyć z pozostałymi 99 ….
Perswazyjne, e-marketingowe metody Piotra Majewskiego – w swej językowej konstrukcji, formułach, metodologii – zbliżone są bardzo
do tzw. „multilevel marketingu”. Ten specyficzny żargon, nieobcy jest również firmom oferującym bezpłatne wróżby, cudowne łańcuszki
czy kamienie rozwiązujące problemy życiowe. W prasie kolorowej jest sporo takich ofert, które już za darmo (lub kilka groszy) zdradzą
nam Wielką Tajemnicę Życia. Nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że w tym przypadku jest to też kwestia Wielkich Tajemnic Biznesu
(znane wyłącznie tym, którzy opowiedzą się po jednej stronie mocy – czytaj: płacą).  W Polsce są całe rzesze ludzi, którzy łatwo kupują
„cudowne metody na biznes” – polecam mój wpis „Maniera menedżerska” i syndrom pstryknięcia.
E-marketingiem często nie zajmują się marketerzy. Zajmują się nim np. informatycy. Niednokrotnie z casusem Gavicka (wpis na blogu
:)) Ludzi, którzy potrafią tworzyć rewelacyjne rozwiązania informatyczne, flashowe, webowe ect. Ale całkowicie nie rozumiejących
procesów zakupowych, budowania więzi z klientem czy mechanizmów sprzedaży. Zachowują się tym samym, jak szef fabryki, który
wyprodukował coś, a później kombinuje jak koń pod górę jak to sprzedać. Ktoś skojarzył to z orientacją produkcyjną ? Brawo :)))
Niektórym zapachniało to „Śledzikiem” ? Brawo po raz drugi :))) Tak – moim zdaniem „Śledzik” jest pierwszym w Polsce, masowo
wprowadzonym produktem webowym, który wywołał tak olbrzymi opór materii internautów. Dowody ? Niech ktoś przeanalizuje ILOŚĆ
pojawiających się komentarzy na NK, pod wątkiem tego produktu.
Dziś moim zdaniem, trzeba mieć chyba charyzmę Steva Jobsa i bardzo mocno umocowany brand, żeby sobie pozwalać na
eksperymenty z nowymi produktami np. webowymi – bez pytania userów o opinie. NK moim zdaniem jest znanym brandem … Ale TP
S.A. też jest znanym brandem … Znajomość brandu, nie determinuje automatycznie zaufania czy szacunku do marki.
Rozwiązania e-marketingowe ( nie tylko lansowane przez Piotra Majewskiego), wydają mi się nieomalże zmuszać klientów do sytuacji
zakupowej. Nazwanie to przez Maćka „marketingiem męczącym” uważam za trafienie w sendo sprawy i ukucie rewelacynego, nowego
pojęcia. Nie raz i nie dwa, w sieci czujemy się „męczeni” namolnymi próbami nawiązania komunikacji, siłowym wręcz przekazaniem
jakiejś informacji. Stworzeniem wrażenia, że jeśli nie skorzystamy z oferty – to wiele stracimy. Jesteśmy „męczeni” sugestiami, że nie
kupując – będziemy frajerami ( bo inni już dawno kupili). Innymi słowy, „męczą” nas mniej lub bardziej mistrzowską socjotechniką, która
jest absolutną podstawą biznesu o nazwie „multilevel marketing”. Liczy się tylko to, czy kupisz czy nie. Cała reszta ( twoje opinie,
oczekiwania itp.) nie ma w zasadzie istotniejszego znaczenia.
Niednokrotnie sprzedawcy usług e-marketingowych mówią: „zrobimy Ci aż milion wysyłek” (do bliżej niekreślonego targetu).
Odpowiadam – „i co z tego, skoro sprzedaż będzie wynikiem li tylko statystycznym”. Można też bazować na emocjach. Ogłoszenie
„sprzedam paskudne koty – 50 USD sztuka”, po godzinie przyciągnęło ponad setkę chętnych. Marketerzy coraz częściej muszą uczyć
się odróżniać RZECZYWISTE zainteresowanie od efektu statystycznego. Zacząć myśleć JAKOŚCIĄ komunikatu, a nie ILOŚCIĄ
przesłanego materiału lub emocjonalnym chwytem czy „kruczkiem” na klienta. A jakość – to prawdziwa korzyść. I tutaj już trzeba mocno
wysilić szare komórki i zaprząc synapsy do pracy. Ale myślenie było zawsze trudniejsze niż korzystanie z utartych schematów.
Marketingowi e-twórcy, nierzadko próbują wykorzystać np. istniejącą metodologię budowy zainteresowania klienta. Modele „wytarte”
przez agencje reklamowe, na których jadą od dziesiątek lat. Modele, w których masa klientów szturmuje sklepy po wielkiej kampanii
reklamowej w prasie, radiu i telewizji. Moim zdaniem to złudna ścieżka. Klienci po masowych kampaniach w sieci, szturmują przede
wszystkim vortale typu Ceneo oraz trzepią serwisy społecznościowe w poszukiwaniu opinii. Kupują dopiero PO zakończeniu tegoż
trzepanka. Kupują ŚWIADOMIE, a nie EMOCJONALNIE. Kryzys jedynie zaostrzył to zjawisko. Racjonalizm zakupowy w internecie, jest
moim zdaniem o wiele silniejszy niż poza nim. Może ktoś by to zbadał ? :))) To tylko moja intuicyjna opinia.
Czy teraz poważna dyskusja o e-marketingu, ma się sprowadzać do wymyślania i analizowania mniej lub bardziej skutecznych
sposobów „łapania frajerów” na socjotechniczne sztuczki ? Proszę mnie źle nie zrozumieć – metody Piotra Majewskiego, są takie a nie
inne. Można je wykorzystać zarówno do sprzedaży kiepskich komputerów czy oszukańczych usług. Ale i akcji „Krewniaków”, wsparcia
fundacji Anny Dymnej czy WOSP. Inna sprawa, czy te ostatnie akcje prowadzone w ten sposób, spotkają się z pozytywnym
oddźwiękiem odbiorców ?
Moim zdaniem, poszukiwanie dziś nowych sztuczek na robienie klienta w bambuko – znalazło również swoją postać w internecie. Tylko,
że z istotą e-marketingu, nie ma to nic wspólnego. Historia musiałaby się cofnąć o jakieś 20-30 lat. To, że dla wielu pojęcie
„marketingu” jest synonimem oszustwa czy manipulacji klientem – świadczy niestety albo o ich niedouczeniu lub totalnej ignorancji
wobec tematu.  To tak jak z dyrygenturą – nie mam bladego pojęcia o jej arkanach, więc się nie wypowiadam. I jasno to komunikuję. W
Polsce na marketingu znają się wszyscy. Podobnie jak na polityce. I pani z mięsnego, i menel w parku, i gosposia, i urzędnik, i
dziennikarz. Wszyscy mają swoje zdanie o marketingu i są niemalże ekspertami :))))
Zawsze do znudzenia przypominam, że prawdziwe, długofalowe korzyści dla firmy, to praca z klientem jako partnerem. A nie frajerem
do jedno- lub kilkurazowego skrojenia. Jeszcze kiedyś takie praktyki dawało się ukryć. Dziś, jak np. jakiś bank uczyni „frajerów z
klientów” – jutro ma setki komentarzy w sieci, parę interwencyjnych stron webowych, dziesiątki wątków na forach dyskusyjnych. I za
chwilę jakieś żółte paski w TVN24, programy typu „Uwaga” itp. Jest nadal wiele naiwnych firm, które wierzą, że masę tematów da się
zamieść pod dywan.
Moim zdaniem, metody Piotra Majewskiego, są o tyle niebezpieczne, że ich skuteczność wynika z socjotechniki, a nie realnego
budowania relacji z klientem ( uwaga: chodzi mi o kontent, a nie mechanizmy informatyczne). To jest tylko NARZĘDZIE, którego
skuteczność tak naprawdę zależy od pomysłu marketera czy agencji.
Jak wytłumaczyć gospodyni domowej, który płyn do zmywania jest lepszy ? (A przecież są takie same ? 🙂 Tak, wielu marketerów
traktuje swoich klientów jak ostatnich głupców. Uważa, że klienci, to „banda frajerów z kasą”, a sztuka marketingu polega na
wymyśleniu sposobów wciskania kitu. Spowodowania użycia karty kredytowej czy gotówki. Reszta się nie liczy. Sprzedaż spada ?
trzeba uruchomić kampanię reklamową czy promocję. Trzeba wpłynąć na masy, aby kupowały. A jaka jest ich opinia ? To już nie ma
większego znaczenia. Opinie zadowolonych klientów są też do kupienia…. Opinie badawcze też … Takie zjawiska są chore. Niestety,
nadal skuteczne. Skuteczne dopóki, dopóty klienci nie kupują świadomie. Jakich klientów wolicie ? Głupich, którzy dają się nabierać na
Wasze sztuczki, ale zmieniających brandy jak rękawiczki ? Czy trochę mądrzejszych, wymagających od Was trochę więcej, ale
będących z Wami od lat ? Wybierajcie :))
Najbardziej rozśmieszają mnie np. firmy, które z jednej strony chwalą się wszem i wobec, jakież to wielkie projekty CSR uruchamiają. A
z drugiej strony, mają front office oparty o przygłupawą, gadającą telesprzedaż. Konstrukcje umów, w których oni mogą wszystko, a
klient jedynie podpisać … I wolające o pomstę do Opatrzności – Biuro Obsługi Klienta (znane jako Biuro Odpychania Klientów). Jako
korzystający z usług, dostajesz szału, po płacąc za to, finansujesz taki a nie inny poziom jakości obsługi ….
Narzędzia do komunikacji z klientem, powinny przede wszystkim zapewniać jakiś feedback. A to z kolei, to poszukiwanie metody
„angażującej” : konkurs, nagroda, badanie – cokolwiek, co nie będzie nudne i co zaangażuje. To elementy znane z programów
lojalnościowych ( ale tych dobrych :))). Jeśli chcemy nawiązać komunikację z klientem – wymyślmy ciekawe sposoby, które go do nas
nie zrażą.
Jeśli chcemy zasypywać klienta perswazyjnymi mailami (za jego zgodą), to sprawdźmy, czy nie są to elektroniczni masochiści.
E-marketing w mom przekonaniu, to ciężka, umysłowa harówka. Budowanie mitów, że coś jest „lekkie, łatwe i przyjemne” oraz opiera
się o „odkrywanie tajemnej wiedzy” za parę groszy – to przepierka mózgu naiwnym. Sugerowanie, że odkrycie „wielkich tajemnic”
zapewni nam fajny projekt, dzięki któremu milion internautów co miesiąc przelewać nam będzie na konto jednego, tłustego dolara,
bywa dość ułudne. Wielka, internetowa bańka udowodniła niektórym, że cudów nie ma ( choć bywa, że się zdarzają :)))
Brakuje mi porządnej konferencji, na której ludzie będą chcieli się rzeczywiście podzielić swoim doświadczeniem ( a nie sprzedawać
wyłącznie swoje rozwiązania). Solidną dyskusję obecnym e-biznesie i łączeniem koncepcji z narzędziami. A nie rozmowach o
zestawach tricków czy sposobach cwanego wyciągania informacji.  Akurat pod tym względem niekwestioniwanym mistrzem
metodologii jest Kevin Mitnick :))) Którego każdy szanujący się spec e-marketingu, powinien znać :)))
Dla mnie, korzystającego z internetu od 1996r., bywają irytujące przekonania „dzisiejszej e-młodzieży”, która często uważa, że
najlepszy biznes robi się na frajerstwie klientów, a nie budowaniu rzeczywistych, długofalowych relacji z nimi. Brakuje mi np. takiego
Juliusza Donajskiego, którego opinię zawsze sobie ceniłem – w kontekście np. stron internetowych i biznesu elektronicznego. Ale kto
dziś pamięta faceta, który tworzył podstawy pozytywnego myślenia o tej branży ?
Piotr Majewski zarabia pieniądze. Po prostu. Jest sprawnym rzemieślnikiem. Potrafi się lansować. Czy potrafi robić to z zyskiem ? Nie
mam pojęcia, nie jestem jego księgowym :))) Jeśli jego klienci są zadowoleni – to nie ma o co kruszyć kopii. Ale moim zdaniem – Piotr
nie jest guru. Nie jest Stevem Jobsem polskiego e-marketingu. Ani Artem Freyem, Peterem Druckerem czy Al Riesem :))) Może kiedyś
będzie – czego mu gorąco życzę.
PS. Co do historii Maćka z oponami – polecam Oponeo.pl. Moi absolwenci, których serdecznie pozdrawiam  :))))

Gdzieś był taki cytat „każdy żyje ze sprzedawania czegoś”. Pewien przedsiębiorca sprzedawał encyklopedie, ale kiepsko mu szło.  Zgłosił się do niego chętny do pracy. Kandydat miał niestety pewien problem – przeraźliwie się jąkał. Boss postawił warunek – jeśli sprzeda 10 sztuk w przeciągu tygodnia, przyjmie go do pracy. Kandydat zgodził się, zabrał 10 encyklopedii i już późnym popołudniem wrócił z gotówką. Sprzedał wszystkie. Sytuacja powtórzyła się kolejnego dnia i następnego… Przedsiębiorca, po kolejnej, nieprzespanej z ciekawości nocy, postanowił wyśledzić tę cudowną metodę sprzedaży swojego nowego pracownika. A ten, w chwili gdy ktoś otwierał drzwi, wyciągał przed siebie encyklopedię i mówił ”  Kkuupppisz pppaaaan ksiaaażkeee, czczczyyy mmmmaammm czczczyyytać ddddaaalej…”. Przypomniała mi się ta historyjka, kiedy przeczytałem wpis Maćka Budzicha, o jego wrażeniach z konferencji Piotra Majewskiego

Z zainteresowałem przeczytałem jego opinię, jak też szereg wcześniejszych komentarzy do metodologii Wcześniej czytałem książkę, również przejrzałem możliwości Implobota. Kiedyś również mialem możliwość wypicia kawy wspólnie z Piotrem w Sopocie. Nie ukrywam, że byłem ciekaw tej konferencji i żałuję, że nie mogłem na niej być.  Przykład zjawiska i biznesu Piotra, jest moim zdaniem świetnym przyczynkiem, żeby rozmawiać o metodologii e-biznesu. Wydaje się, że ta sfera rynku z fazy szczenięcej ( i robienia wszystkiego przez wszystkich) zaczyna się profesjonalizować. A profesjonalizacja, oznacza ewolucję osób, które z uczniów stają się mistrzami. Lub kandydatami na guru. Działalność Piotra oraz to co robi, jest na swój sposób – mistrzowską autokreacją i sprzedażą swojej koncepcji e-biznesu. Nie wiem czy jest już „guru” w środowiskach internautów – na pewno jakimś kandydatem :)) Jego książka, jest jedną z nielicznych pozycji, napisanych przez w pełni rdzennych, polskich autorów. To jest moim zdaniem ważne, z punktu widzenia specyfiki naszego lokalnego rynku.

„E-marketing” z kolei, jako pewien obszar wiedzy, jest generalnie nadal „dzikim zachodem”. Nie wiem jak na świecie, ale w Polsce na pewno. Kolarzy się najczęściej z mniej lub bardziej rozbudowaną formą spamu. Lub przesyłaniem sobie zabawnych virali. Albo irytującymi pop-upami, których nie można zamknąć. Poprawcie mnie, jeśli się mylę. Innymi słowy, ostatnim skojarzeniem, jaki ma e-marketing, to budowanie dialogu z klientem.

Narzędzia e-marketingowe, są z punktu widzenia inwestycji – śmiesznie tanie. Internet pełen jest najróżniejszego oprogramowania,  dzięki któremu możemy „nadawać” informacje lub zarządzać bazami danych. Koszty transferowe są śmieszne ect. – ci wszyscy, którzy się tym zajmują wiedzą to doskonale. Konkluzja: bariery wejścia w rynek e-marketingu, są śmiesznie niskie. Nieomalże każdy może to robić (jeśli jest informatykiem – sam sobie zrobi aplikację, jeśli nie – wykorzysta dostępne na rynku). Cała reszta – to graficzna fasada,  oferta portfela usług. Nawet nie baz danych – bo bazę danych ma dostarczyć klient. (Moim zdaniem prawdziwe pieniądze w e-marketingu, to zweryfikowani klienci CZYTAJACY mailingi i KORZYSTAJACY z zawartych tam ofert produktów czy usług.) Czy pojawiające się ostatnio usługi typu „płacimy Ci za oglądanie reklam” odniosą sukces ? Trudno powiedzieć.

Z punktu widzenia kosztów, czy wysyłam ofertę w stu mailach czy milionie – nie ma to znaczenia. W przeciwieństwie do wysyłanej oferty np. pocztą. I właśnie dzięki temu, mamy przemysł antyspamowy, rozwiązania legislacyjne. Dzięki temu, ziściła się wizja Stanisława Lema z „Cyberiady” i Zbójca Gębona, pragnącego poznać KAŻDĄ informację pojawiającą się we Wszechświecie. Moim zdaniem Lem widząc dzisiejszy e-marketing, radośnie chichoce gdzieś z góry :))))

Jednak nadal problemem jest to, że np. samo pojęcie „spamu” jest bzdurnie i opacznie nadal pojmowane. Napisałem kiedyś ( i trzymam się tej opinii :)), że ze spamem jest tak, jak z molestowaniem seksualnym w pracy. Jeśli molestowanej osobie sytuacja nie odpowiada – to głośno o tym krzyczy lub unika określonych sytuacji. I jest to zjawisko naganne. Ale jeśli jest inaczej, to mamy do czynienia z klasycznym podrywem czy adoracją. A to już zupełnie inna kwestia.  Każdy z nas, kiedy otrzyma pocztą elektroniczną NIEZAMÓWIONĄ ofertę, która go bardzo zainteresuje – nie wykrzykuje kwestii o spamach, nie licytuje określonych ustępów prawnych ani nie wydzwania do prokuratury. Cieszy się przede wszystkim z tego, że dostał ciekawą ofertę.

Spam spamowi nierówny. Powinniśmy umieć odróżnić „biznesowe oferty” z Nigerii, „nagłe spadki” ze Szkocji, usługi powiększania czy pomniejszania penisów i viagry za free od okazyjnych sprzedaży koni wierzchowych, licytacji świątecznych karpii czy zwykłych prowokacji. Faktem jest, że dziś na 100 maili – 99 to śmieci, a 1 to ważna informacja. Ale może sztuką jest nauczyć się jak wyłapać ten jeden mail, a nie jak walczyć z pozostałymi 99 ….

Perswazyjne, e-marketingowe metody Piotra Majewskiego – w swej językowej konstrukcji, formułach, metodologii – zbliżone są bardzo do tzw. „multilevel marketingu”. Ten specyficzny żargon, nieobcy jest również firmom oferującym bezpłatne wróżby, cudowne łańcuszki czy kamienie rozwiązujące problemy życiowe. W prasie kolorowej jest sporo takich ofert, które już za darmo (lub kilka groszy) zdradzą nam Wielką Tajemnicę Życia. Nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że w tym przypadku jest to też kwestia Wielkich Tajemnic Biznesu (znane wyłącznie tym, którzy opowiedzą się po jednej stronie mocy – czytaj: płacą).  W Polsce są całe rzesze ludzi, którzy łatwo kupują „cudowne metody na biznes” – polecam  „Maniera menedżerska” i syndrom pstryknięcia.

E-marketingiem często nie zajmują się marketerzy. Zajmują się nim np. informatycy. Niednokrotnie z casusem Gavicka . Ludzi, którzy potrafią tworzyć rewelacyjne rozwiązania informatyczne, flashowe, webowe ect. Ale całkowicie nie rozumiejących istoty procesów zakupowych, budowania więzi z klientem czy mechanizmów sprzedaży. Zachowują się tym samym, jak szef fabryki, który wyprodukował coś, a później kombinuje jak koń pod górę jak to sprzedać. Ktoś skojarzył to z orientacją produkcyjną ? Brawo :))) Niektórym zapachniało to „Śledzikiem” ? Brawo po raz drugi :))) Tak – moim zdaniem „Śledzik” jest pierwszym w Polsce, masowo wprowadzonym produktem webowym, który wywołał tak olbrzymi opór materii internautów. Dowody ? Niech ktoś przeanalizuje ILOŚĆ   pojawiających się komentarzy na NK, pod wątkiem tego produktu.

Dziś moim zdaniem, trzeba mieć chyba charyzmę Steva Jobsa i bardzo mocno umocowany brand, żeby sobie pozwalać na eksperymenty z nowymi produktami np. webowymi – bez pytania userów o opinie. NK moim zdaniem jest znanym brandem … Ale TP S.A. też jest znanym brandem … Znajomość brandu, nie determinuje automatycznie zaufania czy szacunku do marki.

Rozwiązania e-marketingowe ( nie tylko lansowane przez Piotra Majewskiego), wydają mi się nieomalże zmuszać klientów do sytuacji zakupowej. Nazwanie to przez Maćka „marketingiem męczącym” uważam za trafienie w sendo sprawy i ukucie rewelacyjnego, nowego pojęcia. Nie raz i nie dwa, w sieci czujemy się „męczeni” namolnymi próbami nawiązania komunikacji, siłowym wręcz przekazaniem jakiejś informacji. Stworzeniem wrażenia, że jeśli nie skorzystamy z oferty – to wiele stracimy. Jesteśmy „męczeni” sugestiami, że nie kupując – będziemy frajerami ( bo inni już dawno kupili). Innymi słowy, „męczą” nas mniej lub bardziej mistrzowską socjotechniką, która jest absolutną podstawą biznesu o nazwie „multilevel marketing”. Liczy się tylko to, czy kupisz czy nie. Cała reszta ( twoje opinie, oczekiwania itp.) nie ma w zasadzie istotniejszego znaczenia.

Niednokrotnie sprzedawcy usług e-marketingowych mówią: „zrobimy Ci aż milion wysyłek” (do bliżej niekreślonego targetu).  Odpowiadam – „i co z tego, skoro sprzedaż będzie wynikiem li tylko statystycznym”. Można też bazować na emocjach. Ogłoszenie „sprzedam paskudne koty – 50 USD sztuka”, po godzinie przyciągnęło ponad setkę chętnych. Marketerzy coraz częściej muszą uczyć  się odróżniać RZECZYWISTE zainteresowanie od efektu statystycznego. Zacząć myśleć JAKOŚCIĄ komunikatu, a nie ILOŚCIĄ  przesłanego materiału lub emocjonalnym chwytem czy „kruczkiem” na klienta. A jakość – to prawdziwa korzyść. I tutaj już trzeba mocno wysilić szare komórki i zaprząc synapsy do pracy. Ale myślenie było zawsze trudniejsze niż korzystanie z utartych schematów.

Marketingowi e-twórcy, nierzadko próbują wykorzystać np. istniejącą metodologię budowy zainteresowania klienta. Modele „wytarte” przez agencje reklamowe, na których jadą od dziesiątek lat. Modele, w których masa klientów szturmuje sklepy po wielkiej kampanii reklamowej w prasie, radiu i telewizji. Moim zdaniem to złudna ścieżka. Klienci po masowych kampaniach w sieci, szturmują przede  wszystkim vortale typu Ceneo oraz trzepią serwisy społecznościowe w poszukiwaniu opinii. Kupują dopiero PO zakończeniu tegoż  trzepanka. Kupują ŚWIADOMIE, a nie EMOCJONALNIE. Kryzys jedynie zaostrzył to zjawisko. Racjonalizm zakupowy w internecie, jest  moim zdaniem o wiele silniejszy niż poza nim. Może ktoś by to zbadał ? :))) To tylko moja intuicyjna opinia.

Czy teraz poważna dyskusja o e-marketingu, ma się sprowadzać do wymyślania i analizowania mniej lub bardziej skutecznych sposobów „łapania frajerów” na socjotechniczne sztuczki ? Proszę mnie źle nie zrozumieć – metody Piotra Majewskiego, są takie a nie inne. Można je wykorzystać zarówno do sprzedaży kiepskich komputerów czy oszukańczych usług. Ale i akcji „Krewniaków”, wsparcia fundacji Anny Dymnej czy WOSP. Inna sprawa, czy te ostatnie akcje prowadzone w ten sposób, spotkają się z pozytywnym oddźwiękiem odbiorców ?

IMHO poszukiwanie dziś nowych sztuczek na robienie klienta w bambuko – znalazło również swoją postać w internecie. Tylko, że z istotą e-marketingu, nie ma to nic wspólnego. Historia musiałaby się cofnąć o jakieś 20-30 lat. To, że dla wielu pojęcie „marketingu” jest synonimem oszustwa czy manipulacji klientem – świadczy niestety albo o ich niedouczeniu lub totalnej ignorancji wobec tematu.  To tak jak z dyrygenturą – nie mam bladego pojęcia o jej arkanach, więc się nie wypowiadam. I jasno to komunikuję. W Polsce na marketingu znają się wszyscy. Podobnie jak na polityce. I pani z mięsnego, i menel w parku, i gosposia, i urzędnik, i dziennikarz. Wszyscy mają swoje zdanie o marketingu i są niemalże ekspertami :))))

Zawsze do znudzenia przypominam, że prawdziwe, długofalowe korzyści dla firmy, to praca z klientem jako partnerem. A nie frajerem do jedno- lub kilkurazowego skrojenia. Jeszcze kiedyś takie praktyki dawało się ukryć. Dziś, jak np. jakiś bank uczyni „frajerów z klientów” – jutro ma setki komentarzy w sieci, parę interwencyjnych stron webowych, dziesiątki wątków na forach dyskusyjnych. I za chwilę jakieś żółte paski w TVN24, programy typu „Uwaga” itp. Jest nadal wiele naiwnych firm, które wierzą, że masę tematów da się zamieść pod dywan.

Moim zdaniem, metody Piotra Majewskiego, są o tyle niebezpieczne, że ich skuteczność wynika z socjotechniki, a nie realnego budowania relacji z klientem ( uwaga: chodzi mi o kontent, a nie mechanizmy informatyczne). To jest tylko NARZĘDZIE, którego skuteczność tak naprawdę zależy od pomysłu marketera czy agencji.

Jak wytłumaczyć gospodyni domowej, który płyn do zmywania jest lepszy ? (A przecież są takie same ? 🙂 Tak, wielu marketerów traktuje swoich klientów jak ostatnich głupców. Uważa, że klienci, to „banda frajerów z kasą”, a sztuka marketingu polega na wymyśleniu sposobów wciskania kitu. Spowodowania użycia karty kredytowej czy gotówki. Reszta się nie liczy. Sprzedaż spada ? trzeba uruchomić kampanię reklamową czy promocję. Trzeba wpłynąć na masy, aby kupowały. A jaka jest ich opinia ? To już nie ma większego znaczenia. Opinie zadowolonych klientów są też do kupienia…. Opinie badawcze też … Takie zjawiska są chore. Niestety, nadal skuteczne. Skuteczne dopóki, dopóty klienci nie kupują świadomie. Jakich klientów wolicie ? Głupich, którzy dają się nabierać na Wasze sztuczki, ale zmieniających brandy jak rękawiczki ? Czy trochę mądrzejszych, wymagających od Was trochę więcej, ale będących z Wami od lat ? Wybierajcie :))

Najbardziej bawią mnie np. firmy, które z jednej strony chwalą się wszem i wobec, jakież to wielkie projekty CSR uruchamiają. A z drugiej strony, mają front office oparty o przygłupawą, gadającą telesprzedaż. Konstrukcje umów, w których oni mogą wszystko, a klient jedynie podpisać … I wolające o pomstę do Opatrzności – Biuro Obsługi Klienta (znane jako Biuro Odpychania Klientów). Jako korzystający z usług, dostajesz szału, po płacąc za to, finansujesz taki a nie inny poziom jakości obsługi ….

Narzędzia do komunikacji z klientem, powinny przede wszystkim zapewniać jakiś feedback. A to z kolei, to poszukiwanie metody „angażującej” : konkurs, nagroda, badanie – cokolwiek, co nie będzie nudne i co zaangażuje. To elementy znane z programów lojalnościowych ( ale tych dobrych :))). Jeśli chcemy nawiązać komunikację z klientem – wymyślmy ciekawe sposoby, które go do nas nie zrażą.

Jeśli chcemy zasypywać klienta perswazyjnymi mailami (za jego zgodą), to sprawdźmy, czy nie są to elektroniczni masochiści.

E-marketing w mom przekonaniu, to ciężka, umysłowa harówka. Budowanie mitów, że coś jest „lekkie, łatwe i przyjemne” oraz opiera się o „odkrywanie tajemnej wiedzy” za parę groszy – to przepierka mózgu naiwnym. I jest niebezpieczne dla młodych wilków e-biznesu.  Sugerowanie, że odkrycie „wielkich tajemnic” zapewni nam fajny projekt, dzięki któremu milion internautów co miesiąc przelewać nam będzie na konto jednego, tłustego dolara, bywa dość ułudne. Wielka, internetowa bańka udowodniła niektórym, że cudów nie ma ( choć bywa, że się zdarzają :)))

Brakuje mi porządnej konferencji, na której ludzie będą chcieli się rzeczywiście podzielić swoim doświadczeniem ( a nie sprzedawać wyłącznie swoje rozwiązania). Solidną dyskusję obecnym e-biznesie i łączeniem koncepcji z narzędziami. A nie rozmowach o zestawach tricków czy sposobach cwanego wyciągania informacji.  Akurat pod tym względem niekwestioniwanym mistrzem metodologii jest Kevin Mitnick :))) Którego każdy szanujący się spec e-marketingu, powinien znać :)))

Dla mnie, korzystającego z internetu od 1996r., bywają irytujące przekonania „dzisiejszej e-młodzieży”, która często uważa, że najlepszy biznes robi się na frajerstwie klientów, a nie budowaniu rzeczywistych, długofalowych relacji z nimi. Brakuje mi np. takiego Juliusza Donajskiego, którego opinię zawsze sobie ceniłem – w kontekście np. stron internetowych i biznesu elektronicznego. Ale kto  dziś pamięta faceta, który tworzył mądre podstawy pozytywnego myślenia o tej branży ?

Piotr Majewski zarabia pieniądze. Po prostu. Ot i cała tajemnica.  Jest sprawnym rzemieślnikiem. Potrafi się lansować. Czy potrafi robić to z zyskiem ? Nie mam pojęcia, nie jestem jego księgowym :))) Jeśli jego klienci są zadowoleni – to nie ma o co kruszyć kopii. Ale moim zdaniem – Piotr nie jest guru. Nie jest Stevem Jobsem polskiego e-marketingu. Ani Artem Freyem, Peterem Druckerem czy Al Riesem :))) Może kiedyś się stanie – czego mu gorąco życzę.

PS. Co do historii Maćka z oponami – polecam Oponeo.pl. Moi absolwenci, których serdecznie pozdrawiam  :))))

PS2: IMHO Implebot i inne rozwiązania Piotra – to narzędzia jak każde inne. Ani lepsze, ani gorsze. Tylko nie dobudowujmy do tego ideologii i nie szukajmy Mesjaszy, gdzie ich nie ma :)))

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s