Czerwone stringi internauty

Połowa XIX wieku, była zdecydowanie okresem zdominowanym przez konie. Podróżowanie w dużej mierze zależne było własnie od nich.  Europejskie drogi były rozjeżdżane kołami powozów i dyliżansów. Po ulicach miast już od XVII wieku, krążyły konne omnibusy, utrzymujące regularną komunikację. W Londynie, powstawały prace naukowe, próbujące szacować ilość końskiego nawozu na ulicach, w wyniku dalszego rozwoju form transportu wykorzystujących konie. Wydawało się, że wszystkich czeka świetlana przyszłość. Ale do czasu. W 1771r. francuski wynalazca Nicolas-Joseph Cugnot, konstruuje pierwszy na świecie pojazd z napędem parowym.

Dopiero w 1825r. powstaje w Anglii pierwszy dyliżans parowy. Hegemonia pojazdów napędzanych siłą końskich mięśni, została przełamana.  Dla przeciętnego człowieka, pojazd poruszający się całkowicie samodzielnie był nieziemskim zjawiskiem. Odwracano dzieciom głowy. Żegnano się na ulicach. Przebąkiwano, że krowy przestaną dawać mleko, a kury się nieść. Innymi słowy – klasyk. Im bardziej wynalazki zmieniały świat, tym większa była obawa przed ich upowszechnianiem.

Cierpliwość „końskiej” branży, skończyła się w 1865r. czyli aż 40 lat po uruchomieniu pierwszego, parowego dyliżansu. Wprowadzono Locomotive Acts – drakońskie przepisy regulujące poruszanie się po drogach samochodów parowych.  Według wprowadzonej ustawy, pojazd parowy musiał poruszać się z maksymalną prędkością 6 km/h poza miastem i 3 km/h w mieście. Załoga pojazdu musiała składać się z 3 osób. W tym jedna z nich, zaopatrzona w czerwoną flagę, musiała iść kilkadziesiąt metrów przed pojazdem, ostrzegając niejako przed jego przybyciem. Jak łatwo się domyślać, konne powozy pędzące z prędkością 20-30km/h tryumfowały.

Dzisiejsza era internetu, jest bardzo podobna do początków motoryzacji. I wtedy, i dziś,  rozwój technologiczny  zmienił obraz współczesnego świata. Z tą różnicą, że dziś trwa to o wiele szybciej.  Duże grupy społeczne, nie są często w stanie nadążyć za tymi zmianami. Przede wszystkim mentalnie. Dlatego tak dużą rolę pełni społeczna komunikacja czyli umiejętność zrozumiałego przekazywania informacji oraz budowania jej w sposób przystępny dla wszystkich.

Jednym z nowych modeli biznesowych, który tworzy się w ramach wspomnianych zmian, to nieodpłatne udostępnianie własnych zasobów intelektualnych czy technicznych.  Niewątpliwie jednym z kluczowych składników tego modelu, jest chociażby rozwój open source.  Innym przykładem, to rozwój praw autorskich, budowanych na bazie CC.  Pisząc krótko, ludzie tworzący wartość internetu, zawsze chcieli się dzielić i wymieniać doświadczenia. To przecież jedna z najistotniejszych jego cech.

Historia lubi się powtarzać.  O ile nie mam absolutnie nic przeciwko ściganiu podróbek torebek czy kosmetyków znanych firm, o tyle w przypadku własności intelektualnej sprawa jest trochę bardziej skomplikowana. Okazuje się bowiem, że kiedy przegrywa technologia (nie udaje się stworzyć standardu zapisu danych, który uniemożliwia kopiowanie, lub jest to zbyt kosztowne), tworzy się system prawny, który ma ukrócić to zjawisko.  Walka z piractwem zawsze była kosztowna, pytanie tylko brzmi, kto ma za nią płacić ? Skoro system jako taki i tak przypomina łatanie dziurawego wiadra. 20 lat temu wiele państw „przespało” proces legislacyjny, kiedy zaczynała się internetowa rewolucja.  Dziś gdy wszyscy korzystają z olbrzymiej bazy wiedzy jaką jest sieć, administracyjne ograniczenia będą przede wszystkim nieskuteczne.  Chyba, że rzeczywiście oznaczać to będzie policyjne państwo, ścigające wszystkich za wszystko. Tyle, że cechą naturalną policyjnych państw jest sprawnie działający ruch oporu i podziemie …

W tym całym sporze o prawa autorskie, wydaje się, że to nie twórcy są zachłanni, ale reprezentujący ich agenci i pośrednicy. Podobnie jak przy Locomotive Acts – najwięcej zyskiwali właściciele konnych przedsiębiorstw przewozowych.  Ludzie przyzwyczajeni do określone skali dochodów i przyrostu zysków. Internet po prostu im to zabrał, a oni nie chcą zmieniać modelu swoich biznesów. Będą dążyć zawsze i wszędzie, aby płacono im za wszystko. Nie przekonuje mnie argument „płacenia za odtwarzanie muzyki”. Przynajmniej dopóty, dopóki nie ma opłat za czytanie książek. „Odtwarzanych” po wielokroć w bezpłatnych bibliotekach i wypożyczalniach.

Po raz kolejny okazuje się, że zagrożeniem dla demokracji jest negocjowanie porozumień międzypaństwowych w sposób tajny. A to już nie ten czas. Przykład WikiLeaks udowadnia, że nic nigdzie i nigdy tajnym zostać nie jest prawdopodobne. Dyskusje o prawach autorskich powinny być jawne, zgodnie z zasadami komunikacji, z zaproszeniem do dyskusji  wszystkich zainteresowanych, a nie wyłącznie środowiska, które mają konkretny interes w zaostrzeniu prawa. Ograniczanie roli konsumentów czy pomijanie opinii publicznej w pracach nad stanowieniem międzynarodowego prawa, to bezpodstawna arogancja.  Tym bardziej bezkarna, że przeciętny obywatel UE nie ma na nią większego wpływu. Kiedy poszczególne państwa zaczynają przypominać kartele „dogadujące” się z kartelami-koncernami, w celu ochrony własnych interesów, zaczyna pachnieć rewolucją.

Irytuje mnie sprzedaż tego tematu przez media. Odnosi się wrażenie, że to hakerzy-piwożłopi wspólnie z nabuzowanymi od chuci hakerami-pedofilami, dażą do przewrotu, broniąc swoich praw do kopiowania wszystkich i wszystkiego. Podburzają w związku z tym dzieci i młodzież, nieświadome oczywiście manipulacji, której są ważnym elementem całego zamieszania. Owe dzieci i młodzież w związku z tym, aktywnie i histerycznie atakują wszystkich i wszystko.

Nie bardzo mi się podoba prowadzenie takiej polityki informacyjnej. Dziennikarze nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni, wykazują daleko idącą indolencję, graniczącą z arogancją, w zakresie nowych mediów. Traktując internautów niczym „bananową młodzież„. Nierzadko zachowują się jak francuscy winiarze, po sukcesie win Nowego Świata. Mam wrażenie, że za chwilę wszyscy usłyszymy słynne „Studenci do nauki, literaci do pióra, syjoniści do Syjonu„.

I na zakonczenie, warto przeczytac ten wpis Krzysztofa Gonciarza. Polecam szczególnie dziennikarzom, podniecającym się jak dzieci, głosem syntezatora Ivona, zakapturzoną, czarną postacią i zachęcającą do siania netowego defetyzmu wszem i wobec :)

PS. Ponieważ nie mam szans w walce z PT Hakerami, uprasza się ich o wyrozumiałość wobec tego bloga :)

Kategorie: on Styczeń 24, 2012 at 2:54 pm  Dodaj komentarz  
Tags: , , ,

Wyprane słońce

Po raz pierwszy Polskę odwiedził Cirque du Soleil (Cyrk Słońca) (CdS). Zagrają w sumie 6 przedstawień. To szczególne wydarzenie na rynku kulturalnym , zdecydowanie rangi ogólnokrajowej, a nie regionalnej.

CdS jest w swojej branży niczym nowoczesne Ferrari – charakterystyczne, markowe, stanowiące wzór do naśladowania i będące świadectwem najwyższego, cyrkowego kunsztu. Ale czy cyrkowego ?  Niech nazwa Cię nie zmyli. CdS NIE JEST cyrkiem. Jest całkowicie innowacyjną i bardzo charakterystyczną koncepcją nowej formuły widowiska, łączącego w sobie najlepsze elementy cyrku, teatru, opery czy pantomimy. „Cyrk” bowiem, rozumiany jest jako miejsce, w którym różnorodni artyści oraz treserzy zwierząt, mają swoje show, przerywane krótkimi wystąpieniami klaunów. Cyrk, w naszym powszechnym rozumieniu – kojarzy się z namiotem, orkiestrą, specyficznym zapachem i różnorodnymi występami.  CdS jest inny, choć wykorzystuje większość wspomnianych elementów ( poza tresurą zwierząt). Znajdziemy tu wprawdzie gimnastyków, żonglerów, ekwilibrystów, mimów, śpiewaków, klaunów, ale … w zupełnie innej konfiguracji i scenariuszu niż w cyrku.

CdS został założony  w 1984r. przez połykacza ognia, akordeonistę i speca od przechadzek na szczudłach – Guya Laliberte.  Przez te lata ich występy obejrzało ponad 50 milionów ludzi na całym świecie, a wartość jego firmy ( w której ma 95% udziałów) szacuje się na 1,2 mld dolarów USA.  Ten olbrzymi wzrost, przez 28 lat, został odniesiony w branży (cyrkowej), która na świecie chyli się ku upadkowi. W Polsce chyba w zasadzie już nie istnieje. Szkoła cyrkowa w Julinku zakończyła swoją działalność w 1999r.

Przypomnij sobie, kiedy ostatni raz byłeś w prawdziwym cyrku ? Kiedy ostatni raz widziałeś wozy cyrkowe lub rozstawiony namiot ? Kiedy Twoje dziecko przyszło ze szkoły z „bezpłatnymi biletami” dla siebie i błagalnym wzrokiem ?

Świat się zmienił. Ludzie znaleźli szereg innych, konkurencyjnych sposobów spędzania wolnego czasu. Do tego dołączyła się, bardzo silna na świecie, krytyka wykorzystywania zwierząt w cyrkach. Których „sztuczki” często okupione były bezsensownym cierpieniem, a warunki życia jakie im zapewniano były dalekie od doskonałości. CdS wykorzystał szansę chylącej się ku upadkowi branży, przejmując z niej najlepszych artystów i najciekawsze osobowości. Ale jego koncepcją na przyciągnięcie widza, nie było stworzenie „mega cyrku” i swoistego, artystycznego patchworku.

CdS postawił na całkowicie innowacyjne widowisko.  Stworzenie od podstaw czegoś całkowicie nowego. Czegoś, czego jeszcze nikt nie widział. Wykorzystując  zaangażowanie widzów, profesjonalizm artystów, humor, kolor, muzykę i śpiew. Dążąc do swoistej wyjątkowości i marki, dążył do wysokiej efektywności i zachowaniu jak najlepszej relacji pomiędzy kosztami, a przychodami. CdS stworzył ofertę, która nie była ani klasycznym cyrkiem, ani teatrem, ani operą, ani pantomimą, ani kabaretem, ani koncertem muzycznym. Ale wybrał z tych wszystkich wymienionych sztuk, ich najlepsze cechy i połączył je w sposób mistrzowski. Narracją czyli historią, uniwersalną opowieścią zrozumiałą dla wszystkich. Tworząc też … swoisty, własny język. Który nie jest żadnym, znanym językiem. Choć niewątpliwie przypomina w swym brzmieniu czasami japoński, włoski, suahili, francuski czy hiszpański.

OBEJRZYJ

http://www.trojmiasto.pl/video/embed/2565

CdS stworzył zupełnie nową wartość rozrywki. Stworzył przedsięwzięcie, które określono „błękitnym oceanem”. Całkowicie nową kategorię biznesu, którą dziś bardzo trudno byłoby skopiować, bez natychmiastowego posądzenia o naśladownictwo stylu i cech typowego show CdS. Używając terminologii w rozwijanej przeze mnie „teorii palisady”, swoistym ostrokołem CdS są niepowtarzalne projekty strojów i ich kolorystyka, genialne wprost aktywne nawiązywanie kontaktu z publicznością (praktycznie wyłącznie przy pomocy gestów i mimiki twarzy), wspomniany, specyficzny język czy zdecydowane, kontrastowe barwy scenografii. Jednak mistrzostwem jest łączenie tych wszystkich elementów w celu zbudowania charakterystycznego i pozostającego na długo w pamięci widowiska. Jedno wydaje się być pewne ponad wszelką wątpliwość – jeśli ktoś raz obejrzy spektakl CdS, nie pomyli go już z żadnym innym. Czy jeśli choć raz zobaczysz Ferrari, pomylisz go z innym autem ?

OBEJRZYJ

http://www.trojmiasto.pl/video/embed/2561

Ale każda marka z najwyższej półki, wymaga odpowiedniej oprawy. Zegarków Antoniego Patka nie kupujemy owiniętych w codzienną gazetę i zawiązanych sznurkiem.  Jeśli wszystkie panny młode ubierają się na czerwono, a jedna z nich na błękitno, to pan młody musi być również odpowiedniej klasy. Niestety, wydawać by się mogło, że pan młody do panny CdS został dobrany w specyficznych walonkach, przyciasnym surducie i utkanej gdzieniegdzie słomie …

To, w jaki sposób promowano CdS w Polsce, urąga w moim przekonaniu wszelkim sensownym zasadom marketingu produktów markowych. Szczególnie tych, które nie są znane szerokiej rzeszy Polaków-Szaraków. Polska branża (nazwijmy ją „cyrkową”) nie gości zbyt często pod naszymi strzechami. Przykuwamy nosy do tivi, fascynując się kolejnymi „mamtalentami” lub masowymi koncertami „pod chmurką”. Czasem jakaś publiczna wyemituje cyrk z Monako. Powszechna świadomość jest prosta: cyrk to albo w sejmie, albo pod namiotem, ze strzelającym bacikami treserem i klaunami kopiącymi się tu i ówdzie. Jeśli ktoś wie tak naprawdę, jak wartościową marką jest CdS, to albo widział ich widowiska za granicą, albo ktoś mu opowiedział o nich,  albo szczególnie interesuje się tą branżą lub jest pasjonatem innowacji i strategii błękitnego oceanu.

Nie mam zielonego pojęcia jaki był efekt finansowy akcji promocyjnych CdS. Całkiem możliwe, że wszyscy swoje zarobili. Ale nie o to chodzi. Przypominam, że występy odbyły się wyłącznie raz w Polsce i wyłącznie w Gdańsku (jedynie Ergo Arena spełniła warunki techniczne wymagane przez CdS). Z informacji, które posiadam, obłożenie przedstawień nie przekraczało 3/4 pojemności hali. Bilety były wciąż dostępne w sprzedaży. To zastanawiające, szczególnie gdy na świecie wyprzedawane są na pniu. Uprzedzam wątpliwości, CdS nie jest rozrywką dla koneserów. Ceny biletów nie były również szczególnie wygórowane. Porównaj sobie z cenami Lady Gaga :) . Na sali można było spotkać całe, zorganizowane grupy dzieci.  Głównie rosyjskich.

Gdybym odpowiadał za marketing sponsorów, miałbym również wiele uwag. Jest bowiem zasadnicza różnica pomiędzy nieomalże całkowitą niewidocznością, a dyskretną obecnością. Coś co dziś jest standardem np. eventy dla widzów podczas przerwy czy jakiekolwiek aktywności dla dzieci po przedstawieniu w zasadzie nie istniało. O merchandisingu (rozumianym jako daleko pojęte „gadżeciarstwo” już nawet nie chcę wspominać). W zasadzie go nie było. Pomijając już drobiazg, że 100PLN za dziecięcą koszulkę z logo CdS jest chyba trochę ceną niewspółmierną do jej wartości.

CdS nie zaistniał w Polsce w jakikolwiek sensowny, medialny sposób. Został spozycjonowany jako jakieś poślednie widowisko, kolejna impreza w Ergo Arenie. Pozostaną po nim jedynie porwane i przemoknięte plakaty, smętnie zwisające na trójmiejskich słupach. Czy ludzie odpowiadający za międzynarodowy marketing CdS, spodziewali się takiej promocji w Polsce ? Nie sadzę. Przyznam, że dawno nie widziałem tak koncertowo spapranej, marketingowej roboty, tak świetnej marki.  Naprawdę szkoda.

Powiedzmy sobie szczere i poważnie. Żeby profesjonalnie promować marki z najwyższej, światowej półki, pionierów światowych, innowacyjnych koncepcji, trzeba po prostu umieć to robić z sensem i z głową. Sam keg Heinekena do tego nie wystarczy.

Kategorie: on Styczeń 21, 2012 at 9:26 pm  Dodaj komentarz  

Gromowładny Napoleon

Często spotykanym modelem szefa, to taki  pokrzykujący, głupi „trep”. Który na dodatek wie lepiej za wszystkich, zna się na wszystkim i ma monopol na wszystko. Nie zarządza zadaniami – każe je ślepo wykonywać. Jeśli jego koncepcja jest zła, za porażkę obwinia wszystkich podwładnych.  W warunkach dowodzenia liniowego, taki dowódca zginie szybko sam lub straci wielu ludzi. Albo przy najbliższej okazji  strzelą mu w plecy.

„Nie logika, ale emocje inspirują ludzi do działania. Nie biznesplan, a wizja” piszą w swojej książce Paulina i Roman Polko „Rozgromić konkurencję” wydaną właśnie przez One Press. To chyba pierwsza pozycja napisana przez polskich autorów, w której zestawiane jest doświadczenie wojskowe z praktyką leadershipu. Wpisuje się tym samym w ciekawą część  fachowej literatury o zarządzaniu w ujęciu militarnym, do której należą tak świetne pozycje jak „Clausewitz o strategii” (doświadczenia Carla von Clausewitza, XIX wiecznego generała), „Sztuka wojny” Sun Tzu  (w tym genialne opracowanie  Gagliardiego „Sztuka wojny – sztuka marketingu”) czy też „Wojujący marketing” Ala Riesa i Jacka Trouta. Jednak książka Polków jest wyjątkowa. Uwzględnia współczesną wiedzę wojskową, doświadczenia generała Polko ze spotkań z menedżerami z ostatnich lat jak i jego doświadczenie w dowodzeniu, historię wojskowości  czy uznane zasady zarządzania.  W treść książki wplecione są ciekawe opowieści i anegdoty, ilustrujące drobne, acz istotne elementy kierowania operacyjnego.  To pierwsza chyba na polskim rynku pozycja o zarządzaniu, napisana przez „zmechola”.

Polkowie definiują kluczowe elementy leadershipu, przekładając wiedzę i doświadczenie wojskowe na praktykę biznesu. Koncentrują się na istocie i roli lidera, współpracy zespołowej, kierowaniu w sytuacji kryzysowej i zmian (a wszak dowodzenie jest permanentną sytuacją kryzysu i zmian), determinacji i motywacji do działania, współdziałania, negocjacjach i różnych modelach zwycięstwa. Mamy również pełen opis szkolenia Rangersów. Ciekawą formą są podsumowania zatytułowane „do boju”.

Autorzy wiele miejsca poświęcają uniwersalnym wartościom i ich wpływowi na zarządzanie. W warunkach walki one zdają się być one decydujące. Pozwalają odróżnić prawdziwych żołnierzy od najemników.  To ważna wskazówka, dla organizacji nastawionych na bezwzględne śrubowanie wyników finansowych i nie liczących się w żaden sposób ze swoimi ludźmi. To niejako wpisuje się w moje subiektywne przekonanie, że amerykański „model zarządzania oparty o nieograniczoną chciwość”  został zdruzgotany w chwili upadku banku Lehman Brothers co było symbolicznym początkiem kryzysu finansowego 2007-2009.

U podstaw każdego, dobrze zarządzanego przedsiębiorstwa leży wizja i charyzma ich właścicieli. To zawsze jest źródło sukcesu lub porażki w wymiarze kierowania.  Jednak jednym z problemów polskich firm jest nadal kierowanie nimi przez „spadochroniarzy”. Zjawisko doskonale opisał niemiecki dziennikarz Gunther Ogger w książce „Zera w garniturach”. „Spadochroniarze” wysyłani  na stanowiska zarządzających i menedżerów wielu korporacji działających w Polsce (nierzadko na korporacyjną zsyłkę, gdyż nadal dla wielu Warszawa to nie Paryż, Londyn, Madryt czy Mediolan).  Tutaj byli czy są nadal, odpowiedzialni głównie za swoiste „doglądanie inwentarza”, a nie twórcze rozwijanie rynku. Pełnili nierzadko też  funkcję cerbera-zarządcy, który ma pilnować biznesu i wycisnąć z niego tyle ile się da, a nie twórczo rozwijać kompetencje polskiego zespołu.  Brak wizji i koncentracja wyłącznie na wynikach sprzedaży dużych korporacji,  owocuje często wychowaniem ułomnych, polskich menedżerów-cyborgów. Cóż z tego, że z listą znanych firm w cefauce.  Niestety, szara rzeczywistość skrzeczy. Nadal  w zaciszach sal konferencyjnych zarządów i rad nadzorczych, przez wiele korporacji postrzegani jesteśmy niczym duża, czterdziestomilionowa, wschodnia kolonia, która bardzo różni się od rozwiniętych krajów Unii Europejskiej.

Z drugiej strony coraz więcej międzynarodowych korporacji kierowana jest przez Polaków którym zaufano . Ale pytanie pozostaje nadal aktualne. Czy i na ile, pozwala im się realizować twórczy i pozytywny proces zarządzania, polegający na rozwoju personalnym, budowaniu rynku czy innowacjom .   Po drugiej stronie barykady, stoją ciekawe zasady zarządzania, wypracowywane przez lata, przez polskich liderów. Choćby prof. Andrzeja Bliklego i jego doświadczenie w procesach  jakości czy słynna teoria motywacji oparta o „Twierdzenie o Marchewce” [patrz wyjaśnienie pod wpisem]. Nierzadko też słychać głosy, że Polak-Szarak-Przedsiębiorca, ze swoją kreatywnością, zapałem, kawaleryjską fantazją i przedsiębiorczością, może przenosić góry i zdobywać rynki. Byle tylko zapewnić mu normalne funkcjonowanie. I chociażby pod tym względem, książka Polków jest po prostu „swojska” . Oparta o postrzeganie według naszej ( a nie choćby amerykańskiej) mentalności.  Na dodatek nie nafaszerowana niczym indyk na Święto Dziękczynienia, amerykańskimi  „business success stories” podbijającymi świat.

Garść przemyśleń. Trochę zabrakło mi odniesień do realnych firm i sytuacji rynkowych. Ale jest tu wiele uzasadnionych opisów bitew historycznych i ich analiza. Tu Polkowie świetnie wykorzystują backround historii wojskowości, którą zawsze warto pokazywać w procesach zarządzania.

Kluczową różnicą wojska i i zarządzania, jest niewspółmierna cena porażki. Smak zwycięstwa w jednym i drugim przypadku wydaje się bardzo podobny. Ale w dowodzeniu ceną porażki jest własne życie, swoich ludzi, cywilów, odniesione rany, kalectwo. To również cena, jaką się płaci za zwycięstwo. W jakimkolwiek przedsiębiorstwie odniesienie się do porażek ma wymiar utraty pracy, psychicznych perturbacji, ale (poza przypadkami klinicznymi) nie jest to stadium  zagrożenia życia. W przypadku dowodzenia, wiele procesów występuje ze szczególną siłą. Bardzo silna motywacja żołnierza (wykonanie zadania bojowego, nawet za cenę własnego życia) przekłada się na determinację, a ona z kolei pozwala im działać na granicy własnej wytrzymałości. W przypadku firmy, dążenie do sytuacji w której menedżerowie będą „umierać w biurze z palcami na klawiaturze”, na dodatek rekrutujący się z Generacji Y jest moim zdaniem mało realistyczne. Przedsiębiorstwa coraz rozpaczliwiej szukają sposobów motywowania i wyzwalania kreatywności swoich pracowników. Szczególnie te, które kiedyś  hurraoptymistycznie uznały, że pieniądze są jedynym i najlepszym motywatorem. Kłania się ponownie „Twierdzenie o Marchewce”.

Autorzy w bardzo interesujący sposób pokazują mechanizmy motywacji oraz sporo miejsca poświęcają zjawisku „zwycięstwa”. To ciekawe przemyślenia, ponieważ w praktyce przedsiębiorstw o wiele więcej czasu przeznacza się na analizę porażek oraz szukania winnych, którzy mają spakować kartonik, niż analizie kryteriów i wartości odniesionych sukcesów. Czy firma odniosła pyrrusowe zwycięstwo ? Gdzie koszty znacznie przewyższyły zyski ? Czy upór i zwycięstwo drobnej batalii rynkowej, podyktowany wygórowaną ambicją jakiegoś menedżera, nie zadecydował o porażce całego projektu, produktu czy marki ? Warto przekładać konkretne historie i przykłady wojskowych doświadczeń gen. Polko na realny język biznesu.  To zresztą ciekawy punkt wyjścia do dyskusji o zwycięstwie, jako określonej wartości.

Książka jest dobrym studium sprawnego, operacyjnego zarządzania. Nie rewolucjonizuje rynku w sferze teorii,  ale to przecież nie  jest jej celem. Raczej o położenie ważnych akcentów, docenienie roli i wartości pojedynczego człowieka i zespołu, zrozumienie celów do jakich się dąży i po co się to robi. To po prostu bardzo dobra cegiełka wiedzy o profesjonalnym zarządzaniu operacyjnym.

Autorzy w  charakterystyczny sposób podkreślają i potwierdzają podstawowe zasady zarządzania zespołami. Cytaty z części „Do boju” powinny zawisnąć w niejednej komórce marketingu czy sprzedaży. Szczególnie tych, którym sukces wymościł siedzisko i zapuścił korzenie, przyspawając  ich do własnych stołków i usypiając synapsy.  Warto ją choćby przeczytać dla ciekawej analizy procesów zmian, działaniu w kryzysie czy opanowaniu firmowego chaosu. Być może niektórym może wydawać się „mało pacyfistyczna”. Szczególnie tym, którzy mają alergiczny stosunek do wojska.  Ale bez względu na czyjś światopogląd, kluczowe zasady sprawnego zarządzania  tkwią u źródeł  historii wojskowości od zarania dziejów i to jest absolutnie niezaprzeczalny fakt.

Polscy menedżerowie (w przeciwieństwie do azjatyckich) nie walczą za „królową, honor i ojczyznę”.  Ich motywacje bywają często zgoła inne. I nie tylko o pieniądze tu chodzi.  Wielu z nich nie widzi celu poświęcania się za organizację, głupkowatego szefa, produkt wciskany na siłę ciemnemu ludowi czy narzucone, bezmyślne, międzynarodowe procedury, przystające  do naszych realiów jak pięść do nosa.  Z drugiej strony zbyt wielu zarządzających nie potrafi docenić  zatrudnianych przez siebie pasjonatów, „soli każdej organizacji„,  którzy są w stanie wiele poświęcić, żeby realizować własne aspiracje pozafinansowe. Pasjonatów nierzadko gnębionych przez lanserskich przydupasów prezesa.

Brakuje mi w książce kobiet ! A one w coraz większym stopniu zajmują się kierowaniem. Gdzie podziała się Joanna  d`Arc ? Miranda Priestly  (rewelacyjny przypadek) ?  Czy  porucznik O`Neil z „G.I. Jane”. Że o Marusi, Lidce i Honoracie nie wspomnę :)

Cieszy też fakt, że gen. Polko nie lansuje ulubionej marki piwa i ukochanych adidasów jednostek specjalnych  (vide „Snajper” H.E. Wasdin, S. Templin).

Polkowie odczarowują obraz trepowatego, „szwejowatego” wojska, malującego trawę na zielono, którego stereotyp jest silnie zakorzeniony w polskiej mentalności.  Fakt,  piszą o elitach, jakimi są jednostki specjalne. Ale podobnie jak w wojsku – menedżerowie również potrzebują elit i wzorców, do których można się odnieść.  I za to autorom należy się szacunek, zarówno w środowiskach żołnierskich jak i menedżerskich.

Piszcie więcej, Polkowie. Warto Was czytać. Hooah :)

TWIERDZENIE O MARCHEWCE (prof. Andrzej Blikle)

„(,,,) Jest natomiast, nieco żartobliwie nazwane, twierdzenie o marchewce, które orzeka, że każda marchewka służy jedynie do tego, aby zrobić z niej kij. Istota marchewki polega bowiem na tym, że można jej nie dostać. Marchewka, której nie można byłoby nie dostać, a więc którą dostawałoby się bez względu na okoliczności, nie byłaby już marchewką. Niedostanie obiecanej marchewki, to właśnie ten kij, o którym mówi twierdzenie. Nie ma więc marchewki bez kija, tak jak i nie ma kija bez marchewki, bo uniknięcie kija to rodzaj marchewki. Ponieważ więc ani marchewka nie może istnieć bez kija, ani kij bez marchewki, to mamy do czynienia z jednym urządzeniem o podwójnym obliczu, które nazwałem marchewkijem. Wbrew temu co się nadal dość często sądzi, marchewkij nie tylko jest nieskuteczny jako narzędzie motywowania do lepszej pracy, ale jest wręcz przeciwskuteczny, bo zamiast motywować, demotywuje. To zostało potwierdzone zarówno w licznych badaniach naukowych jak i w niezliczonych doświadczeniach praktyków. Zainteresowanych odsyłam do mojej książki „Doktryna jakości”, którą można bezpłatnie pobrać z www.firmyrodzinne.pl. A sceptykom twierdzącym, że gołym okiem widać skuteczność marchewkija odpowiadam, że gołym okiem widać również, że Ziemia jest płaska, a słońce krąży wokół niej.” 

Kategorie: on Styczeń 18, 2012 at 2:27 pm  Komentarze (1)  
Tags: , ,

Tu zobaczysz trupa

W brytyjsko-amerykańskim horrorze „Zgromadzenie”, opowiadana jest  historia odkrycia w Anglii ruin podziemnego kościoła. W środku, odnaleziona zostaje rzeźba ukrzyżowanego Chrystusa oraz stojące  w półkolu płaskorzeźby. Ludzi, którzy od wielu wieków pojawiają się. I obserwują. Wyłącznie.

Takich „obserwatorów” ma każdy wypadek samochodowy. Tragedia na ulicy. Im większa, bardziej spektakularna, tym gapiących jest więcej. Niezaangażowanych, nieczułych, obojętnych. Dziś coraz częściej wyciągających komórki, fotografujących i wysyłających wszędzie gdzie popadnie. Typowa, ludzka tłuszcza. Bez wartości i bez sumienia. I to wydaje się, psychologicznie i socjologicznie dałoby się jakoś uzasadnić psychologią tłumu.

Ale świat mediów to nie bezmyślna tłuszcza. Tak przynajmniej powinno się nam wydawać. Dziennikarz wydaje się być stworzeniem inteligentnym, oczytanym, elokwentnym oraz świadomym własnego oddziaływania na czytelnika tudzież widza. Ba, w niezliczonych dyskusjach, felietonach czy esejach, brać dziennikarska na wszelkie możliwe sposoby, stara się udowadniać, że tak właśnie jest. Równie głośno słychać głosy o brzydzeniu się „komercją wszelkiej maści” czy przepięknych frazesach o etyce i wartościach. Niejeden czuje się wręcz wybrańcem w niesieniu kaganka oświaty.  Niestety, okazuje się jednak , że kiedy tylko prawdziwa „mamona” zajrzy niektórym w oczy, granica szacunku do człowieka ulega daleko idącemu upłynnieniu …

Współczesny model biznesowy mediów, w głównej mierze opiera się na modelu amerykańskim, w którym każda informacja jest towarem. Jej wartość rośnie, im większe jest zainteresowanie czytelnika czy widza. Można tu stosować proste wskaźniki i modele ekonometryczne, które potrafią w doskonały sposób symulować wpływ drastycznych informacji na wysokość nakładu czy poziom oglądalności. Dzięki temu podejściu, teza „bad news is good news” doskonale obrazuje nagłówki i czołówki z całego świata, potrafiących w doskonały sposób eskalować napięcie, aby śrubować swoje wskaźniki. Ten model tryumfował będzie dopóty, dopóki wystarczająco duże grupy społeczne, nie będą zainteresowane realną jakością tego co oglądają czy czytają. „Wartość” niestety wciąż przegrywa z „miałkością” przekazu, a tania bulwarówka bije ciekawą i komunikatywną treść.

Media, zgodnie ze swoim niezmywalnym prawem do informacji, mają pełne prawo publikowania kontrowersyjnych zdjęć czy szokujących materiałów. Oczywiście w odpowiedniej formie czy opatrując to stosownym komentarzem. Od lat trwają dyskusje w środowiskach dziennikarzy czy operatorów wojennych czy i jakie materiały należy publikować ? Jak powinni zachowywać się w sytuacjach skrajnych ? Tyle tylko, że są to bardzo specyficzne sytuacje, które nie zawsze służą tanim sztuczkom, aby udramatyzować teatr działań wojennych. Wiele z tych zdjęć ma swoją prawdziwą historię. Jedną z najbardziej znanych jest ta fotografia zrobiona 1 lutego 1968r. w Sajgonie. Warto przeczytać pasjonującą historię tego zdjęcia, napisaną przez Mateusza Biskupa. Nie wszystko bowiem jest tu tak oczywiste, jakby się wydawało na pierwszy rzut oka.

Od tego czasu zobaczyliśmy wiele szokujących zdjęć. Egzekucję małżeństwa Ceauşescu. Śmierć na żywo Saddama Husajna. Wywlekane ciało Muamara Kaddafiego. Media zdążyły nas przyzwyczaić do takich obrazów. Czy zawsze zaspokojenie ludzkiej żądzy obserwacji miało swoje uzasadnienie ?

Przy okazji  szokującego zdjęcia zamieszczanego na okładce tabloidu, zawsze rozbrzmiewają ostre polemiki.  Często szybko się kończą, niczego nie wnoszą, świat żyje już całkowicie nowymi emocjami do następnego razu. Trudno winić fotografa, który wykonał szokujące zdjęcie. Operatora, który nie wyłączył kamery.  Ich standardowym usprawiedliwieniem będzie zawsze „wykonywałem swoją pracę”, albo „muszę z czegoś żyć”. Granica owej „pracy” pozostaje kwestią ich sumienia. Niektórzy przecież wcale nie muszą go mieć.  Ale ktoś akceptuje publikację czy emisję. Ktoś liczy słupki oglądalności. Ktoś kalkuluje nakład. Zarabia na tym pieniądze. Czym różni się „brudny szmal” z narkotyków i prostytucji od żerowania na tanich emocjach ? Dziś już chyba niczym. Jedyną różnicą jest ich  legalność i na dodatek swoista ochrona sygnowana hasłem o „wolności mediów”. Ale czy owa „wolność” oznacza całkowitą dowolność przekazu, nieskrępowaną żadnymi zasadami i etycznymi ograniczeniami ?  Czy można być hieną na 100%, hieną trochę czy hieną tak odrobinę ? Czy można być trochę w ciąży ?  Czy stacja RTLM spotkałaby się z solidarnością świata dziennikarskiego, gdyby ktoś w pewnym momencie chciał ją zamknąć ? Gdzie i czy są granice wolności przekazu ? Jeśli nie chcemy być przez media traktowani jak „ciemna tłuszcza”, warto zadawać stale te pytania. Aż do końca świata. I jeden dzień dłużej.

„Zgromadzenie” [trailer]

Kategorie: on Styczeń 10, 2012 at 11:57 pm  Dodaj komentarz  

Twoja podróż życia

Czytam sobie informację o wspaniałym rejsie dookoła świata, który rozpoczął się w grudniu 2011 we Włoszech. „Zamustrowano” na luksusowy statek turystyczny 2.300 gości, a bilety wyprzedano nieomalże „na pniu”. Program przewiduje zawinięcie do 37 portów i 250 rozmaitych wycieczek w czasie tej niezwykłej podróży.

Przy założeniu, że rejs trwa równo 100 dni, operator jest w stanie wykonać 3 takie podróże rocznie. Przeznaczając pozostały czas na niezbędne przeglądy techniczne itp.  Tym samym „potencjał” kształtuje się na poziomie 6.900 pasażerów/ rocznie.  Cena wspomnianej wyprawy, to przedział 10-30tys. EUR/ od osoby. Do prostej kalkulacji przyjmijmy, że biletów za 10tys. EUR będzie 50%, za 20tys. EUR – 30%, a za 30tys. 20%. Daje to 32,1 mln EUR z jednego rejsu czyli 96,3 mln EUR w ciągu roku. Zakładając, że rentowność wyniesie 50%, mamy 48,15 mln EUR dochodu/ rocznie.  Nie licząc dochodów z obsługi pasażerów typu bary, restauracje ect. (chyba, że traktujemy całość w relacji all inclusive).

Idźmy dalej. Największy, zbudowany do tej pory liniowiec transatlantycki, Queen Mary 2, został wybudowany w ciągu 22 miesięcy i kosztował 900 mln $. Czyli około 705 mln EUR.  Jeśli zestawimy te koszty z dochodami, koszt zwracałby się ca. po 14 latach. Jeśli przyjąć parametr Queen Mary 2 i 40 letni okres eksploatacji, bez większych napraw, łączny dochód przez ten cały czas wyniósłby 1.926 mln EUR – 705 mln EUR = 1.221 mln EUR czyli około 30,5 mln EUR rocznie.

Kontynuując. Jedną z pływających, polskich legend był MS Batory. „Narodowa wizytówka”, której historia zakończyła się 26 maja 1971r. w Hong Kongu. MS Batory „w swojej morskiej karierze odbył 222 rejsy liniowe, przewożąc ponad 270 tysięcy pasażerów, w 59 wojennych podróżach przewiózł dalsze około 120 tysięcy osób jako transportowiec i odbył 75 rejsów wycieczkowych przewożąc około 30 tysięcy pasażerów”.

W Polsce jest jedyna uczelnia artystyczna, z kierunkiem projektowania okrętów. „Pracownia Projektowania Architektury Okrętów” gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych. Cytując prof. Andrzej Lercha: „- Naszą misją jest nie tylko wykształcić projektantów architektury statków, ale dotrzeć z naszym estetycznym przesłaniem do producentów jachtów, do stoczni, do okrętowych biur projektowych”. Okazuje się, że wśród prac dyplomowych, było pływające centrum ekumeniczne, katamaran żaglowy, jacht tropikalny, nowy statek pasażerski na Kanał Elbląski, adaptacja wycofanego z eksploatacji trawlera rybackiego na statek turystyczny i taksówka wodna. Czyli nic specjalnie wielkiego.

Konkluzja wydaje się prosta. Zaprojektujmy „Batorego 2”. Jako międzynarodową wizytówkę naszego kraju, rozpoznawalną na całym świecie, organizującą międzynarodowe, ekskluzywne wycieczki dookoła świata. Statek, z którego będziemy wszyscy dumni, a każde zawinięcie do międzynarodowych portów, będzie okazją do promocji Polski. Na pokładzie podróżujący doświadczą uroków polskiej kuchni, polskiej sztuki, ale może niekoniecznie „polactwa”. Dzięki unikatowemu designowi, ergonomice, bezpieczeństwie czy nowoczesnym technologiom, udowodnimy, że potrafimy je twórczo połączyć.

Byłoby pięknie od czegoś zacząć. Na przykład zainspirowaniu studentów prof. Lercha i choćby studium koncepcji czy szkiców „Batorego 2” – pierwszego, polskiego, luksusowego linowca, organizującego podróże dookoła świata. Podobno każde marzenie musi mieć swój obraz, swoją wizualizację. Dzięki temu łatwiej je później zamienić w realny projekt.

To jak studenci ? Podejmiecie rękawicę ?

Obiecuję, że zrobię wystawę Waszych pomysłów i zapewnię nagłośnienie.

Kategorie: on Styczeń 9, 2012 at 8:20 pm  Komentarze (1)  

Nie karmić Morloków !

Koniec roku to czas zwyczajowych podsumowań, rankingów czy wszechogarniających nas „the best of”. Ale dla niektórych to moment na ciekawą refleksję. Jest nią na pewno wywiad udzielony przez Grzegorza Miecugowa dla serwisu internetowego Maddogowo. W moim osobistym przekonaniu, wywiad wart również solidnego, mainstreamowego, drukowanego tygodnika. Kilka konkluzji:

  • tabloidyzacja mediów jest faktem. Nadawcy i wydawcy chcąc przypodobać się masowym gustom publiczności, zmuszani są niejako do obniżania wartości merytorycznej swoich dzieł i dopasowywania tychże do owych gustów;
  • środowisko dziennikarskie staje się coraz bardziej podzielone. Coraz wyraźniej zaznaczają się granicę indywidualnych poglądów politycznych czy własnych interesów). Zmniejsza się liczba dziennikarzy zarówno rzetelnych jak i obiektywnych, którzy potrafią wytłumaczyć zachodzące procesy zmian;
  • dzięki internetowi, rynek mediów staje się coraz bardziej urozmaicony. Ponieważ nieomalże każdy dziś może być nadawcą treści, dźwięku czy obrazu, przeciętny odbiorca ma coraz większe możliwości korzystania z najróżniejszego wachlarza mediów, o różnym stopniu jakości, generujących różne treści i sposoby przekazu;
  • kończy się era „krwawego kapitalizmu”. Nadchodzi nowy porządek, ponieważ ludzie mają dość systemów (gospodarczych i politycznych), które nie opierają się o podstawowe zasady etyki i precyzyjnie definiowalne, uniwersalne wartości.

Dwa lata temu, również w grudniu, napisałem krótką notkę „Igrzyska dla ludu”, próbując opisać intelektualnych Elojów i Morloków. Coraz częściej znajduje dowody, że te dwa światy rzeczywiście oddalają się z prędkością światła. Ale wszystko zaczyna się od informacji.

Dzisiaj, informacja stała się towarem. Zaczęła podlegać klasycznym prawom popytu i podaży. Tak, wiem, brzmi to jak banał.  Zaczęła mieć również swoją cenę. Ale informacja to specyficzny produkt. Psuje się łatwo. Jest nietrwała i podlega wszechstronnym manipulacjom. Informacjami możemy być również zalewani, tracąc orientację co jest naprawdę ważne i jakie są wnioski z pojawiających się zdarzeń. Udowadniał to już Stanisław Lem w opowiadaniu o Zbójcy Gębonie.

Ta sama informacja, może być dziś podana na dziesiątki różnych sposobów. Budzić skrajne emocje i rodzić całkowicie odmienne postawy. To dziennikarz i stojący za nim „aparat medialny” (skojarzenie z aparatem partyjnym, słuszne) decyduje o konotacji przekazywanego newsa. Czasami wystarczy jedno zdanie odpowiedniej puenty po emisji materiału. Problemem jest to, że wspomniany anonimowy „aparat” przyssany do dziennikarza, popełnia grzech zależności. Od gustów publiki. I gustów polityków.

Gusta publiki są łatwe do odgadnięcia. Zasada jest prosta. Im głupszy, „ciemniejszy lud” tym bardziej prostacką i prymitywną rozrywkę będzie chciał oglądać. Przykładów aż nadto, wystarczy włączyć tivi czy główne stacje radiowe. Media niczym szczury, ulegają fleciście z Hameln, który ma w herbie słupki oglądalności. Cały dowcip polega na tym, że za nimi stoją marketerzy z wielkimi budżetami na reklamę. A jeszcze zabawniejsze jest to, że coraz częściej wydają te budżety w sposób pozbawiony logicznego i ekonomicznego uzasadnienia, za to omamionych przez kolejnych flecistów, czyli agencje reklamowe. Jak widać, wszyscy ze wszystkimi ganiają się po tym wirtualnym Hameln, niczym we śnie wariata, w poszukiwaniu kamienia filozofów …  (media z agencjami,  agencje z marketerami). A szara rzeczywistość skrzeczy – 50% widowni dziś już nie ogląda bloków reklamowych, pozytywny stosunek Polaka-Szaraka do reklamy spadł przez ostatnie 15 lat z ok. 65% do niecałych 10%, a nadawcy wśród potężnego hałasu reklamowego, dokonują ekwilibrystycznych cudów, żeby promować produkty ludziom, którzy maja tego serdecznie dosyć. Dosyć nie tyle samej reklamy, a  fatalnych na nią sposobów.

Jak zaspokaja się gusta publiki ? Efektem owego zauroczenia słupkami, to coraz bardziej drastyczne i dramatyczne newsy. Specjalne programy i bloki o przysłowiowej „dupie Maryni”. Czy kupowane dziwaczne formaty seriali, które nijak się mają do naszej mentalności.  Na dodatek po 20 chyba we wszystkich stacjach informacyjnych, większość dziennikarzy udaje się na spoczynek. Wracając do gustów. Po godzinie 22 ilość programów nadających soft porno, wróżby, telesprzedaż i telegry jest imponująca. Jak komuś mało, może włączyć telegazetę. Ostatnio znalazłem tam życzenia „Wesołych Świąt” umiejscowione pomiędzy linkiem to „bezpruderyjnych mężatek całodobowo”, a „starszych, namiętnych w Twoim mieście”.

„Sposobem” na niedzielne czy weekendowe pasma są wszelkiej maści „omnibusy” składające się z „mydlanych oper”, które niestety nie są zbliżone jakością do seriali HBO czy chociażby poczciwego Dr. Housa.  Chyba tylko Ewa Ewart czasami ratuje honor niedzielnego popołudnia. Oczywiście „petunia non olet” i zawsze można zmienić kanał. Pytanie tylko, czy wspomniana, „wyrafinowana” forma komercyjnej rozrywki jest najistotniejszą formą zarabiania pieniędzy ? Fakt, był podobno kiedyś reżyser filmowy, który za dnia zarabiał na tworzeniu przeraźliwych szmatławców, by wieczorem za zarobione pieniądze pracować nad wybitną sztuką teatralną. Byłoby to pewnie jakieś usprawiedliwienie.

Mamy tu zresztą ciekawe zjawisko ekonomiczne. Kiedy podnoszą ceny energii, lud prawie wychodzi na ulicę. Ale z drugiej kieszeni kilkadziesiąt milionów rocznie wydaje na telefoniczne wróżbiarstwo. Fascynujące.

Jeśli chodzi o media drukowane, to łatwo się domyślić, że jest podobnie. Najwyższą sprzedaż osiągają żerujący na lansujących się wszem i wobec celebrytach. Narodowym centrum wiedzy stają się gabinety stomatologiczne, kosmetyczne i fryzjerskie. Biblioteki umierają.  Nie wspominając o przenikaniu się owego lansu, przez wszelkie możliwe formy i metody komunikacji. Lud to kupuje. Ostatecznie, kiedy rzymski cesarz chciał zająć czymś owy lud to wypełniał Amfiteatr Flawiuszów. Dziś wydaje się postępować podobne zjawisko, zarysowane w chociażby w książce Raya Bradbury’ego „451 stopni Fahrenheita” oraz nakręconym na jej podstawie filmie „Fahrenheit451”. Obraz społeczeństwa „przykuwanego nosami” przed media do ekranów, jest charakterystyczny dla wielu książek czy filmów traktującym o procesach zniewalania społeczeństwa i typowego totalitaryzmu.

Dowcip polega na tym, że media nie są twórcami namacalnych produktów. Ich niematerialność przekuwa się w efekcie na kreowanie postaw wspomnianego „ciemnego ludu”, który raz na cztery lata decyduje, kto ma rządzić państwem. I tutaj się ujawniają drugie, polityczne gusta. Traktowane przez nadawców z bezwzględną konsekwencją. Nieważne co ktoś ma do powiedzenia. Ważne jest, żeby było gorąco. Jeśli ktoś ma do dyspozycji sto kanałów, to łatwo przewidzieć jaki przekaz przykuje uwagę. Ileż debat przypominało zamierzone „soft porno w wydaniu politycznym” ? Całkiem sporo.

Media uległy politykom. Dały się wciągnąć w ich chocholi taniec, któremu na imię jest „własny interes polityczny”, a nie „sprawne i efektywne procesy zarządzania państwem”. Przestały sprzedawać wiarygodną informację i komentarz, podawany w komunikatywny, a nie bełkotliwy sposób. Straciły cnotę, zyskaną dzięki wolności `89.  Zamiast porządkować, wprowadzają i nakręcają swoisty chaos informacyjny. Efekt ? Proszę sprawdzić jaki procent „ludu” podejmuje decyzję o głosowaniu w dniu wyborów.

Czy media powinny dawać ludziom to, czego chcą ? To naprawdę trudne pytanie. Choć odpowiedź pozornie wydaje się banalna. Przykład. Kiedy Henry Ford rozpoczynał produkcję aut, klient mógł wybrać każdy kolor. Pod warunkiem, że był to kolor czarny. Była to idea klasycznej orientacji produktowej – kupuj kliencie to, co mam wyprodukowane. Później nastąpiła era spełniania „wszelkich oczekiwań” i kaprysów klienta. Mógł on zamówić dowolny kolor, nawet na specjalne zamówienie, z najbardziej dziwacznymi dodatkami. I ta era zmienia się dziś bardzo dynamicznie. Liczba kolorów uległa redukcji (bo użycie zbyt wielu farb jest nieekologiczne). Jak również pewne odcienie zostały wycofane, ze względów estetycznych. Producent przestaje być maszynką do „zaspokajania gustów”. Staje się ich kreatorem i swoistym wizjonerem. Oczywiście, problem tkwi w tym, jakiego rodzaju wartości w ramach tychże gustów chce rozwijać …

Powtarzając pytanie. Czy media powinny dawać ludziom dokładnie to, czego chcą ? Mając świadomość, że ludzie w swej statystycznej masie zawsze będą zadowalać się prostacką i tania rozrywką ? W moim przekonaniu, nie. Nie chodzi bowiem o to co jest przekazywane, ale w jaki sposób jest to realizowane. Pojawia się kwestia odpowiedzialności za sposób przekazu informacji oraz ich analizowanie i komentowanie.

Każdy producent pralki, lodówki czy odkurzacza, powinien zaopatrzyć swoje produkty w logo „CE”. Oznacza on, że produkt spełnia warunki bezpiecznego użytkowania dla klienta, zostały zachowane podstawowe procedury jakościowe w tym zakresie oraz kiedy zdarzy się jakiś wypadek, to można dochodzić swoich praw z tym związanych. Klient, widząc na produkcie znaczek „CE”, wierzy w to, że został on wytworzony zgodnie z regułami bezpieczeństwa.

Oglądając program telewizyjny, czy czytając artykuł w niezależnej, poważnej gazecie, staram się wierzyć w to, że dziennikarz przygotował materiał obiektywnie, rzetelnie i koncentruje się na kluczowych elementach zagadnienia. Tym szczycą się wszelkiej maści poważni i wiarygodni nadawcy mediów. Tylko za moment, mam do czynienia z jakimś materiałem z mojej dziedziny zawodowej i jestem pod wrażeniem bzdur, jakie on ze sobą niesie. Zadaję wtedy proste pytanie. Skoro można tak beznadziejnie opisać materię na której się znam, to jak wygląda wiarygodność materiałów, o których nie mam bladego pojęcia ? Jeśli etyka i wartość zawodu dziennikarskiego to wspomniany znaczek „CE”, a jest on notorycznie nadużywany, to w którym momencie zostanę porażony prądem ? Dziennikarz, podobnie jak kierowca, pilot, ksiądz czy lekarz, swoim działaniem ponosi swoistą odpowiedzialność za „rząd dusz”. Każdy z nich na swój sposób.

Wydaje się, że media jak dżdżu potrzebują wiarygodnych osobowości. Telewizyjnych. Prasowych. Blogerowych. Czy radiowych. Również nie uznających się za „ekspertów od wszystkiego” dziennikarzy, aktorów czy piosenkarzy. Osobowości nie „lansowanych”, sztucznie pompowanych na jeden sezon, „przeżutych i wyplutych” po obróbce w medialnej pralce. Ludzi charyzmatycznych i wiarygodnych. Specjalistów w swoich dziedzinach, którzy potrafili prosto, ciekawie opowiadać o otaczającym świecie. Znacie ich ? Zdzisław Kamiński, Andrzej Kurek, Tony Halik, Gustaw Holoubek, Wiktor Zin, Aleksander Bardini, Michał Sumiński i wielu innych. Kochani Mediotwórcy, szukajcie ludzi, których „lud” pokocha. Nie za ściąganie majtek na antenie. Ale za ich mądra refleksję, charyzmę i pasję. 

Tak, zaraz usłyszę, że dziś ważny jest „szybki przekaz”. Oczywiście. To się wzajemnie nie wyklucza. Szybki, krótki przekaz może być zarówno przyciągający, jak i mądry i inteligentny. Potrzeba tylko do tego zainteresowanego rozwojem i zmianą dziennikarza, wolnego, nie zmanierowanego i nie podlegającego naciskom. Rozliczanego również za jakość, a nie wyłącznie za liczbę „klików”. Każda gazeta sprzedaje konkretną wartość intelektualną. Jedni wyżerają resztki ze śmietnika, a inni wolą slow food … Sztuka polega na tym, żeby ów slow food promować w sposób skuteczny.

Na koniec słowo o wspomnianym „aparacie partyjnym” czyli czapie decyzyjnej nad każdym dziennikarzem. Kiedyś owy aparat, regulował wszystko na przysłowiowe „wicie-rozumicie”. Może dziś czasem też powinien tak reagować. „Wicie-rozumicie, nie możemy nadać/wydrukować takiego chłamu, bo to ogłupia ludzi”.  Im głupszy naród, tym głupszych polityków wybierze. Tym bliżej nam będzie do intelektualnych Morloków, żyjących w ciemnościach, cwanych i prymitywnych, żywiących się mięsem mądrych, spokojnych Elojów. Stale przez owe Morloki zastraszanych i bezwzględnie dziesiątkowanych. Wartościowe piękno zawsze ulegnie brutalnej, bezmózgowej sile. O wiele łatwiej jest coś niszczyć niż tworzyć. Łatwiej jest przyciągnąc uwagę trupem i goła dupą, niż mądrym sposobem na życie czy radą na godną śmierć. ” Wicie-rozumicie, chłam jest niebezpieczny dla ludzkich umysłów”. Ponosimy nie tylko odpowiedzialność za to co nadajemy/ drukujemy, ale i jak to robimy”.

Z dedykacją dla Grzegorza Miecugowa i życzeniami zdrowia oraz dobrego 2012 roku

Kategorie: on Grudzień 30, 2011 at 10:27 am  Komentarze (1)  

Pół kilograma orła w gazecie

Miało być na poważnie. Patriotycznie. I z fanfarami. Miałem się zżymać. Wściec. I wygarnąć prosto w oczy co o tym myślę. Ale tak nie będzie. Przez Tomasza Olbratowskiego. Przypomniał dziś rano znaną scenkę z czasów, gdy w sklepach królowały puste półki. Klient wchodził do mięsnego i pytał „ – Co jest ?. – Ja jestem – padała odpowiedź ekspedientki. – To poproszę pół kilograma orła – puentował klient. Dla niewtajemniczonych – w socjalizmie państwowe godło wisiało nieomalże w każdym miejscu uważanym za publiczne.

Dziś doświadczamy po raz kolejny próby przekucia patriotyzmu na konkretne pieniądze. Na dodatek niewiele można z tym zrobić. Chyba, że administracyjne ktoś naruszy niezależność podejmowania decyzji przez PZPN. Umowy zostały podpisane. Teczki zapięte. Wydaje się, że przez najbliższe dwa lata reprezentanci polskiej drużyny narodowej nie będą całować godła państwowego po każdej strzelonej bramce. Być może znajdą inne miejsce.

Opinia internautów jest bezlitosna. 91% uznało tego typu działanie za karygodne. Niemniej, dla PZPN ważniejsza jest zasada „sorry Winnetou, ale biznes is biznes”. Czy jest przekonywujący argument, że spośród 52 federacji zrzeszonych w UEFA, tylko 6 ma godło narodowe na koszulkach ? Do mnie on nie trafia. Większość znaczy większość – nie znaczy, że ma rację.

Wydaje się ( i jest to tylko moja spekulacja), że doskonale wiedziano, że całe przedsięwzięcie będzie kontrowersyjne dla przeciętnego odbiorcy. I nie chodzi tu o kwestię rewolucyjnych zmian. Te bowiem są zawsze przyjmowane z dumą, pod warunkiem, że są korzystne dla tak zwanego „dobra ogólnego”. Ta zmiana wydaje się być korzystna wyłącznie dla PZPN. Z pominięciem wspomnianego „dobra”. Oczywiście, nikt nie powinien wtrącać się w niezależność decyzyjną tego rodzaju organizacji. Ale jeśli aspiruje się do reprezentowania prawie 40 milionowego narodu, to wypadałoby najpierw wysondować efekty tych rewolucyjnych zmian. Jednak z wypowiedzi rzecznik prasowej PZPN, wynikało jednoznacznie, że badania dotyczyły jedynie samego logo, a nie użycia go w kontekście zastąpienia godła na koszulkach reprezentacji. Wydaje się, że w tym drugim przypadku, wyniki byłyby zgoła odmienne. Ale nie od dziś wiadomo, że jeśli chce się zrobić badania „ z tezą” to nie jest to zbyt skomplikowane.

W moim przekonaniu, każda organizacje, którym przypadł zaszczyt reprezentowania kraju, powinny kierować się czymś więcej niż własnym interesem komercyjnym. Inaczej dochodzimy do sytuacji „kupczenia” wartościami, które nie są przeliczalne na pieniądze. Szczególnie dzisiaj, kiedy najróżniejsze grupy społeczne zupełnie odmiennie pojmują patriotyzm. A piłka nożna była zawsze sportem, który łączył Polaków, we wspólnych smutkach czy radościach. Koszulka z orłem była zawsze elementem narodowej dumy. Wątpię czy logo PZPN, choćby najwspanialsze, będziemy obdarzać podobnym uczuciem …

Drugim, tragikomicznym elementem tej historii, jest nadzwyczajne podobieństwo koszulek narodowych, do rosyjskich i tureckich. Aż dziwne, że to zagadnienie zniknęło gdzieś w odmętach różnych informacji na ten temat.

Nie jestem w stanie ocenić, czy był to zabieg świadomy czy nie. Wydaje się, że koszulki drużyn narodowych, podobnie jak stroje olimpijskie, powinny być specjalnie i starannie zaprojektowane. Tylko dla tej drużyny i tylko na dane wydarzenie. Które nie zdarza się codziennie. Na dodatek to właśnie Polska jest jego gospodarzem. Pisząc krótko – koszulki polskiej drużyny narodowej, powinny być w tym roku wzorcem dla świata, zaprojektowanym przez tuzy designu i wykonane z najbardziej innowacyjnych materiałów. Czy bylibyśmy w stanie pokazać, że taki banał jak strój sportowy może być unikatowy ? Jestem przekonany, że tak. Niestety, wydaje się, że szara rzeczywistość skrzeczy. Wzór wzięto „ z półki”, z katalogu już dostępnych i jedynie zaadaptowano go do polskich celów. Mogę określić to jedynie używając dwóch słów. Obciach & Żenada.

Mam nadzieję, że koszulki PZPN nie odniosą wielkiego sukcesu komercyjnego i zalegać będą magazyny producentów. Wierzę również, że polskie czy chińskie firmy staną na wysokości zadania i wyprodukują mnóstwo koszulek z godłem narodowym, które staną się rynkowym hitem. Ostatecznie nic lepiej nie wpływa na podejmowanie decyzji, jak towar, który nie cieszy się zainteresowaniem rynku.  I być może będzie to najlepsza lekcja współczesnego patriotyzmu.

[14/11/2011] ad vocem

„Nike walczyło z PZPN o orła” 

Kategorie: on Listopad 14, 2011 at 9:14 am  Dodaj komentarz  

Petrus z Biedronki za sześć dych

Zaczęło się od notki na blogu Joanny Bojańczyk „Rolex w Biedronce” i dyskusji o winie Chateauneuf du Pape. Podobno 50 złotych zamiast kilkuset. To ciekawe spostrzeżenie wywołało dyskusję nie tylko o winach, ale przede wszystkim o markach, dla których dyskonty były do tej pory raczej „be” niż „cacy”. Przy okazji znajoma przypomniała również świetny dowcip, o dwóch Rosjanach pokazujących sobie Rolexy. Jeden mówi, że zapłacił za niego 10 tysięcy euro. Drugi na to „- Ty idioto, ja wiem gdzie można kupić za 12 tysięcy !”.

Cała historia przypomniała mi sytuację sprzed lat. Dwóch rosyjskich biznesmenów przyjechało do zakładów mięsnych zamawiać dostawę parówek. Wykładali na stół jakieś pół miliona dolarów. W gotówce. Oczekiwali, że cena będzie stanowić 0,10% ówczesnej ceny rynkowej. To był warunek kontraktu. Dokumenty podpisano. A potem szef zakładu zamknął się na wiele godzin z szefem produkcji w celu ustalenia receptury tego czegoś, co miało być „specjalną parówką na zamówienie klienta”. Ale parówką, rozumianą jako parówka już niewątpliwie nie było.

Inna historia. Podobno każdy, kto kiedykolwiek prał w polskim i niemieckim proszku do prania, jest w stanie wskazać konkretne różnice między nimi. Uwaga, mówimy o tych samych markach w prawie nawet tak samo wyglądających opakowaniach (pomijając niuanse językowe).  Mit rozwiał test fundacji Pro-Test Świata Konsumenta (2009). Badanie dotyczyło 98 proszków i płynów do prania z 12 europejskich państw. Niestety, podwójne standardy nadal istnieją. Chciałoby się postawić pytanie, w czym piorą w Mongolii, Kazachstanie czy Kirgizji. Tego nie wie nikt, bo nie wierzę, że nie ma tam światowych marek chemii gospodarczej.

Niska cena działa na wielu klientów jak narkotyk. Skłonni są poświęcic wiele czasu i zaangażowania na polowanie na okazje. Ktoś opowiadał mi kiedyś o brytyjskich emerytkach, które całymi dniami polują w Londynie na wszelkiego rodzaju promocje. Nie zwracając uwagi na fakt, że relatywne koszty czasu i paliwa – znacznie przekraczają osiąganą przez nich korzyść. Być może biorą górę w tym przypadku, ewidentne korzyści łowieckie. Czynniki afektywne w zakupach wygrywają najczęściej.

Kupcy wielkich sieci handlowych, doskonale o tym wiedzą. Dokonują terminowych zakupów z maksymalnymi rabatami, bo jak wiadomo już od czasów Wokulskiego – istotą handlu są wysokie obroty, a nie marże. To dzięki nim, kupujemy dobrej jakości wino w dyskoncie po szczególnie atrakcyjnej cenie. Czasami równocześnie spotykając TO SAMO wino w specjalistycznym sklepie. Pięciokrotnie droższe. O tym jak zawiłe mogą być winne ścieżki, świadczy historia pewnego Zinfandela, którego kupiłem w Los Angeles, przywiozłem do Polski, a następnie znalazłem w osiedlowym Geancie w cenie niższej o 30%. Jak pech to pech.

W tym całym zamieszaniu, rewidujemy naszą świadomość marek. Oczywiście, jeśli producent „rozwadnia” swój brand na przykład poprzez poszerzanie go o segment economy, to pytanie brzmi jak na to będą reagować dotychczasowi klienci segmentu premium ? Kluczem bowiem w tym drugim przypadku jest  wyjątkowość i unikatowość, a nie pospolitość i powszechność. Marki ekskluzywne mają zawsze ewidentne cechy dóbr rzadkich. Ta cecha była wykorzystana choćby we wprowadzaniu Red Bulla na rynek. Jakkolwiek by na to nie patrzeć, wspomniana marka jest „górną półką” segmentu napojów energetyzujących.

Spotykam się z opiniami, że coraz bardziej niknie segment economy i premium. Wszystkie brandy zbliżają się do umownego „środka”. Nic bardziej błędnego. Stara zasada brzmi „ nie siadaj na środku drogi” czyli albo pływasz w basenie z cenowymi rekinami, albo markowymi piraniami. Ostatnimi laty, pływa coraz więcej rekinów z rejestracją „private label” na płetwach. Możesz również zanurzyć się w odmętach błekitnego oceanu – tam nic nie pływa ( przynajmniej do czasu). Siadając na środku drogi, będziesz albo zbyt wątłym rekinem, albo za mało zwinną piranią.

Na dzień dzisiejszy, Petrus w Biedronce za sześć dych jest zdecydowanie mało prawdopodobny. A gdyby nawet, świadczyłoby to fatalnie … o Petrusie. Marka straciłaby swą renomę w jednej chwili. Tylko dlatego, że znalazła się w dyskoncie ?  Oczywiście, że nie. Powodem byłaby utrata szaty wyjątkowości co jest kluczem marek luksusowych.

Uczmy się win i szukajmy dobrych relacji ceny i jakości. Może dzięki temu specjalistyczne sklepy z winami, będą musiały zrewidować swoją strategię, nastawioną często na krojenie portfela naiwnym. Sklepowe półki uginają się pod merlotami na całym świecie. Ale Petrus jest tylko jeden.

Ad vocem komentarz Maćka (31/11/ 21:20)

Jeśli mówimy o tym samym Barolo, to ustaliłem następujące kwestie:

Tyle udało mi się ustalić.  Jak na klasycznego „spreparowanego no name” jest przyzwoite w mojej skromnej opinii.

 

Kategorie: on Październik 31, 2011 at 12:13 pm  Komentarze (5)  

Pełne jaja kandydatów

Każdy stara się o głos wyborców jak może. Jeden lepiej, inny troszkę gorzej. Niektórzy nawet bez chwalenia się, zdradzają w tym nawet pewien talent. Kiedy już bitewny pył i kurz opada, pora na sprawdzenie efektów medialnych wygibasów.

Oto Łukasz Wabnic. Kilkoma ciosami karate pokonuje zakamuflowanych kiboli. Dzięki niemu wielu poznało szereg zróżnicowanych sposobów zapłaty za głos wyborczy.

Sprawdzamy !

Łukasz Wabnic
Oglądalność YT: 150.553
Zdobył głosów: 525
Okręg 28. Najwięcej z listy: Paweł Balt (5.378)

Kandydatka Katarzyna Lenart. Autorka pierwszego, wyborczego striptesu. Zagłosuj, a zobaczysz więcej.

Sprawdzamy !

Katarzyna Lenart
Oglądalność YT: 784.139
Zdobyła głosów: 502
Okręg 6. Najwięcej z listy: Andrzej Czerniak (5.965)
Na liście jest jeszcze Agnieszka Monika Lenart (siostra? ) = 968 głosów.

Idziemy dalej ! Prawdziwy kandydat z jajami – Łukasz Fiutek.

Sprawdzamy !

Łukasz Fiutek
"Kandydat z jajami"
Zdobył głosów: 1.773
Okręg 31. Najwięcej z listy: Zbyszek Zaborowski (9.482)

I na deser. Jedna z kluczowych gwiazd PiS. Polska „Angelina Jolie” czyli Sylwia Ługowska

Sprawdzamy !

Sylwia Ługowska
Zdobyła głosów: 4.447
Okręg 9. Najwięcej z listy: Jan Waszczykowski (36.854)

A może ostre klimaty ?

Sprawdźmy growlującego w Szczecinie Jędrzeja Wijasa

Jędrzej Wijas
"Growlujący kandydat"
Oglądalność YT: 430.813
Zdobył głosów: 1.625
Okręg 41. Najwięcej z listy: Grzegorz Napieralski (23.940)

Puenta jest krótka i prosta. Tanie hapenerstwo nagłośnione w ogólnokrajowej tivi oraz kariera w sieci – nie gwarantuje poparcia wyborców. I to by było na tyle ;)

Kategorie: on Październik 11, 2011 at 1:10 pm  Dodaj komentarz  

Oswojony Drakula

Kiedyś w szkole jeden z moich kolegów, kiedy widział totalnie głupiego gościa mówił na niego „ ale Rumun”.  Po przełomie, na początku lat dziewięćdziesiątych, polskie ulice zapełniły się setkami żebrzących, opatulonych w chusty kobiet z dziećmi, z natarczywie wyciągniętymi dłońmi. Tak Polska zobaczyła Rumunów po raz kolejny. Kiedy ktoś powiedział „Rumunka” – wielu nasuwało się skojarzenie innych kobiet. Egzotycznych hm… zbieraczek grzybów, urzędujących przy głównych drogach krajowych. My, w tym kontekście, postrzegaliśmy się niczym cywilizowany naród aspirujący do salonów europejskich. Oni, mieli być bandą „nieokrzesanych barbarzyńców”  , gdzie zawracają najbardziej wytrwałe, europejskie sokoły.

Kiedy w `96 trafiłem na wystawę sztuki rumuńskiej w Monachium, pierwszy raz zobaczyłem Rumunów w garniturach. Doznałem szoku. Pewnie podobnego, jak moja niemiecka gospodyni, u której mieszkałem, będąc na stypendium. Dla niej Polak w garniturze i krawacie, jedzący rano śniadanie był podobnym dysonansem poznawczym.

Rumunia dla wielu zawsze wydawała się synonimem biedoty, obciachu, a niektórym przynajmniej totalnego nieokrzesania.  A tymczasem pierwsze zderzenie na lotnisku. Normalne, europejskie i do parkowania samolotów nie używa się koni. Drugie, to ceny taksówek. Wersja „podstawowa” czyli żółta Dacia to 1,39 lei/km. (1 lei ~1 PLN). Wersja „Lux” czyli większe i nowocześniejsze auta – 3,49 lei/km.  I tutaj trzecie zderzenie – brak przysłowiowej opłaty za trzaśnięcie drzwiami.  Łączę się w tym momencie myślami z warszawskimi taksówkarzami, którzy zablokowali pół Warszawy, domagając się bodajże 10 zł.  jako opłaty na „dzień dobry”. Pewnie ceny paliwa niższe ? 50%  ropy mają z własnych złóż. Nic z tego.  Cena paliwa jest na poziomie 5,50 – 5,80 lei na stacjach benzynowych, znacznie drożej niż u nas.

Bukareszt przypomina Warszawę. Tylko bez nowoczesnych wieżowców. Ale z trzy, czteropasmowymi ulicami. Podobnie jak w krajach postkomunistycznych, miasto jest pełne kontrastów. Bogactwo sąsiaduje ze zniszczona infrastrukturą, socrealistycznym koszmarem architektonicznym, niszczącym bezpowrotnie przestrzeń. Prymitywizmem szyldów, kontrastujących z wymuskanymi reklamami europejskich firm. Ale bez bilboardowego bałaganiarstwa. Na półkach królują niemieckie czy francuskie marki, czasem zdarzy się coś polskiego. Trudno znaleźć coś lokalnego. Po raz kolejny, namacalnie uświadamiam sobie podobieństwa transformacji gospodarczej krajów postkomunistycznych. Kiedy kolega z Danone Romania robi prezentację, ktorej nie powstydziłby się na „salonach” w Paryżu, Londynie czy Nowym Jorku, dotarło do mnie jeszcze jedno. Tak bardzo mentalnie fascynują nas kraje „starej Unii”, że zapominamy o tym,  jak mało wiemy o bliskich sąsiadach. Podążających ścieżką podobną do naszej. Wiele amerykańskich  czy zachodnioeuropejskich koncepcji biznesowych, boleśnie przegrało z realiami rynków Europy Centralnej.  Mało się o tym pisze, wszak to nie „success stories” . A to właśnie te pierwsze, wypełniają strony opasłych magazynów biznesowych, książek o zarządzaniu czy są uwielbiane na setkach seminariów, konferencji czy szkoleń.

Nagle zrozumiałem, jak Polskę postrzegają obcokrajowcy kiedy przyjeżdżają do nas po raz pierwszy. Nie znając języka, z pełnym bagażem stereotypów. Taką lekcję powinni przechodzić samorządowcy, odpowiedzialni za promocję. Zamiast po raz kolejny zamawiać spoty  finansowane z UE (które niejednokrotnie niczego nie wnoszą, poza dobrym samopoczuciem paru urzędników i firm produkcyjnych i agencji reklamowych), mogliby szukać sposobów zrozumienia w jaki sposób myślą zagraniczni turyści czy przedsiębiorcy przyjeżdżający do ich „królestwa”. Co jest tak naprawdę dla nich ważne i czym się kierować budując chociażby strategię promocji. Przełamywanie stereotypów, wydaje się jednym z kluczowych kwestii, w trafianiu zarówno do serca jak i do rozumu.

PS. Za każdym razem, kiedy się przesiadam we Frankfurcie, mam wrażenie że ci Niemcy się na Polakach za coś mszczą. Nie dość, że fundują kolejną kontrolę bezpieczeństwa przy przejściu do innego terminala, to gate jest zawsze na jakimś wydzielonym wygwizdowie. Ale pewnie znów ulegam jakiemuś stereotypowi.

Kategorie: on Październik 5, 2011 at 7:54 pm  Dodaj komentarz  
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 555 other followers