Subiektywny blog o sztuce marketingu

Zalani w trupa internetem.

listopad 10, 2009 · Dodaj komentarz

{zu meine deutsche Freunde : es ist kleine TicketOnline Geschichte in Polen. Zu übersetzen.}

Zachłyśnięci internetem. Tworzą dziesiątki serwisów. Automatyzują wszystko. Kupno książki. DVD. Zakupy on-line. Zamówienie wizytówek. Usługi bankowe. Pokój w hotelu. Bilet lotniczy. Wszystko szybko. Prosto. Automatycznie. Elektronicznie. Bez wyściubiania nosa z ekranu. Już. Teraz. Zaraz. Trzy kliknięcia. Zamówienie. Dwa kliknięcia. Płatność. Dwa kliknięcia. Potwierdzenie. Poszło. Kiedy wszystko gra, jest świetnie. Gorzej, gdy masz jakichś problem.

Kupuję bilety w TicketOnline. Pierwszy raz korzystam z tego serwisu.  Przypomina trochę stary content Silverscreen. Podoba mi się opcja wyboru miejsc z planu sceny. Szkoda tylko,  że flash zaprojektowany jest tak bezsensownie (nie wiadomo tak naprawdę, które sektory są wolne). Realizuję transakcję. System kilkukrotnie wiesza się przy płatnościach. Raz, drugi, trzeci, czwarty. Szlag Cię trafia. Musisz logować się drugi raz, wybierać inne bilety ( wybrane wcześniej są nadal zabukowane przez system, a on nie wie, że Ty to właśnie Ty. Zaczynasz tęsknić za czasami, gdy Miła Operatorka podawała Ci numer rezerwacji, płaciłeś on-line i natychmiast przychodziło potwierdzenie. Zawsze mogłeś wykonać ponowny telefon, aby Z TĄ SAMĄ Miłą Operatorką, umówić … tzw. omówić inne kwestie.

Na stronach TicketOnline doczytuję się, że „wysyłka biletów realizowana jest 3-5 dni do daty zaksięgowania”. Kiedy czytam „ zaksięgowanie”, otwiera mi się nóż w kieszeni… Pewien Znany Bank potrafił „księgować” wypłaty z kart kredytowych bite 2 tygodnie. W tym czasie saldo na koncie swoje, a możliwość wypłaty – swoje.”- Trzeba zapisywać swoje wpłaty i wypłaty na karteczce” – tak doradzała Pani ze Znanego Banku. Dla ułatwienia, to już w czasach infolinii, internetowego konta oraz sprawdzania telefonicznego sald.

Innymi słowy, skoro TicketOnline „księguje” wpłatę 3-5 dni (roboczych) + dzień na zapakowanie przesyłki + dzień na kuriera = 5-7 dni roboczych.  Dziś jest wtorek. Jutro święto. Czyli teoretycznie (bez załatwiania i wazeliniarstwa Pań Operatorek) najwcześniejszy termin księgowania, to wtorek (3 dni robocze = wt., czw., pt.). Wysyłka w poniedziałek. Odbiór wtorek. To wariant optymistyczny. Tylko impreza jest też we wtorek …. A „nobody is perfect” i POZA WARSZAWĄ również żyją ludy pierwotne … I to oczywiście termin optymistyczny. To co ? Najszybsza firma kontaktu – telefon.

Na stronie TicketOnline istnieje jeden numer telefonu. 022/ 567 22 00. Dociekliwi znajdą jeszcze fax z końcówką -01.  I to by było na tyle. Żadnego GG, chatu, Skype, MSN, LiveChata, +801 … , +800, NAWET +700 NIE MA … Choćby infobocik mały … Wal-w-parapet-online-com ? Cokolwiek, co nie jest jedynym, warszawskim (sic!) numerem telefonu. Dziś wspomniane rozwiązania, posiada byle osiedlowy sklepik internetowy sprzedający kable na metry …. Czy ludzie zarządzający biznesem TicketOnline  (podobno największym biznesem sprzedaży biletów on-line w tym kraju) wiedzą na pewno co mogą stracić ?

Z TicketOnline próbowałem połączyć się sześciokrotnie. Z różnych numerów telefonów. Przeciętnie każde oczekiwanie, trwało 15 minut. Razem: 90 minut oczekiwania. Bezsensowny wydatek kilkudziesięciu złotych (Centrala się łączy i licznik bije). Winko fajne był kupił.

Pewnie gdybym się dodzwonił, usłyszałbym frazesy „mamy dużo klientów”, „przepraszamy, mnóstwo telefonów”, „duże zainteresowanie”. Klasyka. W czasach telefonów na korbkę, było to jakieś usprawiedliwienie. Dziś, to poważne zastrzeżenie do procesów. Na dodatek najważniejszych – procesów obsługi klienta.

Procesy, systemy zamówień on-line, wymagają szczególnej uwagi. Brak w tych procesach „czynnika ludzkiego”, kładzie duży nacisk na intuicyjność serwisu (np. system pomocy, doradztwo on-line, chat itp.). Koncentracja wyłącznie na obsłudze internetowej, przy kulejącym front office jest pozbawiona sensu. Albo zróbcie tylko obsługę on-line (poprzez rozbudowanie narzędzi kontaktu), albo udrożnijcie proces infolinii (system call-back, lepsza centrala, outsourcing usług itp.). Jeśli tak jak by działaly infolinie bankowe czy telkomów ….

Kiedy wpiszę w wyszukiwarkę „bilet koncerty online”, pojawia mi się na pierwszych miejscach ticketonline, ticketon i ebilet. „Ticketpro” nie pokazuje się w tym kluczu tagów (sic!). A prawa strona wyszukiwarki ? PUSTA ! Nic, tylko inwestować w internetową sprzedaż biletów na koncerty i imprezy. TicketOnline chyba ma największy udział w tym torcie. Ale mam wrażenie, że ten biznes ich przerósł.

Nie skorzystam nigdy z oferty TicketOnline, jeśli nie będę musiał. To są jednorazowe „strzały”. Jeśli kiedyś znów wybiorę się na koncert i będę chciał kupić bilet, zdecydowanie wybiorę kogoś innego.

PS. TicketOnline oczywiście zareagował przez e-mail. Jednak niesmak pozostał.

PS. Konkursu na pół księżniczki i królestwo – też nikt nie wygrał. Może next time :)

PS3. A poza tym … 25 PLN za kuriera to granda w biały dzień. W dużych firmach, stawki nie przekraczają 12-13 zł. za przesyłkę typu “pakiet” = stałe umowy. Ciekawe kiedy ktoś przeliczy, jak niektórzy tną biednych klientów na usługach kurierskich …

→ Zostaw KomentarzKategorie: przypadki

Odin, dwa tri czyli Kaszpirowski w biznesie.

listopad 9, 2009 · Dodaj komentarz

Bajki dla dzieci, nieomalże w każdej kulturze, pełne są opowieści o cudownych karierach i awansach społecznych. A to prosty żołnierz, kierowany przez dobrotliwą czarownicę, wypełnia trzy zadania, całuje jakieś żaby – dzięki czemu staje się bogatym żonkosiem i królem. W innej – cudowny stoliczek lub obrus, dostarczy dóbr wszelakich. W kolejnej, super-extra młynek spełni absolutnie każde marzenie. O złotej rybce nie wspomnę … Nawet o tej, która dawała na końcu … pół litra.

W każdej ze wspomnianych opowieści, życie bohatera odmieniane jest dzięki „cudownemu” narzędziu. Odmieniamy swój świat i stajemy u progu nowego, wspaniałego życia.   Ta wiara naprawdę napędza lottomaty !

W świecie zarządzania (gdzie wciąż balansuje się pomiędzy byciem świnią, a byciem durniem) – ta wiara w cudowne odmienienie, jest równie silna. Oczywiście, menedżerowie nie ustawiają przed ekranami mineralnych wód do napromieniowania (stawiają ?) czy nie dreptają do wróżek ( dreptają ? ). Załóżmy, że nie …

Właściciele firm, którzy w początkach lat 90tych robili małe fortunki, z cynicznym uśmiechem i pogardą traktowali podręczniki zarządzania. Pewnie trudno im się dziwić – „rób biznes w Polsce” to nie było to samo co „rób biznes w USA”. Niemniej, kiedy zaczęła panować jakaś konkurencja, niektórzy wzięli się solidnie do nauki.

Ale żeby dobrze strzelać, potrzebne jest wyrobione oko, sprawna ręka, odrobina wiedzy o balistyce, praktyka i oczywiście – odrobina szczęścia. To samo w prowadzeniu interesów.

Odwiedzając liczne konferencje, seminaria czy spotykając się z różnymi przedsiębiorcami, czasami można odnieść wrażenie, że szukają kamienia filozoficznego. Złotej Metody,  Cudownego Obrusa, Młynka Życzeń, Butów do Chodzenia po Wodzie. O Złotej Rybce (czytaj: Złotym Szczupaku Ekonomii) nie wspomnę …

Są tacy, którzy wciąż wierzą, że istnieją. Niektórzy przeznaczają na to kolosalne pieniądze. Poświęcają temu mnóstwo czasu. Dają się uwodzić dziwacznym teoriom, pokracznej logice czy paranaukowej gadaninie. Uśmiechnięte pysie, czasem domorosłych celebrytów, uznających się za guru zarządzania są jak Kaszpirowskie „odin… dwa…tri”. Cudów nie ma ? Ależ oczywiście, że są. Pojawiają się dzięki talentom, pracy, konsekwencji, strategii. I błyskowi szczęścia.

Czasy zawirowań, zawsze sprzyjały wykluwaniu się dziwacznych idei. Spod gruzów, wychodzili głoszący cudowne recepty na prowadzenie biznesu.  Szamani, którzy uznali, że popili eliksirem jedynie słusznej wiedzy i prawdy. Próbujący obalić zdrowy rozsądek i zakłócający spokój. Uważajcie.

→ Zostaw KomentarzKategorie: Uncategorized

Jak żeglują Niemcy, Żydzi i Polacy ?

listopad 9, 2009 · Dodaj komentarz

Kiedy młodemu Niemcowi, dają 100 Euro i każą mu je pomnożyć – to pracuje  w pocie czoła. Mając wciąż w pamięci liczne, gospodarcze autorytety stawiane mu za wzór.  Przekaz brzmi „działaj!”, zgodnie z weberowską koncepcją ducha protestantyzmu.  Młody Niemiec pomnażając kapitał, stawiany jest za wzór cnót i przedsiębiorczości.

Kiedy młodemu Żydowi, dają 100 szekli – wszyscy pobratymcy dokładają swoje, żeby mu pomóc. Ot, taki religijny nakaz pomocy potrzebującemu i przedsiębiorczemu. Młody Żyd, pomnażając kapitał – stawiany jest również na wzór cnót i przedsiębiorczości.

Kiedy młodemu Polakowi, dają 100 PLN, wszyscy pobratymcy chcą mu je zabrać. Albo przynajmniej podzielić. Zgodnie z chrześcijańską tradycją: każdemu po równo. Z punktu widzenia społeczeństwa – to sprawiedliwe (???). Czy z punktu widzenia posiadacza ? Praca wszak, jest karą za grzeszne życie (grzech pierworodny).  A budowanie majątku, kapitału – rzeczą na wskroś naganną. Oczywiście, te straszliwe postępki bogacenia się – będą wybaczone, pod warunkiem sprawiedliwego podziału dóbr pomiędzy wszystkich pozostałych członków społeczeństwa. I to jest sprawiedliwe ? (sic !)

Po podziale, młodemu Polakowi  pozostaje pewnie połowa, czyli 50 PLN. Wciąż jest ambitny, silny, chętny do działania. Pomnażając ten kapitał, stawiany jest za wzór cwaniactwa, kombinatorstwa, oszustwa  jak też wykorzystywania innych, porządnych i uczciwych ludzi.

Konkluzja: Polacy są najbardziej przedsiębiorczą nacją na świecie z prostej przyczyny – potrafią żeglować na dwukrotnie mniejszych łupinach niż Niemcy czy Żydzi oraz docierać do brzegu w fatalną pogodę. Niejednokrotnie prędzej :)

PS. Dlatego tak bardzo cenię przypowieść o talentach ( ukłon w stronę ks. WB :)

→ Zostaw KomentarzKategorie: Uncategorized

Tanatologia marek – mała polemika

październik 30, 2009 · Dodaj komentarz

Marku, mała polemika do Twojego ciekawego wpisu o tanatologii marek:

http://staniszewskimarek.blogspot.com/2009/10/jak-umieraja-brandy-czyli-propozycja.html

Każde wymyślanie od nowa, to ryzyko. A to jest niechętnie podejmowane ( pod warunkiem, że nie dotyczy do właściciela/li firmy). Przyjąć pewnie należałoby, że pycha jest pochodną pychy ich właścicieli, a nie organizacji in spe.

Umacnianiem wiary w marketing korporacyjny, zajmują się najczęściej menedżerowie. Których najczęściej  zawodowym celem, jest motywować, inspirować,  rozwijać i wspierać swoich pracowników. Te dewizy,  które można znaleźć w każdym podręczniku współczesnego HR, są już tak wyświechtane, że chyba nikt po minimum tygodniowej pracy w korporacji im nie dowierza. Problem leży nie w zapisach, kodeksach etycznych czy modnym ostatnio CSR, ale erozji wartości relacji międzyludzkich i szacunku do wzajemnej obyczajowości i norm kulturowych. Pojęcie “szacunku”, jako określonej wartości, zaczyna mieć coraz istotniejsze znaczenie w relacjach pracownik-pracownik, klient-pracownik czy firma-firma lub firma-dostawca. Bez niego bowiem, jakakolwiek rzeczywista interakcja, oparta na wzajemnie korzystnej wymianie, chyba nigdy nie będzie możliwa.

Od wielu lat staram się tłumaczyć, że marketing to określona władza. Marketer – poprzez kompilację swojej wiedzy, umiejętności oraz możliwych do wykorzystania narzędzi i środków, potrafi kierować procesami społecznymi. Więcej – dziś żaden wielki proces jakichkolwiek zmian, nie jest możliwy bez skutecznego wykorzystania zasad marketingu.

Problemem jest to, że dotyczy to procesów pozytywnych jak i negatywnych. Nóż może posłużyć zarówno do pokrojenia chleba, jak i morderstwa innego i człowieka… (Pozdrawiam GK :)

Wydaje się, że właśnie tutaj ukryte są źródła pychy.  Podsycane korporacyjną “papką”, składającą się z  amwayowskich, socjotechnicznych sztuczek, polegających na “klaskaniu i trzymaniu się za ręce”.

Wyrażającej się w firmowych imprezach, które trzeba organizować, ale nikt nie chce na nie chodzić … Czy świętym przekonaniu o własnej sile rynkowej i odporności. Jakże często weryfikowanej przez konkurencję.

Zapytałem kiedyś swoich studentów – ilu z was gra na giełdzie ? Podniosło ręce bodajże 70% sali. A dla ilu z was ma znaczenie, że firma odnosi sukcesy dzięki wykorzystywaniu ludzi, wyścigowi szczurów, nieetycznym postępowaniu z dostawcami czy nieuczciwym praktykom rynkowym ? Nie miało to dla nich znaczenia. Tylko cyfry. Cóż, dla wielu zrozumienie balansowania pomiędzy “byciem świnią, a byciem durniem” bywa zbyt trudne.

Kiedyś “pyszny” przedstawiciel jednej ze znanych sieci komórkowych, ogłosił efekty swojej rewelacyjnej kampanii. Otóż do 10 tysięcy abonentów, wykonano telefony i nagrano na poczcie głosowej informację, o pilnym zgłoszeniu się do Urzędu Skarbowego w celu weryfikacji poważnego błędu w złożonym PIT. Ani Pan Marketer”, ani nikt z agencji nie widział żadnego problemu w jakiejkolwiek etyczności tego rodzaju akcji … Wtedy napisałem chyba po raz pierwszy, że durnowatość korporacyjnych marketerów, z najwyższych pięter -  sięgnęła bruku.

Pycha w relacjach z klientem pojawia się zawsze, kiedy staje się on “odhumanizowany”. Pojawia się cyferka w statystykach, zamiast żywego człowieka. Kiedyś słyszałem o Wojciechu Kruku, który zawsze tradycyjnie choć raz w roku staje za ladą. Dygresja : ciekaw jestem, czy kiedykolwiek szef któregoś z telkomów rozmawiał ze zwykłym Kowalskim :) )).

Być może właśnie w tej rzemieślniczej solidności, przywiązaniu do dobrych, handlowych praktyk i kupieckich tradycji – tkwią podstawy czegoś, co można definiować jako “etykę marketingu”.

Niemniej, poruszamy się cały czas w świecie chrześcijańskiego świata wartości. Świata, który nie do  końca przyjazny jest przedsiębiorczości. Świata, który zawsze traktował bogactwo, jako wynik bliżej nieokreślonych machinacji, a nie ciężkiej pracy, nauki czy wyrzeczeń. W przeciwieństwie chociażby do systemu wartości protestanckich. Niemniej, w encyklikach Jana Pawła II, są zawarte istotne elementy szacunku dla pracy ludzkiej, w tym indywidualnej i pozwalającej się rozwijać przedsiębiorczości. Wszak dopiero niedawno dopiero do niektórych dotarło, że kapitalizm może być budującym elementem pomnażania dobrobytu i nie za cenę wyzysku. Wyzysk po prostu nigdy strategicznie nie mógł być opłacalny – ani dla pracownika, ani dla właściciela firmy.

“Tanatologia marek” – rzeczywiście brzmi ciekawie, jako określone zagadnienie. Pewnie należałoby spróbować teraz wziąć na warsztat kilka brandów i spróbować je zdefiniować w kontekście “dolegliwości” zdefiniowanych przez Margula. Wzrost, rozwój i schyłek wielu marek oraz ich wpływ na nasze życie, jest często całkiem spory. Choć nie wiem, czy porównywanie z ruchami religijnymi jest do końca sensowne (emocje związane z posiadaniem marek, a przynależnością do jakiejś religii bywają zgoła inne :) ). Choć… czyż jednym z pierwszych przypadków manicheizmu, nie jest Sinead O`Connor ? :) )

Niemniej, zawsze porównywanie religii i rozwoju marek pozostaje ryzykowne. To łatwy “łup” np. dla niezbyt wykształconych dziennikarzy różnych tabloidalnych mediów. Wątek religijności i sekciarstwa, zawsze się dobrze sprzedawał, stąd uważajmy, żeby “tanatologię marek” nie zamieniono w religijną socjotechnikę, której podstawowym celem jest wyłącznie kolejne wywołanie zamieszania.

→ Zostaw KomentarzKategorie: Uncategorized

Kto kogo pożera i co z tego wynika ?

październik 23, 2009 · 1 komentarz

Wielką inspiracją tego wpisu, jest Jacek Gadzinowski i jego obrazek

Jacek trafia w sedno zagadnienia – nie tylko źródeł tworzenia polskich portali społecznościowych, ale rozwoju wielu projektów internetowych w Polsce. Trudno bowiem oprzeć się wrażeniu, że ich głównym celem jest zarabianie pieniędzy na strzyżeniu frajerów, a nie dostarczaniu rzeczywistej i użytecznej wartości.

Jakikolwiek vortal społecznościowy, to specyficzne miejsce. Grupa ludzi, których łączy jedynie kontakt elektroniczny, kieruje się  swoistymi e-zasadami ( pisaną bądź nie – netetykietą) oraz obyczajowością dnia codziennego. Szczególnie w grupach czy na stronach międzynarodowych, elementy multikulturowości stają się wyjątkowo jaskrawe.  Dla mnie, totalnego technicznego i informatycznego lammera (jak wykładali Javę, to kułem procesy repozycjonowania brandów) , vortal społecznościowy to przede wszystkim idealna możliwość nieskrępowanej, wolnej dyskusji na płaszczyźnie zawodowej, spotkania podobnych, wariackich pasjonatów np. marketingu :) ) czy porządkowanie sobie wiedzy i nieustanny proces uczenia się czegoś nowego. To również możliwość czytania rewelacyjnych wpisów czy inspirowania mądrymi i ciekawymi ludźmi. Bez tego typu cech, moim skromnym zdaniem każdy vortal będzie pustą wydmuszką, elektronicznym tworem, bazą danych bez tego “czegoś”.  Social media tworzone (lub implementowane) są często przez informatyków/webmasterów, a nie przez pasjonatów. Dają narzędzia, ale brakuje im często pewnej “radości tworzenia”.

Być może potwierdzeniem mojej tezy, będą klasyczne listy dyskusyjne, przeżywające swój kryzys. Dziś umierają – ostatnio problemy ma Internet-PR. Userzy chcą social mediów, przenoszą się do nich. “Ten nie zna życia, kto nie był na liście dyskusyjnej” :)   Choćby taka HRM-PL Karoliny S., gdzie pierwsze kroki stawiały polskie orły i sokoły współczesnego Human Resources Management :) ) Dziś wiele podobnych rozwiązań jest zachwaszczanych przez mniej lub bardziej jawny spam. Przez ludzi, których jedynym celem jest penetracja specjalistów, jako klientów. I nie zainteresowanych wniesieniem do grupy jakiejkolwiek wartości. Wspominam o tym, bo podobne procesy dotyczą social media.

Facebook, Nasza-Klasa, Goldenline, LinkedIn czy Profeo – to tylko narzędzia. Tworzywo. Do życia – potrzebuje Twórców. Wirtualne spotkania, szczególnie w gronie specjalistów – to trochę jak składkowe imprezy. Każdy musi wnieść jakiś intelektualny wkład. Jeśli robi to wyłącznie dwóch – trzech liderów, a pozostali czerpią z tego jedynostronne korzyści – zaangażowanie szybko się wypali.

Obserwuje np. rozwój siatka.media.com.pl. Przez jakichś czas prowadziłem tam bloga. Ale tutaj też okazuje się, że można mieć narzędzia, ludzi, środki, ale kiedy nie ma się pomysłu …. Serwis stał się w zasadzie tubą, nagłaśniającą wydarzenia. Trochę szkoda, bo pomysł fajny.

Ważną cechą każdego serwisu społecznościowego, jest bezcenna możliwość porządkowania, systematyki czy selektywności informacji, która nas interesuje. To core business każdego portalu tego typu. Nareszcie można czytać to co się chce, wchodzić w interakcję z ludźmi o podobnych zainteresowaniach. Dzielić się wiedzą, dodawać łatwo multimedia, pisać w czasie rzeczywistym.

Większość portali społecznościowych ma tego typu funkcje (lub za chwilę mieć będzie). Dlaczego jednym się udaje, a innym nie ? To też temat na jakąś dyskusję :)

Nie chcę porównywać vortali “na twardo”. Musiałbym zrobić tabelkę :) )) Mogę wyrazić jedynie opinię, będąc userem zarówno Facebooka, Naszej-Klasy, Goldenline jak i LinkedIn.

Pierwsza cecha, chyba najistotniejsza – to wiarygodność. W Facebooku można być anonimowym. Można mieć fikcyjne konto. (BTW: już gdzieś mi “Jarosław Kaczyński” mignął na FB). Trudno początkowo wejść w interakcję z kimś, kogo nie zna się osobiście. Chyba, że są to strony fanowskie. Ale działa tutaj mechanizm ” znajomy znajomego może być moim znajomym” :) Ta cecha z kolei jest podstawą działania Goldenline. Tu po prostu nie opłaca się być osobą fikcyjną. Również z anonimowymi userami nikt nie chce rozmawiać. Podobnie z Naszą-Klasą. Fikcyjne konto nie ma sensu, chyba że tylko po to, aby uprawiać niczym nieskrępowaną reklamę lub prowokację.

Porządny social, to już nie ładowanie zza węgła głupawymi, prowokacyjnymi komentarzami. To już nie karmienie trolli wysokowydajną paszą na tucz… Tutaj zaczynasz być rozpoznawalny, odpowiadasz za to co piszesz, a dyskusje mogą być o wiele ostrzejsze niż w rzeczywistości. Nie ma litości :) Zarówno Ci, którzy mają lekkie pióro, jak i ci za którym w toku dyskusji pozostają już tylko epitety – chcą mieć ostatnie słowo i czasem kończy się na “Teruego, senor” :) ))))

Zastanawialiście się kiedyś, po co ludzie kupują komputery do domu ? :) )) Pewnie, że nie do nauki. Ale jakichś czas temu, jednym z powodów zakupu była również chęć pojawienia się na Naszej-Klasie. Nie wiem, czy ktoś robił takie badania. Ale faktem jest, że Polska jak długa i szeroka – dzięki NK ruszyła lawiną do internetu. Wcześniej wielu po prostu nie miało szczególnego powodu :) ))) Śmiem nawet dziś przypuścić, że dla wielu 40+, NK jest JEDYNYM kontaktem z internetem. I jedyną z niego korzyścią.

Userzy NK wybaczali nieomalże wszystko. Zapchane serwisy, przerwy techniczne. Prosił o wybaczenie zawsze wirtualny Pan Gąbka – nieomalże jak Puszek ze Shreka 2 :) )) I ludzie wybaczali :) )) Nie powstała silna konkurencja, dziś 25 mln userów rzuca na kolana każdego. Ale czy duży może więcej ? Co jest ważne w social media ? Ilość userów czy ich profil jakościowy ? To też pytanie na inną dyskusję.

NK zaczęła strzyc te miliony. Najpierw delikatnie (wyślij gadżety), a później na potęgę (eurogąbki). Trochę jak baca, który ma wielkie stado owiec, ale poziom przyrostu wełny jest bardzo zróżnicowany. Osobiście podzieliłbym je na różne stadka. I wertykalnie, i horyzontalnie. Jedne strzygł od razu, a inne jeszcze pokarmił. I owieczki zaczęły beczeć, najpierw akcjami typu “Nie płacę na NK”.

Mistrzostwem NK była akcja z fikcyjnymi kontami. Każdy kto zarządzał bazami danych, wie o co chodzi. :) ))

“Śledzikowaty” produkt, dziś stał się społecznym polem do żartów. Skala odrzucenia (mentalnego, nie rzeczywistego) jest chyba spora ( moja subiektywna opinia). Nie przypominam sobie nikogo, kogo ta funkcja NK zachwyciła. Tyle tylko… że to nie o funkcję chodzi, a sposób jej wprowadzenia ( narzucenie wszystkim userom, bez pola manewru i możliwości wyboru). I tu jest chyba “pies podgrzewany” :) )

IMHO Pan Gąbka powinien sobie wziąć do serca i przemysleć  strategię userów. Wmawianie sobie w lustrze, że “jest super, jest super, więc o co ci chodzi” – dopóty działa prawo dużych liczb, bywa złudne. Lekceważenie userów, to zaproszenie konkurencji do wspólnego stołu. Nie tylko bezpośredniej – przede wszystkim tej substytucyjnej …. Chyba, że rzeczywiście core business NK jest wykorzystywanie sentymentów wyłącznie do wciskania reklam i wyżymania eurogąbek. Na wielu sponsorów pewnie jeszcze to działa.

Ale dziś coraz częściej inwestorzy w reklamę sieciową nie zadają pytania “ilu nas obejrzało”, ale “co z tego wynika”. Wszyscy się zachłystują przyrostem budżetów w sieci. Super. Ale zadaje pytanie o efekty ? Tutaj bywa baardzo różnie.

Trudno nie zgodzić się z opinią, że następuje polaryzacja social media. NK zaczyna być kojarzona z “dziuniami”, oglądaniem psów, chałupek i wakacji z Bułgarii. Czyli podniety Polski B, C i tak dalej. Targety proszkowe, płynowe i taniomasowe wynikające z ilości userów. Podkreślam : “zaczyna być kojarzona” – co nie znaczy, że tak jest ( badania …). Dla mnie osobiście, NK jest użyteczną platformą kontaktu z masą znajomych, których nie widziałem od lat. Ale nie przypominam sobie, żebym zapamiętał jakąkolwiek charakterystyczną reklamę z tego serwisu …

Dla mnie przyszłość social media odgrywa się w Facebooku. Przenoszone są tu przede wszystkim realne potrzeby userów. Choć może czasami drażnić inwazyjność oferowania różnych aplikacji. Poza tym “przestrzeń użytkowa” FB jest spora. W innych socialach, nie potrafię czasem oprzeć się wrażeniu, że okno użytkowe coraz więcej pola oddaje przestrzeni reklamowej … Niewątpliwą siłą FB jest jego elastyczność, multiplikacyjność, multimedialność. Można się uzależnić ? Można :) ) Dlaczego ? Jeśli otaczasz się informacjami, które są dla Ciebie interesujące – to jedzenie tylko zaostrza apetyt :)

Narzędzi webowych, którymi ostatnio wszyscy się zachłystują – jest co nie miara :) Jestem na GL, FB, LinkedIn i NK. Czasem coś ćwierknę. Ale już Blip. Flicker, Profeo … Po prostu przeciętny człowiek nie jest w stanie. To wszystko “kosztuje czas”. Dlatego wróżę karierę narzędziom integrującym :) ))) Chętnie zobaczyłbym “pulpit sterowniczy”, w którym mogę szybko  zobaczyć co się dzieje na moich grupach na GL, czy nie toczy się fajna dyskusja na FB albo ktoś ciekawie nie ćwierka. Im więcej różnorodności – tym większe zainteresowanie narzędziami upraszającymi :) Klasyka.

Nie potrafię też oprzeć się przekonaniu, że przyszłość social media, to również przestrzenie specjalistyczne, zaprojektowane pod kątem określonych grup zawodowych, biznesowe, z targetowanym przekazem. Samograje z rewelacyjnym biznes planem. Niejednokrotnie zamykane i przeznaczone wyłącznie dla swoich użytkowników.  Płatne. Ot, takie wirtualne HBO czy Canal+. Z reklamami, ale starannie dobranymi, wiarygodnymi. Prawdziwymi ofertami, a nie pietruszką na targu. Wartościową i wiarygodną bazą wiedzy.

Wizualizacja na dziś ? Facebook – to taki sklep delikatesowy ? NK -  masowy discount, w którym już trochę kartony zaczynają się sypać ?  Goldenline – sieciowa księgarnia z ambicjami ?

PS. Wszyscy uczą się FB. Również Harvard Business Review :) ) Ostatnio próbował sprzedawać tak swoją prenumeratę, przez stronę fanów. IMHO zastosowanie tych samych mechanizmów sprzedażowych, procesów w FB czy innych socialach trochę mija się z celem. Fanom trzeba dawać różne rzeczy J))  Dlatego czekam na facebokowsko-fanowskie koszulki “Przekroju” czy kubki “Pressu” :) ) Ciekawe, kiedy wpadną na to, że trzeba również kupować konkursami z nagrodami, ale inteligentnymi w stylu „Gdzie to w Polsce?” :) ))

→ 1 komentarzKategorie: Uncategorized

październik 15, 2009 · Dodaj komentarz

free counters

→ Zostaw KomentarzKategorie: Uncategorized

Czy menedżerowie śnią o potulnych klientach ?

październik 5, 2009 · 1 komentarz

Potulnych ? Niekonfliktowych ? Grzecznie kupujących ?
Nie wyrażających zbytnio swoich opinii ? Czy do
własnie takiego klienta, przywykli współcześni
menedżerowie ?
Wykształceni na podręcznikach sprzed minimum kilku
lat. Gdzie jeszcze niewiele pisano o sile portali
społecznościowych czy błyskawicznej możliwości
przekazu informacji o ocenie nowego produktu.
Klient staje się dziś “mądrością Borga” :) ) Wirtualnego
społeczeństwa, które dostarczy mu informacji. Inna
sprawa, na ile będzie ona wiarygodna i użyteczna. To
całkowicie inna sprawa.
Wyedukowany, świadomy klient, staje się dziś jak guru
w swoich środowiskach. Wyposażony w wiedzę, której
nie posiadają ci, którym nie są dostępne istotne
informacje. I tego guru się słucha. O wiele częściej, niż
firmowych ekspertów. Szukajcie takich guru. Pracujcie z
nimi. Ale nie usiłujcie manilpulować :) Nie dadzą się :)
Możecie pewnie chcieć ich kupić. Ich opinie, wnioski.
Wielu się skusi. Sieciowego celebryta słuchają. A on
nawet nie musi tyłka ruszyć zza biurka, żeby
podpowiedzieć co warto kupować. Tylko, że to w sumie
rosyjska ruletka. Dzisiejszy guru, może wylądować na
jutrzejszym śmietniku ingorowanych nicków.
Przekupionych, nieobiektywnych, nierzetelnych. Nie
kupujcie guru :) Ani im, ani wam się to nie będzie
opłacać.
Czy potulny klient – to klient dobry ? A potulny menedżer
? Wieczny potakiwacz i pochlebca ? Bezkrytycznie
akceptujący wszystkie pomysły szefa ? Jakby wyglądał
zespół Dr. House`a,  składający się z potakiwaczy ????
:) ))
Klient potulny, to klient marny. Niechętny do
współpracy. Trzeba go kupować, a i tak nie ma
gwarancji, że będzie szczery. Poza tym, kupowanie
czyni zmanierowanym. A zmanierowani klienci to gorsza
kara Opatrzności niż wszystkie plagi egipskie.
Zacznijcie szanować tych, co pytają. Drążą. Obalają
mity. Probują wskazać błędy waszych procesów
biznesowych. Szukajcie pasjonatów waszych branż.
Rozsianych gdzieś w specjalistycznych serwisach
społecznościowych. Czy inwestujących swój czas w
amatorskie, słabe technicznie serwisy internetowe.
Czas Ogłupiania Klienta powoli się kończy. Tylko trzeba
jeszcze przejść przez etap Ogłupianego Menedżera.
“Czy menedzerowie marza o potulnych klientach ?” to parafraza  Blade Runner “Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?”

Potulnych ? Niekonfliktowych ? Grzecznie kupujących ? Nie wyrażających zbytnio swoich opinii ? Czy do własnie takiego klienta, przywykli współcześni menedżerowie ? Wykształceni na podręcznikach sprzed minimum kilku lat. Gdzie jeszcze niewiele pisano o sile portali społecznościowych czy błyskawicznej możliwości przekazu informacji o ocenie nowego produktu.

Klient staje się dziś “mądrością Borga” :) ) Wirtualnego społeczeństwa, które dostarczy mu informacji. Inna sprawa, na ile będzie ona wiarygodna i użyteczna. Wyedukowany, świadomy klient, staje się dziś guru w swoich środowiskach. Wyposażony w wiedzę, której nie posiadają ci, którym nie są dostępne istotne informacje. I tego guru się słucha. O wiele częściej, niż firmowych ekspertów.

Szukajcie takich guru. Pracujcie z nimi. Ale nie usiłujcie manilpulować :) Nie dadzą się :)  Możecie pewnie chcieć ich kupić. Ich opinie, wnioski. Wielu się skusi. Sieciowego celebryta słuchają. A on nawet nie musi tyłka ruszyć zza biurka, żebypodpowiedzieć co warto kupować. Tylko, że to w sumie rosyjska ruletka. Dzisiejszy guru, może wylądować na jutrzejszym śmietniku ingorowanych nicków. Przekupionych, nieobiektywnych, nierzetelnych.

Nie kupujcie guru :) Ani im, ani wam się to nie będzie opłacać. Czy potulny klient – to klient dobry ? A potulny menedżer ? Wieczny potakiwacz i pochlebca ? Bezkrytycznie akceptujący wszystkie pomysły szefa ? Jakby wyglądał zespół Dr. House`a,  składający się z potakiwaczy ???? :)))

Klient potulny, to klient marny. Niechętny do współpracy. Trzeba go kupować, a i tak nie ma gwarancji, że będzie szczery. Poza tym, kupowanie czyni zmanierowanym. A zmanierowani klienci to gorsza kara Opatrzności niż wszystkie plagi egipskie.

Zacznijcie szanować tych, co pytają. Drążą. Obalają mity. Próbują wskazać błędy waszych procesów biznesowych. Szukajcie pasjonatów waszych branż. Rozsianych gdzieś w specjalistycznych serwisach społecznościowych. Czy inwestujących swój czas w amatorskie, słabe technicznie serwisy internetowe. Słuchajcie ich i pracujcie z nimi. Ale ich nie zatrudniajcie :)

Czas Ogłupiania Klienta powoli się kończy. Tylko trzeba jeszcze przejść przez etap Ogłupianego Menedżera.

PS. “Czy menedzerowie marza o potulnych klientach ?” to oczywiście parafraza  Blade Runner “Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?”

→ 1 komentarzKategorie: Uncategorized

Ostatni telegram.

październik 3, 2009 · Dodaj komentarz

30 października. Środa. 10 lecie “Briefu”. Bardzo chciałem tam być, ale niestety – następnego dnia mam rano ważne spotkanie. Nie da rady przełożyć. Postanawiam wysłać życzenia. Pocztą ? Za długo. SMS-em ? Nie wypada. Mailem ? Też nie za bardzo. Wysłać wynajętą striptizerkę ? Hm… to mogłoby być ciekawe :) )) Postawiłem na telegram. Tym bardziej, że był to ostatni dzień możliwości skorzystania z tej usługi.
Zaczęło się zachęcająco. Wymyślenie życzeń i wypełnienie treści. Zakończyłem cytatem Sapkowskiego “coś się kończy, coś zaczyna”.  Wszak zaczęło się od telegrafu i od 1852r. minęło 157 lat.
Jednak w procedurach musiały mi sobie pomóc nawzajem aż dwie panie. Pojawił się poważny problem z potwierdzeniem usługi mailem. Telekonferencje na linii UP Gdynia – moja komórka, trwały bodajże pół godziny w sumie :) ) Miałem zaszczyt rozmawiać z sama Panią Kierownik !
Telegram w końcu udało się wysłać. Grzegorz również potwierdził jego odebranie. Mam nadzieję, że zachowa go w swoim archiwum i pozytywnej pamięci. Pamiątka historyczna, jakkolwiek by nie patrzeć. Jego Antek pewnie poczeka 50 lat i puści na jakimś “Allegro” :) )))
30 października. Środa. 10 lecie “Briefu”. Bardzo chciałem tam być, ale niestety – następnego dnia mam rano wypada mi ważne spotkanie. Nie da rady przełożyć. Postanawiam wysłać życzenia. Pocztą ? Za długo. SMS-em ? Nie wypada. Mailem ? Też nie za bardzo. Wysłać wynajętą striptizerkę ? Hm… to mogłoby być ciekawe :) )) Postawiłem na telegram. Tym bardziej, że był to ostatni dzień możliwości skorzystania z tej usługi.
Zaczęło się zachęcająco. Wymyślenie życzeń i wypełnienie treści. Zakończyłem cytatem Sapkowskiego “coś się kończy, coś zaczyna”.  Wszak zaczęło się od telegrafu i od 1852r. minęło 157 lat.
Jednak w procedurach musiały mi sobie pomóc nawzajem aż dwie panie. Pojawił się poważny problem z potwierdzeniem usługi mailem. Telekonferencje na linii UP Gdynia – moja komórka, trwały bodajże pół godziny w sumie :) ) Miałem zaszczyt rozmawiać z sama Panią Kierownik !
Telegram w końcu udało się wysłać. Grzegorz również potwierdził jego odebranie. Mam nadzieję, że zachowa go w swoim archiwum i pozytywnej pamięci. Pamiątka historyczna, jakkolwiek by nie patrzeć. Jego Antek pewnie poczeka 50 lat i puści na jakimś “Allegro” :) )))

→ Zostaw KomentarzKategorie: Uncategorized

Czas na E-bajer ?

październik 3, 2009 · Dodaj komentarz

dowcip o encyklopedii
Gdzieś był taki cytat “każdy żyje ze sprzedawania czegoś”. Pewien przedsiębiorca sprzedawał encyklopedie, ale kiepsko mu szło.
Zgłosił się do niego chętny do pracy. Kandydat miał niestety pewien problem – przeraźliwie się jąkał. Boss postawił warunek – jeśli
sprzeda 10 sztuk w przeciągu tygodnia, przyjmie go do pracy. Kandydat zgodził się, zabrał 10 encyklopedii i już późnym popołudniem
wrócił z gotówką. Sprzedał wszystkie. Sytuacja powtórzyła się kolejnego dnia i następnego… Przedsiębiorca, po kolejnej,
nieprzespanej z ciekawości nocy, postanowił wyśledzić tę cudowną metodę sprzedaży swojego nowego pracownika. A ten, w chwili
gdy ktoś otwierał drzwi, wyciągał przed siebie encyklopedię i mówił ”  Kkuupppisz pppaaaan ksiaaażkeee, czczczyyy mmmmaammm
czczczyyytać ddddaaalej…”
Przypomniała mi się ta historyjka, kiedy przeczytałem wpis Maćka Budzicha, o jego wrażeniach z konferencji Piotra Majewskiego
http://www.facebook.com/note.php?note_id=177661845030&ref=mf
Z zainteresowałem przeczytałem jego opinię, jak też szereg wcześniejszych komentarzy do metodologii Wcześniej czytałem książkę,
również przejrzałem możliwości Implobota. Kiedyś również mialem możliwość wypicia kawy wspólnie z Piotrem w Sopocie. Nie
ukrywam, że byłem ciekaw tej konferencji i żałuję, że nie mogłem na niej być.  Przykład zjawiska i biznesu Piotra, jest moim zdaniem
świetnym przyczynkiem, żeby rozmawiać o metodologii e-biznesu. Wydaje się, że ta sfera rynku z fazy szczenięcej ( i robienia
wszystkiego przez wszystkich) zaczyna się profesjonalizować. A profesjonalizacja, oznacza ewolucję osób, które z uczniów stają się
mistrzami. Lub kandydatami na guru. Działalność Piotra oraz to co robi, jest na swój sposób – mistrzowską autokreacją i sprzedażą
swojej koncepcji e-biznesu. Nie wiem czy jest już “guru” w środowiskach internautów – na pewno jakimś kandydatem :) ) Jego książka,
jest jedną z nielicznych pozycji, napisanych przez w pełni rdzennych, polskich autorów. To jest moim zdaniem ważne, z punktu widzenia
specyfiki naszego lokalnego rynku.
“E-marketing” z kolei, jako pewien obszar wiedzy, jest generalnie nadal “dzikim zachodem”. Nie wiem jak na świecie, ale w Polsce na
pewno. Kolarzy się najczęściej z mniej lub bardziej rozbudowaną formą spamu. Lub przesyłaniem sobie zabawnych virali. Albo
irytującymi pop-upami, których nie można zamknąć. Poprawcie mnie, jeśli się mylę. Innymi słowy, ostatnim skojarzeniem, jaki ma e-
marketing, to budowanie dialogu z klientem.
Narzędzia e-marketingowe, są z punktu widzenia inwestycji – śmiesznie tanie. Internet pełen jest najróżniejszego oprogramowania,
dzięki któremu możemy “nadawać” informacje lub zarządzać bazami danych. Koszty transferowe są śmieszne ect. – ci wszyscy, którzy
się tym zajmują wiedzą to doskonale. Konkluzja: bariery wejścia w rynek e-marketingu, są śmiesznie niskie. Nieomalże każdy może to
robić (jeśli jest informatykiem – sam sobie zrobi aplikację, jeśli nie – wykorzysta dostępne na rynku). Cała reszta – to graficzna fasada,
oferta portfela usług. Nawet nie baz danych – bo bazę danych ma dostarczyć klient. (Moim zdaniem prawdziwe pieniądze w e-
marketingu, to zweryfikowani klienci CZYTAJACY mailingi i KORZYSTAJACY z zawartych tam ofert produktów czy usług.) Czy
pojawiające się ostatnio usługi typu “płacimy Ci za oglądanie reklam” odniosą sukces ? Trudno powiedzieć.
Z punktu widzenia kosztów, czy wysyłam ofertę w stu mailach czy milionie – nie ma to znaczenia. W przeciwieństwie do wysyłanej
oferty np. pocztą. I właśnie dzięki temu, mamy przemysł antyspamowy, rozwiązania legislacyjne. Dzięki temu, ziściła się wizja
Stanisława Lema z “Cyberiady” i Zbójca Gębona, pragnącego poznać KAŻDĄ informację pojawiającą się we Wszechświecie. Moim
zdaniem Lem widząc dzisiejszy e-marketing, radośnie chichoce gdzieś z góry :) )))
Jednak nadal problemem jest to, że np. samo pojęcie “spamu” jest bzdurnie i opacznie nadal pojmowane. Napisałem kiedyś ( i trzymam
się tej opinii :) ), że ze spamem jest tak, jak z molestowaniem seksualnym w pracy. Jeśli molestowanej osobie sytuacja nie odpowiada -
to głośno o tym krzyczy lub unika określonych sytuacji. I jest to zjawisko naganne. Ale jeśli jest inaczej, to mamy do czynienia z
klasycznym podrywem czy adoracją. A to już zupełnie inna kwestia.  Każdy z nas, kiedy otrzyma pocztą elektroniczną
NIEZAMÓWIONĄ ofertę, która go bardzo zainteresuje – nie wykrzykuje kwestii o spamach, nie licytuje określonych ustępów prawnych
ani nie wydzwania do prokuratury. Cieszy się przede wszystkim z tego, że dostał ciekawą ofertę.
Spam spamowi nierówny. Powinniśmy umieć odróżnić “biznesowe oferty” z Nigerii, “nagłe spadki” ze Szkocji, usługi powiększania czy
pomniejszania penisów i viagry za free od okazyjnych sprzedaży koni wierzchowych, licytacji świątecznych karpii czy zwykłych
prowokacji. Faktem jest, że dziś na 100 maili – 99 to śmieci, a 1 to ważna informacja. Ale może sztuką jest nauczyć się jak wyłapać ten
jeden mail, a nie jak walczyć z pozostałymi 99 ….
Perswazyjne, e-marketingowe metody Piotra Majewskiego – w swej językowej konstrukcji, formułach, metodologii – zbliżone są bardzo
do tzw. “multilevel marketingu”. Ten specyficzny żargon, nieobcy jest również firmom oferującym bezpłatne wróżby, cudowne łańcuszki
czy kamienie rozwiązujące problemy życiowe. W prasie kolorowej jest sporo takich ofert, które już za darmo (lub kilka groszy) zdradzą
nam Wielką Tajemnicę Życia. Nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że w tym przypadku jest to też kwestia Wielkich Tajemnic Biznesu
(znane wyłącznie tym, którzy opowiedzą się po jednej stronie mocy – czytaj: płacą).  W Polsce są całe rzesze ludzi, którzy łatwo kupują
“cudowne metody na biznes” – polecam mój wpis “Maniera menedżerska” i syndrom pstryknięcia.
E-marketingiem często nie zajmują się marketerzy. Zajmują się nim np. informatycy. Niednokrotnie z casusem Gavicka (wpis na blogu
:) ) Ludzi, którzy potrafią tworzyć rewelacyjne rozwiązania informatyczne, flashowe, webowe ect. Ale całkowicie nie rozumiejących
procesów zakupowych, budowania więzi z klientem czy mechanizmów sprzedaży. Zachowują się tym samym, jak szef fabryki, który
wyprodukował coś, a później kombinuje jak koń pod górę jak to sprzedać. Ktoś skojarzył to z orientacją produkcyjną ? Brawo :) ))
Niektórym zapachniało to “Śledzikiem” ? Brawo po raz drugi :) )) Tak – moim zdaniem “Śledzik” jest pierwszym w Polsce, masowo
wprowadzonym produktem webowym, który wywołał tak olbrzymi opór materii internautów. Dowody ? Niech ktoś przeanalizuje ILOŚĆ
pojawiających się komentarzy na NK, pod wątkiem tego produktu.
Dziś moim zdaniem, trzeba mieć chyba charyzmę Steva Jobsa i bardzo mocno umocowany brand, żeby sobie pozwalać na
eksperymenty z nowymi produktami np. webowymi – bez pytania userów o opinie. NK moim zdaniem jest znanym brandem … Ale TP
S.A. też jest znanym brandem … Znajomość brandu, nie determinuje automatycznie zaufania czy szacunku do marki.
Rozwiązania e-marketingowe ( nie tylko lansowane przez Piotra Majewskiego), wydają mi się nieomalże zmuszać klientów do sytuacji
zakupowej. Nazwanie to przez Maćka “marketingiem męczącym” uważam za trafienie w sendo sprawy i ukucie rewelacynego, nowego
pojęcia. Nie raz i nie dwa, w sieci czujemy się “męczeni” namolnymi próbami nawiązania komunikacji, siłowym wręcz przekazaniem
jakiejś informacji. Stworzeniem wrażenia, że jeśli nie skorzystamy z oferty – to wiele stracimy. Jesteśmy “męczeni” sugestiami, że nie
kupując – będziemy frajerami ( bo inni już dawno kupili). Innymi słowy, “męczą” nas mniej lub bardziej mistrzowską socjotechniką, która
jest absolutną podstawą biznesu o nazwie “multilevel marketing”. Liczy się tylko to, czy kupisz czy nie. Cała reszta ( twoje opinie,
oczekiwania itp.) nie ma w zasadzie istotniejszego znaczenia.
Niednokrotnie sprzedawcy usług e-marketingowych mówią: “zrobimy Ci aż milion wysyłek” (do bliżej niekreślonego targetu).
Odpowiadam – “i co z tego, skoro sprzedaż będzie wynikiem li tylko statystycznym”. Można też bazować na emocjach. Ogłoszenie
“sprzedam paskudne koty – 50 USD sztuka”, po godzinie przyciągnęło ponad setkę chętnych. Marketerzy coraz częściej muszą uczyć
się odróżniać RZECZYWISTE zainteresowanie od efektu statystycznego. Zacząć myśleć JAKOŚCIĄ komunikatu, a nie ILOŚCIĄ
przesłanego materiału lub emocjonalnym chwytem czy “kruczkiem” na klienta. A jakość – to prawdziwa korzyść. I tutaj już trzeba mocno
wysilić szare komórki i zaprząc synapsy do pracy. Ale myślenie było zawsze trudniejsze niż korzystanie z utartych schematów.
Marketingowi e-twórcy, nierzadko próbują wykorzystać np. istniejącą metodologię budowy zainteresowania klienta. Modele “wytarte”
przez agencje reklamowe, na których jadą od dziesiątek lat. Modele, w których masa klientów szturmuje sklepy po wielkiej kampanii
reklamowej w prasie, radiu i telewizji. Moim zdaniem to złudna ścieżka. Klienci po masowych kampaniach w sieci, szturmują przede
wszystkim vortale typu Ceneo oraz trzepią serwisy społecznościowe w poszukiwaniu opinii. Kupują dopiero PO zakończeniu tegoż
trzepanka. Kupują ŚWIADOMIE, a nie EMOCJONALNIE. Kryzys jedynie zaostrzył to zjawisko. Racjonalizm zakupowy w internecie, jest
moim zdaniem o wiele silniejszy niż poza nim. Może ktoś by to zbadał ? :) )) To tylko moja intuicyjna opinia.
Czy teraz poważna dyskusja o e-marketingu, ma się sprowadzać do wymyślania i analizowania mniej lub bardziej skutecznych
sposobów “łapania frajerów” na socjotechniczne sztuczki ? Proszę mnie źle nie zrozumieć – metody Piotra Majewskiego, są takie a nie
inne. Można je wykorzystać zarówno do sprzedaży kiepskich komputerów czy oszukańczych usług. Ale i akcji “Krewniaków”, wsparcia
fundacji Anny Dymnej czy WOSP. Inna sprawa, czy te ostatnie akcje prowadzone w ten sposób, spotkają się z pozytywnym
oddźwiękiem odbiorców ?
Moim zdaniem, poszukiwanie dziś nowych sztuczek na robienie klienta w bambuko – znalazło również swoją postać w internecie. Tylko,
że z istotą e-marketingu, nie ma to nic wspólnego. Historia musiałaby się cofnąć o jakieś 20-30 lat. To, że dla wielu pojęcie
“marketingu” jest synonimem oszustwa czy manipulacji klientem – świadczy niestety albo o ich niedouczeniu lub totalnej ignorancji
wobec tematu.  To tak jak z dyrygenturą – nie mam bladego pojęcia o jej arkanach, więc się nie wypowiadam. I jasno to komunikuję. W
Polsce na marketingu znają się wszyscy. Podobnie jak na polityce. I pani z mięsnego, i menel w parku, i gosposia, i urzędnik, i
dziennikarz. Wszyscy mają swoje zdanie o marketingu i są niemalże ekspertami :) )))
Zawsze do znudzenia przypominam, że prawdziwe, długofalowe korzyści dla firmy, to praca z klientem jako partnerem. A nie frajerem
do jedno- lub kilkurazowego skrojenia. Jeszcze kiedyś takie praktyki dawało się ukryć. Dziś, jak np. jakiś bank uczyni “frajerów z
klientów” – jutro ma setki komentarzy w sieci, parę interwencyjnych stron webowych, dziesiątki wątków na forach dyskusyjnych. I za
chwilę jakieś żółte paski w TVN24, programy typu “Uwaga” itp. Jest nadal wiele naiwnych firm, które wierzą, że masę tematów da się
zamieść pod dywan.
Moim zdaniem, metody Piotra Majewskiego, są o tyle niebezpieczne, że ich skuteczność wynika z socjotechniki, a nie realnego
budowania relacji z klientem ( uwaga: chodzi mi o kontent, a nie mechanizmy informatyczne). To jest tylko NARZĘDZIE, którego
skuteczność tak naprawdę zależy od pomysłu marketera czy agencji.
Jak wytłumaczyć gospodyni domowej, który płyn do zmywania jest lepszy ? (A przecież są takie same ? :) Tak, wielu marketerów
traktuje swoich klientów jak ostatnich głupców. Uważa, że klienci, to “banda frajerów z kasą”, a sztuka marketingu polega na
wymyśleniu sposobów wciskania kitu. Spowodowania użycia karty kredytowej czy gotówki. Reszta się nie liczy. Sprzedaż spada ?
trzeba uruchomić kampanię reklamową czy promocję. Trzeba wpłynąć na masy, aby kupowały. A jaka jest ich opinia ? To już nie ma
większego znaczenia. Opinie zadowolonych klientów są też do kupienia…. Opinie badawcze też … Takie zjawiska są chore. Niestety,
nadal skuteczne. Skuteczne dopóki, dopóty klienci nie kupują świadomie. Jakich klientów wolicie ? Głupich, którzy dają się nabierać na
Wasze sztuczki, ale zmieniających brandy jak rękawiczki ? Czy trochę mądrzejszych, wymagających od Was trochę więcej, ale
będących z Wami od lat ? Wybierajcie :) )
Najbardziej rozśmieszają mnie np. firmy, które z jednej strony chwalą się wszem i wobec, jakież to wielkie projekty CSR uruchamiają. A
z drugiej strony, mają front office oparty o przygłupawą, gadającą telesprzedaż. Konstrukcje umów, w których oni mogą wszystko, a
klient jedynie podpisać … I wolające o pomstę do Opatrzności – Biuro Obsługi Klienta (znane jako Biuro Odpychania Klientów). Jako
korzystający z usług, dostajesz szału, po płacąc za to, finansujesz taki a nie inny poziom jakości obsługi ….
Narzędzia do komunikacji z klientem, powinny przede wszystkim zapewniać jakiś feedback. A to z kolei, to poszukiwanie metody
“angażującej” : konkurs, nagroda, badanie – cokolwiek, co nie będzie nudne i co zaangażuje. To elementy znane z programów
lojalnościowych ( ale tych dobrych :) )). Jeśli chcemy nawiązać komunikację z klientem – wymyślmy ciekawe sposoby, które go do nas
nie zrażą.
Jeśli chcemy zasypywać klienta perswazyjnymi mailami (za jego zgodą), to sprawdźmy, czy nie są to elektroniczni masochiści.
E-marketing w mom przekonaniu, to ciężka, umysłowa harówka. Budowanie mitów, że coś jest “lekkie, łatwe i przyjemne” oraz opiera
się o “odkrywanie tajemnej wiedzy” za parę groszy – to przepierka mózgu naiwnym. Sugerowanie, że odkrycie “wielkich tajemnic”
zapewni nam fajny projekt, dzięki któremu milion internautów co miesiąc przelewać nam będzie na konto jednego, tłustego dolara,
bywa dość ułudne. Wielka, internetowa bańka udowodniła niektórym, że cudów nie ma ( choć bywa, że się zdarzają :) ))
Brakuje mi porządnej konferencji, na której ludzie będą chcieli się rzeczywiście podzielić swoim doświadczeniem ( a nie sprzedawać
wyłącznie swoje rozwiązania). Solidną dyskusję obecnym e-biznesie i łączeniem koncepcji z narzędziami. A nie rozmowach o
zestawach tricków czy sposobach cwanego wyciągania informacji.  Akurat pod tym względem niekwestioniwanym mistrzem
metodologii jest Kevin Mitnick :) )) Którego każdy szanujący się spec e-marketingu, powinien znać :) ))
Dla mnie, korzystającego z internetu od 1996r., bywają irytujące przekonania “dzisiejszej e-młodzieży”, która często uważa, że
najlepszy biznes robi się na frajerstwie klientów, a nie budowaniu rzeczywistych, długofalowych relacji z nimi. Brakuje mi np. takiego
Juliusza Donajskiego, którego opinię zawsze sobie ceniłem – w kontekście np. stron internetowych i biznesu elektronicznego. Ale kto
dziś pamięta faceta, który tworzył podstawy pozytywnego myślenia o tej branży ?
Piotr Majewski zarabia pieniądze. Po prostu. Jest sprawnym rzemieślnikiem. Potrafi się lansować. Czy potrafi robić to z zyskiem ? Nie
mam pojęcia, nie jestem jego księgowym :) )) Jeśli jego klienci są zadowoleni – to nie ma o co kruszyć kopii. Ale moim zdaniem – Piotr
nie jest guru. Nie jest Stevem Jobsem polskiego e-marketingu. Ani Artem Freyem, Peterem Druckerem czy Al Riesem :) )) Może kiedyś
będzie – czego mu gorąco życzę.
PS. Co do historii Maćka z oponami – polecam Oponeo.pl. Moi absolwenci, których serdecznie pozdrawiam  :))))

Gdzieś był taki cytat “każdy żyje ze sprzedawania czegoś”. Pewien przedsiębiorca sprzedawał encyklopedie, ale kiepsko mu szło.  Zgłosił się do niego chętny do pracy. Kandydat miał niestety pewien problem – przeraźliwie się jąkał. Boss postawił warunek – jeśli sprzeda 10 sztuk w przeciągu tygodnia, przyjmie go do pracy. Kandydat zgodził się, zabrał 10 encyklopedii i już późnym popołudniem wrócił z gotówką. Sprzedał wszystkie. Sytuacja powtórzyła się kolejnego dnia i następnego… Przedsiębiorca, po kolejnej, nieprzespanej z ciekawości nocy, postanowił wyśledzić tę cudowną metodę sprzedaży swojego nowego pracownika. A ten, w chwili gdy ktoś otwierał drzwi, wyciągał przed siebie encyklopedię i mówił ”  Kkuupppisz pppaaaan ksiaaażkeee, czczczyyy mmmmaammm czczczyyytać ddddaaalej…”. Przypomniała mi się ta historyjka, kiedy przeczytałem wpis Maćka Budzicha, o jego wrażeniach z konferencji Piotra Majewskiego

Z zainteresowałem przeczytałem jego opinię, jak też szereg wcześniejszych komentarzy do metodologii Wcześniej czytałem książkę, również przejrzałem możliwości Implobota. Kiedyś również mialem możliwość wypicia kawy wspólnie z Piotrem w Sopocie. Nie ukrywam, że byłem ciekaw tej konferencji i żałuję, że nie mogłem na niej być.  Przykład zjawiska i biznesu Piotra, jest moim zdaniem świetnym przyczynkiem, żeby rozmawiać o metodologii e-biznesu. Wydaje się, że ta sfera rynku z fazy szczenięcej ( i robienia wszystkiego przez wszystkich) zaczyna się profesjonalizować. A profesjonalizacja, oznacza ewolucję osób, które z uczniów stają się mistrzami. Lub kandydatami na guru. Działalność Piotra oraz to co robi, jest na swój sposób – mistrzowską autokreacją i sprzedażą swojej koncepcji e-biznesu. Nie wiem czy jest już “guru” w środowiskach internautów – na pewno jakimś kandydatem :) ) Jego książka, jest jedną z nielicznych pozycji, napisanych przez w pełni rdzennych, polskich autorów. To jest moim zdaniem ważne, z punktu widzenia specyfiki naszego lokalnego rynku.

“E-marketing” z kolei, jako pewien obszar wiedzy, jest generalnie nadal “dzikim zachodem”. Nie wiem jak na świecie, ale w Polsce na pewno. Kolarzy się najczęściej z mniej lub bardziej rozbudowaną formą spamu. Lub przesyłaniem sobie zabawnych virali. Albo irytującymi pop-upami, których nie można zamknąć. Poprawcie mnie, jeśli się mylę. Innymi słowy, ostatnim skojarzeniem, jaki ma e-marketing, to budowanie dialogu z klientem.

Narzędzia e-marketingowe, są z punktu widzenia inwestycji – śmiesznie tanie. Internet pełen jest najróżniejszego oprogramowania,  dzięki któremu możemy “nadawać” informacje lub zarządzać bazami danych. Koszty transferowe są śmieszne ect. – ci wszyscy, którzy się tym zajmują wiedzą to doskonale. Konkluzja: bariery wejścia w rynek e-marketingu, są śmiesznie niskie. Nieomalże każdy może to robić (jeśli jest informatykiem – sam sobie zrobi aplikację, jeśli nie – wykorzysta dostępne na rynku). Cała reszta – to graficzna fasada,  oferta portfela usług. Nawet nie baz danych – bo bazę danych ma dostarczyć klient. (Moim zdaniem prawdziwe pieniądze w e-marketingu, to zweryfikowani klienci CZYTAJACY mailingi i KORZYSTAJACY z zawartych tam ofert produktów czy usług.) Czy pojawiające się ostatnio usługi typu “płacimy Ci za oglądanie reklam” odniosą sukces ? Trudno powiedzieć.

Z punktu widzenia kosztów, czy wysyłam ofertę w stu mailach czy milionie – nie ma to znaczenia. W przeciwieństwie do wysyłanej oferty np. pocztą. I właśnie dzięki temu, mamy przemysł antyspamowy, rozwiązania legislacyjne. Dzięki temu, ziściła się wizja Stanisława Lema z “Cyberiady” i Zbójca Gębona, pragnącego poznać KAŻDĄ informację pojawiającą się we Wszechświecie. Moim zdaniem Lem widząc dzisiejszy e-marketing, radośnie chichoce gdzieś z góry :) )))

Jednak nadal problemem jest to, że np. samo pojęcie “spamu” jest bzdurnie i opacznie nadal pojmowane. Napisałem kiedyś ( i trzymam się tej opinii :) ), że ze spamem jest tak, jak z molestowaniem seksualnym w pracy. Jeśli molestowanej osobie sytuacja nie odpowiada - to głośno o tym krzyczy lub unika określonych sytuacji. I jest to zjawisko naganne. Ale jeśli jest inaczej, to mamy do czynienia z klasycznym podrywem czy adoracją. A to już zupełnie inna kwestia.  Każdy z nas, kiedy otrzyma pocztą elektroniczną NIEZAMÓWIONĄ ofertę, która go bardzo zainteresuje – nie wykrzykuje kwestii o spamach, nie licytuje określonych ustępów prawnych ani nie wydzwania do prokuratury. Cieszy się przede wszystkim z tego, że dostał ciekawą ofertę.

Spam spamowi nierówny. Powinniśmy umieć odróżnić “biznesowe oferty” z Nigerii, “nagłe spadki” ze Szkocji, usługi powiększania czy pomniejszania penisów i viagry za free od okazyjnych sprzedaży koni wierzchowych, licytacji świątecznych karpii czy zwykłych prowokacji. Faktem jest, że dziś na 100 maili – 99 to śmieci, a 1 to ważna informacja. Ale może sztuką jest nauczyć się jak wyłapać ten jeden mail, a nie jak walczyć z pozostałymi 99 ….

Perswazyjne, e-marketingowe metody Piotra Majewskiego – w swej językowej konstrukcji, formułach, metodologii – zbliżone są bardzo do tzw. “multilevel marketingu”. Ten specyficzny żargon, nieobcy jest również firmom oferującym bezpłatne wróżby, cudowne łańcuszki czy kamienie rozwiązujące problemy życiowe. W prasie kolorowej jest sporo takich ofert, które już za darmo (lub kilka groszy) zdradzą nam Wielką Tajemnicę Życia. Nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że w tym przypadku jest to też kwestia Wielkich Tajemnic Biznesu (znane wyłącznie tym, którzy opowiedzą się po jednej stronie mocy – czytaj: płacą).  W Polsce są całe rzesze ludzi, którzy łatwo kupują ”cudowne metody na biznes” – polecam  ”Maniera menedżerska” i syndrom pstryknięcia.

E-marketingiem często nie zajmują się marketerzy. Zajmują się nim np. informatycy. Niednokrotnie z casusem Gavicka . Ludzi, którzy potrafią tworzyć rewelacyjne rozwiązania informatyczne, flashowe, webowe ect. Ale całkowicie nie rozumiejących istoty procesów zakupowych, budowania więzi z klientem czy mechanizmów sprzedaży. Zachowują się tym samym, jak szef fabryki, który wyprodukował coś, a później kombinuje jak koń pod górę jak to sprzedać. Ktoś skojarzył to z orientacją produkcyjną ? Brawo :) )) Niektórym zapachniało to “Śledzikiem” ? Brawo po raz drugi :) )) Tak – moim zdaniem “Śledzik” jest pierwszym w Polsce, masowo wprowadzonym produktem webowym, który wywołał tak olbrzymi opór materii internautów. Dowody ? Niech ktoś przeanalizuje ILOŚĆ   pojawiających się komentarzy na NK, pod wątkiem tego produktu.

Dziś moim zdaniem, trzeba mieć chyba charyzmę Steva Jobsa i bardzo mocno umocowany brand, żeby sobie pozwalać na eksperymenty z nowymi produktami np. webowymi – bez pytania userów o opinie. NK moim zdaniem jest znanym brandem … Ale TP S.A. też jest znanym brandem … Znajomość brandu, nie determinuje automatycznie zaufania czy szacunku do marki.

Rozwiązania e-marketingowe ( nie tylko lansowane przez Piotra Majewskiego), wydają mi się nieomalże zmuszać klientów do sytuacji zakupowej. Nazwanie to przez Maćka “marketingiem męczącym” uważam za trafienie w sendo sprawy i ukucie rewelacyjnego, nowego pojęcia. Nie raz i nie dwa, w sieci czujemy się “męczeni” namolnymi próbami nawiązania komunikacji, siłowym wręcz przekazaniem jakiejś informacji. Stworzeniem wrażenia, że jeśli nie skorzystamy z oferty – to wiele stracimy. Jesteśmy “męczeni” sugestiami, że nie kupując – będziemy frajerami ( bo inni już dawno kupili). Innymi słowy, “męczą” nas mniej lub bardziej mistrzowską socjotechniką, która jest absolutną podstawą biznesu o nazwie “multilevel marketing”. Liczy się tylko to, czy kupisz czy nie. Cała reszta ( twoje opinie, oczekiwania itp.) nie ma w zasadzie istotniejszego znaczenia.

Niednokrotnie sprzedawcy usług e-marketingowych mówią: “zrobimy Ci aż milion wysyłek” (do bliżej niekreślonego targetu).  Odpowiadam – “i co z tego, skoro sprzedaż będzie wynikiem li tylko statystycznym”. Można też bazować na emocjach. Ogłoszenie ”sprzedam paskudne koty – 50 USD sztuka”, po godzinie przyciągnęło ponad setkę chętnych. Marketerzy coraz częściej muszą uczyć  się odróżniać RZECZYWISTE zainteresowanie od efektu statystycznego. Zacząć myśleć JAKOŚCIĄ komunikatu, a nie ILOŚCIĄ  przesłanego materiału lub emocjonalnym chwytem czy “kruczkiem” na klienta. A jakość – to prawdziwa korzyść. I tutaj już trzeba mocno wysilić szare komórki i zaprząc synapsy do pracy. Ale myślenie było zawsze trudniejsze niż korzystanie z utartych schematów.

Marketingowi e-twórcy, nierzadko próbują wykorzystać np. istniejącą metodologię budowy zainteresowania klienta. Modele “wytarte” przez agencje reklamowe, na których jadą od dziesiątek lat. Modele, w których masa klientów szturmuje sklepy po wielkiej kampanii reklamowej w prasie, radiu i telewizji. Moim zdaniem to złudna ścieżka. Klienci po masowych kampaniach w sieci, szturmują przede  wszystkim vortale typu Ceneo oraz trzepią serwisy społecznościowe w poszukiwaniu opinii. Kupują dopiero PO zakończeniu tegoż  trzepanka. Kupują ŚWIADOMIE, a nie EMOCJONALNIE. Kryzys jedynie zaostrzył to zjawisko. Racjonalizm zakupowy w internecie, jest  moim zdaniem o wiele silniejszy niż poza nim. Może ktoś by to zbadał ? :) )) To tylko moja intuicyjna opinia.

Czy teraz poważna dyskusja o e-marketingu, ma się sprowadzać do wymyślania i analizowania mniej lub bardziej skutecznych sposobów “łapania frajerów” na socjotechniczne sztuczki ? Proszę mnie źle nie zrozumieć – metody Piotra Majewskiego, są takie a nie inne. Można je wykorzystać zarówno do sprzedaży kiepskich komputerów czy oszukańczych usług. Ale i akcji “Krewniaków”, wsparcia fundacji Anny Dymnej czy WOSP. Inna sprawa, czy te ostatnie akcje prowadzone w ten sposób, spotkają się z pozytywnym oddźwiękiem odbiorców ?

IMHO poszukiwanie dziś nowych sztuczek na robienie klienta w bambuko – znalazło również swoją postać w internecie. Tylko, że z istotą e-marketingu, nie ma to nic wspólnego. Historia musiałaby się cofnąć o jakieś 20-30 lat. To, że dla wielu pojęcie ”marketingu” jest synonimem oszustwa czy manipulacji klientem – świadczy niestety albo o ich niedouczeniu lub totalnej ignorancji wobec tematu.  To tak jak z dyrygenturą – nie mam bladego pojęcia o jej arkanach, więc się nie wypowiadam. I jasno to komunikuję. W Polsce na marketingu znają się wszyscy. Podobnie jak na polityce. I pani z mięsnego, i menel w parku, i gosposia, i urzędnik, i dziennikarz. Wszyscy mają swoje zdanie o marketingu i są niemalże ekspertami :) )))

Zawsze do znudzenia przypominam, że prawdziwe, długofalowe korzyści dla firmy, to praca z klientem jako partnerem. A nie frajerem do jedno- lub kilkurazowego skrojenia. Jeszcze kiedyś takie praktyki dawało się ukryć. Dziś, jak np. jakiś bank uczyni “frajerów z klientów” – jutro ma setki komentarzy w sieci, parę interwencyjnych stron webowych, dziesiątki wątków na forach dyskusyjnych. I za chwilę jakieś żółte paski w TVN24, programy typu “Uwaga” itp. Jest nadal wiele naiwnych firm, które wierzą, że masę tematów da się zamieść pod dywan.

Moim zdaniem, metody Piotra Majewskiego, są o tyle niebezpieczne, że ich skuteczność wynika z socjotechniki, a nie realnego budowania relacji z klientem ( uwaga: chodzi mi o kontent, a nie mechanizmy informatyczne). To jest tylko NARZĘDZIE, którego skuteczność tak naprawdę zależy od pomysłu marketera czy agencji.

Jak wytłumaczyć gospodyni domowej, który płyn do zmywania jest lepszy ? (A przecież są takie same ? :) Tak, wielu marketerów traktuje swoich klientów jak ostatnich głupców. Uważa, że klienci, to “banda frajerów z kasą”, a sztuka marketingu polega na wymyśleniu sposobów wciskania kitu. Spowodowania użycia karty kredytowej czy gotówki. Reszta się nie liczy. Sprzedaż spada ? trzeba uruchomić kampanię reklamową czy promocję. Trzeba wpłynąć na masy, aby kupowały. A jaka jest ich opinia ? To już nie ma większego znaczenia. Opinie zadowolonych klientów są też do kupienia…. Opinie badawcze też … Takie zjawiska są chore. Niestety, nadal skuteczne. Skuteczne dopóki, dopóty klienci nie kupują świadomie. Jakich klientów wolicie ? Głupich, którzy dają się nabierać na Wasze sztuczki, ale zmieniających brandy jak rękawiczki ? Czy trochę mądrzejszych, wymagających od Was trochę więcej, ale będących z Wami od lat ? Wybierajcie :) )

Najbardziej bawią mnie np. firmy, które z jednej strony chwalą się wszem i wobec, jakież to wielkie projekty CSR uruchamiają. A z drugiej strony, mają front office oparty o przygłupawą, gadającą telesprzedaż. Konstrukcje umów, w których oni mogą wszystko, a klient jedynie podpisać … I wolające o pomstę do Opatrzności – Biuro Obsługi Klienta (znane jako Biuro Odpychania Klientów). Jako korzystający z usług, dostajesz szału, po płacąc za to, finansujesz taki a nie inny poziom jakości obsługi ….

Narzędzia do komunikacji z klientem, powinny przede wszystkim zapewniać jakiś feedback. A to z kolei, to poszukiwanie metody ”angażującej” : konkurs, nagroda, badanie – cokolwiek, co nie będzie nudne i co zaangażuje. To elementy znane z programów lojalnościowych ( ale tych dobrych :) )). Jeśli chcemy nawiązać komunikację z klientem – wymyślmy ciekawe sposoby, które go do nas nie zrażą.

Jeśli chcemy zasypywać klienta perswazyjnymi mailami (za jego zgodą), to sprawdźmy, czy nie są to elektroniczni masochiści.

E-marketing w mom przekonaniu, to ciężka, umysłowa harówka. Budowanie mitów, że coś jest “lekkie, łatwe i przyjemne” oraz opiera się o “odkrywanie tajemnej wiedzy” za parę groszy – to przepierka mózgu naiwnym. I jest niebezpieczne dla młodych wilków e-biznesu.  Sugerowanie, że odkrycie “wielkich tajemnic” zapewni nam fajny projekt, dzięki któremu milion internautów co miesiąc przelewać nam będzie na konto jednego, tłustego dolara, bywa dość ułudne. Wielka, internetowa bańka udowodniła niektórym, że cudów nie ma ( choć bywa, że się zdarzają :) ))

Brakuje mi porządnej konferencji, na której ludzie będą chcieli się rzeczywiście podzielić swoim doświadczeniem ( a nie sprzedawać wyłącznie swoje rozwiązania). Solidną dyskusję obecnym e-biznesie i łączeniem koncepcji z narzędziami. A nie rozmowach o zestawach tricków czy sposobach cwanego wyciągania informacji.  Akurat pod tym względem niekwestioniwanym mistrzem metodologii jest Kevin Mitnick :) )) Którego każdy szanujący się spec e-marketingu, powinien znać :) ))

Dla mnie, korzystającego z internetu od 1996r., bywają irytujące przekonania “dzisiejszej e-młodzieży”, która często uważa, że najlepszy biznes robi się na frajerstwie klientów, a nie budowaniu rzeczywistych, długofalowych relacji z nimi. Brakuje mi np. takiego Juliusza Donajskiego, którego opinię zawsze sobie ceniłem – w kontekście np. stron internetowych i biznesu elektronicznego. Ale kto  dziś pamięta faceta, który tworzył mądre podstawy pozytywnego myślenia o tej branży ?

Piotr Majewski zarabia pieniądze. Po prostu. Ot i cała tajemnica.  Jest sprawnym rzemieślnikiem. Potrafi się lansować. Czy potrafi robić to z zyskiem ? Nie mam pojęcia, nie jestem jego księgowym :) )) Jeśli jego klienci są zadowoleni – to nie ma o co kruszyć kopii. Ale moim zdaniem – Piotr nie jest guru. Nie jest Stevem Jobsem polskiego e-marketingu. Ani Artem Freyem, Peterem Druckerem czy Al Riesem :) )) Może kiedyś się stanie - czego mu gorąco życzę.

PS. Co do historii Maćka z oponami – polecam Oponeo.pl. Moi absolwenci, których serdecznie pozdrawiam  :))))

PS2: IMHO Implebot i inne rozwiązania Piotra – to narzędzia jak każde inne. Ani lepsze, ani gorsze. Tylko nie dobudowujmy do tego ideologii i nie szukajmy Mesjaszy, gdzie ich nie ma :) ))

→ Zostaw KomentarzKategorie: Uncategorized

Syndrom Marceliny P.

wrzesień 28, 2009 · Dodaj komentarz

Zainspirowany wypowiedzą Kuby Wojewódzkiego, nazwałem Syndromem Marceliny P. sytuację, w której dzieci z pewnymi zdolnościami, zaczynają być traktowane instrumentalnie przez rodziców i najbliższe otoczenie. Zjawisko komercjalizacji dokonań dzieci nie jest oczywiście niczym nowym ( vide: Michael Jackson),  ale w Polsce zdaje się przybierać na znaczeniu.

Kuba Wojewódzki pierwszy raz zwrócił publicznie na to uwagę, w I edycji MT – komentując występy Klaudii Kulawik. Wydaje się też ( jakiś research musiałby to przeanalizować :) , że właśnie w przypadku produkcji MT, ten problem zaczyna być dość jaskrawo (sic!) widoczny.  Dlatego też, sama “Marcelina P.”  pasuje mi tutaj metaforycznie (pstrokatość, papugowatość, zachowawczość itp.).

TVN jako pierwsza stacja tv w Polsce, wprowadza na rynek produkty medialne, w których coraz aktywniej biorą udział zwykli ludzie, którzy chcą jakoś zaistnieć.  Mechanizm tworzenia tych produktów i adaptacji formatów są stosunkowo proste (masowość odbiorcy, udział publiczności, silne wykorzystanie mediów elektronicznych, roadshow po kraju ect.).   Jednak w przypadku innych “talent shows” (Idol, YCD) kandydaci są “filtrowani” według pewnej rzeczywistej, ponadprzeciętnej cechy, istotnej dla danego programu. MT jest trochę inny – bardziej otwarty na pojawiające się dziwactwa czy totalne obciachy, które oczywiście dodatkowo okraszają program.

MT staje się tym samym, pewnego rodzaju widownią, platformą dla dzieci z “Syndromem Marceliny P.” Posiadających przeciętny talent do czegoś, ale wplatanych w prymitywne mechanizmy show biznesu. Dziecko staje się kukiełką, narzędziem w rękach rodziców i osób, którym zależy na stworzenie dookoła niego, określonego biznesu.

W Polsce to dość nowe zjawisko (warunkiem jego zaistnienia, była oczywiście popularność talent shows). Wcześniej bowiem, lansowanie i kariery dzieci oparte było o znajomość branży ( Natalia Kukulska). Nie było również programów tv, umożliwiających karierę na miarę “Schnappie – das kleine Krokodil”.

To, co u nas nie funkcjonuje, to mecenat opieki nad talentami. Jest to nie tylko kwestia supportu dla talentu jako takiego, ale mądre planowanie i kierowanie karierą. To z kolei wymaga nastawienia na początkowe inwestycje, a nie natychmiastową eksploatację … Ciekawe, czy i jak Klaudii Kulawik zmieniło się życie po MT ? Czy zakończyło się to wyłącznie przeżuciem medialnej papki ? Wszak wielu z uczestników MT to nie kandydaci do Big Brothera …

PS. Sprawdziłem… W programie zakończonego ostatnio “Kongresu Kultury Polskiej” nie istnieje coś takiego jak program “Mam Talent” :) )))

→ Zostaw KomentarzKategorie: pojęcia...